Выбрать главу

Akurat było to ostatnie, na co się mogłam łatwo zdobyć. Łgali ci wszyscy przesłuchiwani na potęgę, do pobytu w domu ofiary przyznali się, bo musieli, ślady mówiły swoje, całą resztę jednakże wykręcili na siedemnastą stronę. Nawet niegłupio, stworzyli tyle wątpliwości, że żaden sąd takich akt nie chciałby rozpatrywać.

Tajemniczy piegowaty Kuba wydawał się niezbędny. Bez jego butów i palców nawet obecność tego palanta u Weroniki nie była pewna, Antoś mógł fantazjować, ile mu się żywnie podobało, dla ratowania własnej skóry, a Weronikę zwizytował ktoś kompletnie inny. I zaraz, skąd właściwie Antoś znał Patryka?

– Przeoczyłaś – powiedział Janusz i odwrócił kartki protokółu. – O, tu. Padło takie pytanie, bez emocji odpowiedział, że nie pamięta, osobiście wcale go nie zna, ktoś mu go pokazał i wyjawił imię. Dawno temu, przeszło rok.

Możliwe, Patryk bywał tam przecież przed śmiercią wuja, sam się przyznał do tej herbaty i kwiatów. Idiotycznie z nim rozmawiali za pierwszym razem…

– Nie podoba mi się to wszystko okropnie – oznajmiłam z niezadowoleniem. – Nic nie wyklucza Patryka, każdy z trzech kandydatów nadaje się na zabójcę doskonale. Może tylko ten jeden, hipotetyczny Kuba, mógłby się wybronić, bo rzeczywiście Weronika go nie znała…

– Skąd wiesz? – przerwał mi Janusz. – Antoś nie Duch Święty, wszystkiego wiedzieć nie musi. A może właśnie znała? I mogła rozpoznać i oskarżyć?

– Ale jeśli nie, nie miał powodu jej zabijać. Owszem, był tam pierwszy, chociaż i to już nie jest pewne, może w ogóle czatował na jej wyjście, może był krótko… Monety! Może czaił się tylko na zbiór numizmatyczny, zgarnął kolekcję… Patryk nie miał powodu kraść numizmatów, skoro i tak je dziedziczył! A ten pierwszy, choćby go Weronika złapała na kradzieży, jeśli obcy, mógł prysnąć i cześć. I moment, chwileczkę, widzę tu potworne niedopatrzenie, żadnego z nich nie spytali o monety! Kto je wyniósł i co z nimi zrobił? Co to za jakaś dziura w przesłuchaniach?

– Żadna dziura, specjalnie zostały ominięte i pozornie zlekceważone. Jeśli sprawca je ukrył, teraz wyjmie…

– No, nie Antoś przecież, skoro siedzi!

– Wspólnik. Siostrzyczka. Wiesio-metalowiec…

Coś mi nagle zaświtało.

– Czekaj, czekaj, metalowiec… Mam skojarzenie. Wiesio w żelastwie siedzi, a Patryk, wedle informacji od Grażynki, ukończył metaloznawstwo, szczerze mówiąc, nawet nie wiem, jaka to uczelnia i jaki wydział. Politechnika? Chemia? Fizyka? Może historia sztuki? Specjalista od opakowań drewnianych kończył SGGW, tyle wiem, znam takiego, a to całe metaloznawstwo może się w ogóle inaczej nazywa, ale jeden z drugim ma dużo wspólnego. Mam na myśli, Patryk z Wiesiem. Może poznali się przy jakiejś żelaznej okazji?

– Interesujące – ocenił Janusz w zadumie. – Prosta sprawa, niepotrzebnie komplikowana. Trzeba sprawdzić… – Nagle jakby się przecknął. – Słuchaj, ty mnie do grobu wpędzisz, ja jestem starszy pan na rencie inwalidzkiej, a chwilami zupełnie zapominam, że to nie ja prowadzę dochodzenie. Muszę się męczyć?

List Grażynki odezwał się we mnie niczym bęben grzmiący. Spróbowałam wzbudzić w sobie skruchę i odczułam szalone trudności.

– No nie… Nie, to nie. Ale nie zostawię tego przecież!

– Z tego wynika, że muszę. No dobrze, podrzucę im supozycję, a na razie powiem ci jeszcze, że trwają przeszukania w kilku domach naraz. Wlazłaś prokuratorowi na ambicję i wydał nakazy.

– Gdzie…?

– U Wiesia, u Antosia, u zaprzyjaźnionych panienek i u Patryka.

– To już doszli, u jakich znajomych on mieszkał w Bolesławcu?

– Nie, nie tam. W warszawskim mieszkaniu.

Zdążyłam się ucieszyć, że Grażynka usłyszy coś więcej o milczącym amancie, i okazało się, że nic z tego. Jakąś kompromitującą metę tam miał czy co…? Dziewczyna…?

O mój Boże, zakłębiła się we mnie troska o Grażynkę i jej zdewastowane uczucia. Nie dość, że zbrodniarz, to jeszcze ją zdradza, nie wiadomo co gorsze. W dodatku postępowanie władz śledczych wydało mi się dziwnie głupie. W warszawskim mieszkaniu? Gdzie w tym sens, gdzie logika?

– A po cholerę w jego warszawskim mieszkaniu? – zirytowałam się. – Tam kradł i zabijał, a nie tu, a do tego nie wiadomo, czy rzeczywiście kradł. Co oni zamierzają znaleźć w jego warszawskim mieszkaniu?

– To już dwa tygodnie – przypomniał mi Janusz. – Miał dość czasu, żeby przewieźć całe umeblowanie Fiałkowskich, a nie tylko monety.

– Przecież był w Dreźnie! Grażynka świadkiem!

– Nie oglądała go bez przerwy. Mógł skoczyć do Warszawy i wrócić do Bolesławca w jeden dzień, a zaraz potem jechać do Drezna. Skoro już zdobył cenny łup, postarał się chyba jakoś go zabezpieczyć?

Zastanowiłam się, jak postąpiłabym na jego miejscu. Nie, no oczywiście! Zawiozłabym zdobycz do domu i ukryłabym porządnie, może nawet wcale nie w domu, licząc się z tym, że padną na mnie podejrzenia, tylko całkiem gdzie indziej. Ciekawe, gdzie…

Nie miałam teraz czasu ani głowy do wynajdywania kryjówki, zdenerwowałam się Grażynką i umysł zaczął mi źle działać. Może Patryk z podejrzeniami się nie liczył i żadnych podstępów nie zastosował, no i dobrze, niech znajdą, niech się to wreszcie przewali i niech ona zacznie remontować ruinę życia. Inaczej wykończy ją miotanie się w niepewności.

Zadzwoniłam do niej. Przeprosiła mnie, że nie może teraz rozmawiać, bo jest u ciotki. Zadzwoniłam do Anity, żeby się z nią naradzić. Miała wyłączone telefony. Byłabym zadzwoniła jeszcze do dwudziestu osób, do przyjaciółki-prawniczki i do notariusza, żeby się dowiedzieć, jak to jest z tymi spadkami bez spadkobiercy, bo dodatkowo dręczył mnie bułgarski bloczek, leżący w policyjnym depozycie, do pana Pietrzaka, nie wiadomo po co, może po wyrazy współczucia, do komendy w Bolesławcu dla upewnienia się, że ten bloczek ciągle tam leży, i Bóg wie gdzie jeszcze, ale powstrzymał mnie list Grażynki. Znów nazawracam ludziom głowy, zatruję spokojny wieczór, znów okażę się nieznośna i natrętna…

Nie zadzwoniłam nigdzie, pełna głębokiego rozgoryczenia. Do diabła z uszlachetnianiem charakteru…!

* * *

Tego Pana spotkałam koło południa w sklepie filatelistycznym przy Nowym Świecie. Pojechałam tam, żeby zająć się czymś bardziej atrakcyjnym niż praca zawodowa, a ponadto za wszelką cenę chciałam uniknąć wizyty Grażynki, która już się na mnie czaiła z korektą. Wczorajsze wieczorne rozmyślania doprowadziły mnie do wniosku, że nie należy jej dostarczać trucizny duchowej kawałkami, tylko raczej jednym ciosem. Zawsze to bardziej humanitarnie, ciach i już! I można złapać oddech i zacząć się zbierać, wygrzebując spod gruzów. Niech już tego Patryka złapią, niech mu udowodnią i won z nadzieją.

Na mój widok Ten Pan nadzwyczajnie się ucieszył.

– No i niech pani popatrzy, jak to plotki mogą całą piramidę zbudować – powiedział żywo. – Tetradrachma, rzeczywiście, denary Łokietka, no nie, Łokietek prawdziwy, ale Krzywoustego! Sam w taki majątek nie wierzyłem, ale kto to może wiedzieć, różne przypadki chodzą po ludziach, kto wie? A tu proszę, już się prawie wyjaśniło!

Tetradrachma, zaraz, czyjaż ona była na Boga…? a, Lizymacha… pozwoliła mi od razu zgadnąć, o czym on mówi. Oczywiście, o rąbniętej kolekcji Henryka. Zaraz. To już wiadomo, co w niej było? Znalazła się…?!

Przerwałam mu w pół słowa.

– Chodźmy gdzieś usiąść, tu barek jest blisko… a, nie, on stojący. Ale kawiarnia pod nosem. Bardzo ważne rzeczy pan mówi i ja nie mogę tego słuchać w pionie. Chodźmy, chodźmy, już!