– Co on właściwie robi? – zainteresowałam się. – Bo jakoś o tym nie było mowy?
– Nie wiem dokładnie. Pośrednictwo handlowe. Mieszkanie, parcela budowlana, dzieło sztuki, samochód, co popadnie, do Kubusia jak w dym. Ostatnio przehandlował całą kolekcję kamieni półszlachetnych, facet odziedziczył po przodku i chciał się pozbyć, przez Kubusia poszło w mgnieniu oka. Jesteś pewna, że wujowi podwędził?
– Wszystko na to wskazuje.
– Może to wypadek sporadyczny? Taki żarcik rodzinny?
– W odniesieniu do brakteatu Jaksy z Kopanicy tracę poczucie humoru – wyjaśniłam jej grzecznie. – Czekaj, bo Janusz wysuwa supozycję, że on teraz mieszka po dziewczynach. Wiesz coś o jakiejś aktualnej?
– Właśnie nie, już ze dwa miesiące trwa u niego bezkrólewie. Dlatego pomyślałam o Grażynce.
– To gdzie on mieszka, do licha?
– Może coś wynajmuje? Jeśli ci zależy, popytam po ludziach. Zaraz, telefon… Chociaż nie, dzwoni się do niego na komórkę.
– Na jaki numer?
– Zaraz, sprawdzę. Nie umiem na pamięć. O, mam, 603 630 210. No to może mieszkać wszędzie, nawet w Pcimiu…
– Zależy mi, więc popytaj. Niemożliwe, żeby nikt ze znajomych nie wiedział! Ciekawe, kto będzie szybszy, ty czy gliny…
Szybko nabazgrawszy numer, odłożyłam słuchawkę i z triumfem odwróciłam się do Janusza.
– Mamy drugą komórkę i namiar na Ksawusia. Podobno przez to można się z nim dogadać, kto spróbuje? Ty, ja, gliny, ktoś znajomy, Anita na przykład?
– Gliny – zadecydował Janusz i wziął ode mnie zapisane pół kartki. – Czy to ci nie jest potrzebne? Jeżów, kropka, osiemset czterdzieści siedem, nowa pralnia…
– O, cholera…!
Czym prędzej wydarłam mu te pół kartki z rąk.
– Tym sposobem gubię rozmaite dokumenty – powiedziałam z rozgoryczeniem. – Niejaki Jeżowski ma podobno „Dzieje Anglii” Maurois i może mi odsprzeda, a nowa pralnia jest bezcenna! Czekaj, zapiszę ci na czymś innym.
Zapisałam, oddałam mu drugą kartkę, po czym ruszyło mnie sumienie. Zdecydowałam się przyrządzić jakąś kolację, na wyszukane potrawy nie było czasu, dochodziło wpół do dziewiątej, ale coś szybkiego zawsze mogłam zrobić. Omlet z parmezanem na przykład albo o…! Pierogi. Miałam je w zamrażalniku, tyle że trochę mało, skromna porcja w opakowaniu, zatem jedno i drugie, omlet robi się błyskawicznie, pierogom pół godziny wystarczy, wliczając w to zagotowanie wody, okrasić je można czymkolwiek.
Postawiłam garnek z wodą na dużym gazie, posoliłam, wyjęłam zlodowaciałe pierogi, uwolniłam je z folii i opuściłam kuchnię, bo nie było potrzeby w ten garnek się wpatrywać.
W tym momencie zadzwonił telefon, w chwilę potem zaś moja komórka, telefon był do Janusza, a komórka do mnie. W ciągu następnych dwudziestu minut telekomunikacja w moim domu rozszalała się bez opamiętania, do towarzystwa dobiła komórka Janusza, rozmowa na trzy telefony zrobiła się nieco kłopotliwa. Za to jak niebotycznie interesująca!
– Patryk skontaktował się z policją – syknął do mnie Janusz, zasłaniając membranę.
– Niech pani sobie wyobrazi, wyszło na jaw coś okropnie nieprzyjemnego – powiadomił mnie w słuchawce Ten Pan… a, Lipski! – Okazuje się, że brakteat Jaksy został Pietrzakowi ukradziony, nie chciał tego ujawnić, a teraz odzyskał go, ale chyba jakimiś nielegalnymi sposobami. Nadal nie chce o tym mówić, dowiedziałem się od gosposi dosłownie przed chwilą, chyba tam jakieś rodzinne zamieszanie wybuchło, może pani coś wie?
– Spotkajmy się jutro w tym barku naprzeciwko Grandu – zaproponowałam czym prędzej, żywo poruszona, bo z pewnością na rozmowność pani Natalii miała wpływ moja wizyta. – O dwunastej. Możliwe, że coś wiem, ale to dużo gadania…
Pan Lipski chętnie wyraził zgodę. Ledwo się wyłączył, komórka zabrzęczała, prztyknęłam w zielony guzik. Równocześnie odezwała się komórka Janusza, przeniósł się na nią, porzucając mój telefon, który natychmiast zadzwonił.
– Odnalazł Kubę – zdążył powiedzieć między jednym przyrządem a drugim, Janusz, rzecz jasna, nie telefon.
– Już wiem, gdzie mieszka Kubuś Wichajster – powiedziała Anita w komórce. – Zdopingowałaś mnie, zamiast iść do domu, ruszyłam znajomych. Wyobraź sobie, mieszka u siebie, kupił kawalerkę na Ursynowie…
Słuchawkę telefonu przyłożyłam do drugiego ucha.
– Patryk dzwonił! – jęknęła rozpaczliwie Grażynka. – Słuchaj, nie wiem, co zrobić, on przysięga, że jest niewinny, nie wierzę mu, mówił, że idzie na policję…
– I gdzie mieszka? – spytał Janusz nie wiadomo kogo, rozmówcę czy mnie.
– Zaraz, poczekaj sekundę – powiedziałam do Grażynki. – Masz jego dokładny adres? – powiedziałam do Anity. – Mów natychmiast! Owszem, zgłosił się do nich – powiedziałam do Grażynki. – Zaczekaj jeszcze chwilę, właśnie się coś wyjaśnia…
– Z kim ty rozmawiasz? – zaniepokoiła się Anita.
– Ze wszystkimi równocześnie. Dawaj ten adres, jeśli masz!
– Czyj adres? – zdenerwowała się Grażynka.
– Złapali tę Woźniak, ciekawe rzeczy mówi – udzielił mi informacji Janusz.
– Koncertowa cztery, trzecie piętro, ale numeru mieszkania nie znam – powiedziała Anita. – Ale akurat go tam nie ma, bo jest u takiego jednego Grzesia na brydżu, na Saskiej Kępie, jego adresu nie pamiętam, idę do domu, chcesz, żebym dalej szukała po znajomych? Intryguje mnie to.
– Skoro cię intryguje, szukaj. Możesz z domu, to w ogóle sensacja!
Przerzuciłam się na Grażynkę, komórka zadzwoniła, do Janusza. Teraz on zaczął rozmawiać na oba uszy.
– Albo zwariował, albo jest niewinny – powiedziałam do Grażynki. – To drugie wydaje mi się mało prawdopodobne, więc możliwe, że robi jakieś podstępne sztuki. Ale docieramy do koronnego świadka, będziemy mieli zeznania z pierwszej ręki.
Grażynka jęknęła ponownie.
– Ale słuchaj, on mi kazał zaopiekować się legatem!
– Jakim legatem?
– Tym ukradzionym Weronice! Schował go! Ukrył!
– I tobie w spadku przeznaczył. Gdzie ukrył?
– Nie wiem! Nie słuchałam! Nie chciałam z nim rozmawiać! Mówił coś o tobie!
Zdumiałam się niezmiernie.
– O mnie? A cóż ja w tym robię?
– Nie wiem! To ja mówiłam, co o nim myślę, bo chyba się zdenerwowałam, i że nie jestem hieną cmentarną ani paserem, za to ty jesteś…
Matko jedyna moja… Tego nie było nawet w jej liście!
Janusz uwolnił się od mojej komórki, która brzęczała jak wściekła. Swoją nadal trzymał przy uchu. Odebrałam.
– Chwileczkę – powiedziałam i zorientowałam się, że trzymam ją do góry nogami. Czym prędzej odwróciłam jak trzeba. – Chwileczkę, zaraz. Słuchaj, to jest niemożliwa rzecz – zwróciłam się do Grażynki – nic nie rozumiem, może ty przyjedź po prostu…
– Halo – powiedziała komórka.
– Mówię, że za moment! – wrzasnęłam. -…jak nie dziś, to jutro, ale wcześnie rano, bo jestem umówiona na mieście.
– Przyjadę zaraz, bo spać bym nie mogła…
Wyłączyła się, telefon zaczął dzwonić natychmiast.
– Tak, słucham – powiedziałam do obu słuchawek równocześnie. – Do ciebie – powiedziałam do Janusza i oddałam mu jedną. – Tak, już słucham – powiedziałam do czekającej posłusznie komórki.
Obcy głos.
– Mam prośbę. Jeżeli znajdzie pani w swoim samochodzie coś, co nie należy do pani, proszę tego nie wyrzucać, nie oglądać i zachować dyskrecję. W interesie ogólnym. Wiem, że pani potrafi.
Rozłączyło się. Na chwilę zapanował spokój, Janusz pozbył się wcześniejszego rozmówcy i trzymał przy uchu już tylko mój telefon. Oglądałam rozłączoną komórkę, zastanawiając się, co właściwie usłyszałam. W trakcie tej kontemplacji komórka zabrzęczała.
– Wariactwo – zaopiniowałam i prztyknęłam włącznikiem.
Jakaś pani z jakiejś redakcji przedstawiła się i powiedziała:
– Malutki wywiadzik, kilka zdań. Można teraz?
Nazwisko tej pani zabrzmiało mi znajomo, ale za skarby świata nie mogłam go dopasować do konkretnej osoby. Nie byłam pewna, czy wybrała najlepszą chwilę na wywiadziki, na wszelki wypadek jednakże postanowiłam jej nie odpędzać.
– A co…? – spytałam ostrożnie.
– Pani zajmuje się filatelistyką. Jak pani ocenia różnicę w zdobywaniu znaczków obecnie i w tych czasach poprzednich? Łatwiej jest teraz czy trudniej?
– Zależy, co pani chce zdobyć. Ogólnie biorąc, o wszystko jest teraz łatwiej, o biurko, szynkę, garnki kuchenne…
Przez garnki kuchenne doznałam gwałtownego skojarzenia, zerwałam się z miejsca i ze słuchawką przy uchu popędziłam do kuchni. Woda kotłowała się, parując na sufit. Przycisnęłam słuchawkę ramieniem, wrzuciłam do garnka pierogi, przykryłam, zmniejszyłam nieco gaz i wróciłam do pokoju.
– Ale znaczki – mówiła ta pani. – Czy są takie rzeczy, których nie można dostać teraz tak samo, jak wtedy?
– Są – powiedziałam z przekonaniem. – Chociażby bułgarski bloczek numer sto pięć. Sama go szukam po trupach…
Ugryzłam się w język.
– Po jakich trupach? – zainteresowała się pani.
– Różnych. Świeżych i takich już mocno przechodzonych.
Pani zachichotała.
– Jak się z panią rozmawia, zawsze jakiś trup wychodzi. To miło. Dziękuję bardzo. Bułgarski bloczek, mówi pani, no, no… W Bułgarii też nie ma?
– Ostatni kraj na świecie, w jakim mógłby się znaleźć, to Bułgaria…
Rozłączyła się wreszcie. Nie zdążyłam złapać oddechu, obie komórki zadzwoniły równocześnie.
– Już wiem – powiedziała Anita. – Uparłam się, mam adres Grzesia, tam, gdzie Kubuś gra w brydża. Chcesz?
– Natychmiast! Jest adres! – syknęłam do Janusza.
Słuchanie na dwie strony musiało już mu wejść w nałóg, bo kiwnął głową.
– Chwileczkę, zaraz będziemy wiedzieli – powiedział do słuchawki.
– Obrońców pięć, mieszkania cztery – powiedziała Anita, co powtórzyłam od razu. – Zdenerwowałam się przez Grażynkę, to istny cud, że nie zetknęłyśmy jej z Kubusiem. Rozumiem, że masz tam w tej chwili jakieś zamieszanie, ale jutro musisz mi dokładnie powiedzieć, co się dzieje.