Niczego nie dostrzegł.
Suzanne stała wyprostowana przed jednym z pękniętych kół.
Patrzyła, jak Knoll przemieszcza się w głąb jaskini, potem usłyszała, że się zatrzymał. Nie czynił nic, by wytłumić odgłos kroków; to ją zaniepokoiło. Czyżby wyczuł jej obecność? Tak jak wtedy w Atlancie? Być może szperał teraz wzrokiem pod ciężarówkami, podobnie jak ona chwilę wcześniej. Jeśli tak, nie zobaczył niczego. Jednak wahał się zbyt długo. Nie była przyzwyczajona do takiego wyrachowania. Większość jej przeciwników nie była równie przebiegła jak Christian Knoll. Z chwilą, gdy się upewni, że to ona, będzie mógł odpłacić jej za wszystko, a było tego piekielnie dużo. Z pewnością wiedział już o Czapajewie, a także o tym, że tamta kopalnia była zasadzką. Bez wątpienia zawęził listę podejrzanych o te ekscesy.
Fakt, że Knoll przemierzał jaskinię w poprzek, niepokoił ją nad wyraz.
Usiłował złapać ją w sidła. Sukinsyn, wie.
Wyciągnęła sauera, jej palec dotknął spustu.
Knoll szarpnął prawą ręką i uwolnił sztylet z pochwy. Objął dłonią rękojeść z nefrytu i był gotów. Raz jeszcze zerknął pod ciężarówki. Żadnych stóp. Ten ktoś z pewnością stał za kołami. Postanowił ruszyć do akcji. Przeskoczył nagle obok zardzewiałej maski najbliższej ciężarówki i znalazł się po jej drugiej stronie.
Suzanne Danzer stała o sześć metrów od niego, przytulona do obręczy i opony tylnego koła. Podniosła pistolet i wymierzyła. Doskoczył do kabiny ciężarówki stojącej obok. Dwa pociski z przytłumionym hukiem opuściły lufę; kule odbiły się od skalnej ściany.
Podniósł się i zamachnął sztyletem.
Suzanne, spodziewając się ataku nożem, rzuciła się na ziemię.
Sztylet to był znak firmowy Knolla. Dostrzegła w świetle błysk ostrza, gdy znalazła się na ziemi. Zdawała sobie sprawę, że tylko na moment skrył się przed strzałami. Natychmiast się wyprostował, uniósł dłoń i cisnął sztylet w jej kierunku.
Na szczęście była na to przygotowana.
Sztylet świsnął obok niej i przeciął zbutwiałą plandekę najbliższej ciężarówki, wbijając się przez cienką warstwę tkaniny aż po rękojeść. Za parę sekund Knoll znów przystąpi do natarcia. Oddała następny strzał w jego kierunku. Kolejny raz kula trafiła w skalną ścianę.
– Nie tym razem, Suzanne – wycedził Knoll przez zęby Teraz jesteś moja.
– Nie masz już broni.
– Jesteś pewna?
Spojrzała na pistolet, zastanawiając się, ile pocisków zostało jeszcze w magazynku. Cztery? Wzrokiem omiatała pieczarę, a jednocześnie intensywnie myślała. Knoll znajdował się między nią a wyjściem. Musiała wymyślić coś, co pochłonie uwagę skurwiela dostatecznie długo, by mogła wyrwać się z potrzasku. Patrzyła badawczo na skalne ściany, ciężarówki i światła.
Światła.
Ciemność będzie jej sojusznikiem.
Szybkim ruchem wyciągnęła z broni napoczęty magazynek i założyła pełny. Teraz miała siedem strzałów. Wymierzyła w najbliższą belkę z lampami i wystrzeliła. Lampy eksplodowały, rozsiewając snop elektrycznych iskier i dym. Wstała i ile sił w nogach popędziła w kierunku wyjścia, oddając po drodze strzał ku drugiej belce oświetleniowej. Znów nastąpił wybuch i rozbłysk; potem lampy zgasły i pieczara pogrążyła się w całkowitych ciemnościach. Wytyczyła kierunek biegu w ostatnim błysku światła i miała tylko nadzieję, że uda jej się pobiec prosto.
Jeśli nie, uderzy w skalną ścianę.
Knoll zerwał się i popędził w stronę sztyletu, gdy eksplodowała pierwsza belka oświetleniowa. Zrozumiał, że pozostało mu tylko kilka sekund; ponadto Danzer miała rację, brak sztyletu czynił go bezbronnym. Pistolet bardzo by się mu przydał.
Jednak lekkomyślnie zostawił swój CZ-75B w hotelowym pokoju, sądząc, że podczas krótkiego zwiadu nie będzie go potrzebował. Tak naprawdę wolał cichą klingę niż pistolet, ale piętnaście pocisków byłoby teraz nieocenione.
Wyciągnął sztylet z brezentowej plandeki i zawrócił.
Danzer pędziła sprintem w kierunku otworu prowadzącego do chodnika. Szykował się do następnego rzutu.
Eksplozja drugiej belki oświetleniowej oślepiła go kompletnie.
Jaskinia pogrążyła się w nieprzeniknionym mroku.
Suzanne biegła prosto przed siebie i szczęśliwie trafiła w szczelinę prowadzącą ku chodnikowi oświetlonemu żarówkami. Skoncentrowała się na najbliższym rozżarzonym punkcie i znów popędziła prosto przed siebie, potem wbiegła w wąski korytarz, rozbijając pistoletem żarówki i wygaszając tym samym świetlisty szlak.
Oślepiony drugą feerią iskier Knoll zamknął oczy i przez chwilę stał spokojnie. Monika nazywała Danzer „małą, myszatą kreaturą”.
Jakże się myliła. Suzanne była naprawdę piekielnie niebezpieczna.
Gryzący zapach spalonych przewodów elektrycznych wypełnił jego nozdrza. W ciemnej pieczarze zaczęło robić się chłodno. Otworzył oczy Smolista czerń powoli rzedła, nawet rozróżniał kontury. Z tyłu za szczeliną wejściową i dalej następowały kolejne rozbłyski, żarówki jedna po drugiej były roztrzaskiwane.
Pobiegł w tamtą stronę.
Suzanne pędziła co tchu w kierunku światła. Za sobą słyszała zbliżającego się Knolla. Musiała biec, ile sił w nogach.
Wreszcie w świetle pochmurnego popołudnia pobiegła przez gęsty las w stronę samochodu. Miała nadzieję, że zachowała wystarczającą przewagę nad Knollem, by zdążyć dobiec bezpiecznie do auta. Gdy i on wyjdzie z szybu, może nie od razu się zorientuje, w którym kierunku kontynuować pościg.
Biegła zygzakiem między wysokimi sosnami, przez gęste zarośla paproci. Oddychała ciężko, rozkazując nogom, by nie przestały się poruszać. Przychodziło im to z trudem.
Knoll wypadł pędem z tunelu i szybko rozejrzał się po okolicy Na prawo, pośród drzew, w odległości około pięćdziesięciu metrów, mignęła mu kolorowa plama. Chwilę później dostrzegł biegnącą postać.
Kobieta.
Danzer.
Ruszył sprintem w jej kierunku, ściskając w dłoni sztylet.
Suzanne ostatkiem sił dobiegła do porsche i wskoczyła do środka. Uruchomiła silnik, wrzuciła szybko jedynkę i nacisnęła gaz do dechy. Opony w pierwszej chwili się poślizgnęły, potem jednak chwyciły podłoże i auto szarpnęło do przodu.
We wstecznym lusterku dostrzegła sylwetkę Knolla ze sztyletem w ręku.
Dojechała pędem do szosy, zatrzymała się i wystawiła głowę przed okno. Filuternie zasalutowała i odjechała, z każdą chwilą nabierając prędkości.
Knoll niemal uśmiechnął się na widok tego gestu. Zrewanżowała się za szydercze pozdrowienie na lotnisku w Atlancie.
Prawdopodobnie była z siebie dumna, zadowolona z udanej ucieczki i kolejnego nad nim zwycięstwa.
Sprawdził zegarek. Czwarta trzydzieści po południu.
To bez znaczenia.
Wiedział dokładnie, gdzie Suzanne będzie za sześć godzin.
44
16.45
Paul przyglądał się, jak ostatni ze wspólników wychodził z sali konferencyjnej. McKoy posyłał każdemu uśmiech, wymieniał uścisk dłoni i zapewniał, że sprawy przyjmą jeszcze dobry obrót. Wyglądał na zadowolonego. Spotkanie miało całkiem udany przebieg. Przez blisko dwie godziny odpierali pytania, okraszając odpowiedzi romantycznymi wzmiankami o chciwych nazistach i zapomnianych skarbach, wykorzystując historię jak narkotyk, którym zaspokajali zapotrzebowanie inwestorów na sensację.
McKoy podszedł do niego.
– Ten pieprzony Grumer był całkiem dobry, co?
Paul, Rachel i poszukiwacz skarbów zostali teraz sami.
Partnerzy udali się na górę, każdy do swojego pokoju. Herr Doktor opuścił ich przed paroma minutami.