– Grumer doskonale panował nad salą – oznajmił Paul. – Ale mimo wszystko nie jestem zadowolony z tej gry na zwłokę.
– Któż tu gra na zwłokę? Mam zamiar przebić się przez drugie wyjście, a ono rzeczywiście może prowadzić do drugiej komory.
Rachel zmarszczyła brwi.
– Twój geologiczny radar przewidział taką możliwość?
– Niech mnie cholera, jeśli wiem, Wysoki Sądzie.
Sędzia Cutler przyjęła to rubaszne wyznanie z uśmiechem. Towarzystwo McKoya wydawało się jej odpowiadać; jego obcesowość i ostry język nie różniły się aż tak bardzo od stosowanych przez nią środków wyrazu.
– Przewieziemy jutro grupę do kopalni i pozwolimy im napatrzeć się do syta – zaproponował Wayland. – Dzięki temu powinniśmy zyskać kilka dni. Być może poszczęści się nam za drugim wejściem.
– A gruszki urosną na wierzbie – wtrącił z przekąsem Paul. – Jesteś w tarapatach, McKoy. Musimy przeanalizować twoje położenie od strony prawnej. Proponuję nawiązać kontakt z moją kancelarią i przesłać im tekst dokumentu, który rozesłałeś inwestorom.
McKoy westchnął ciężko.
– Ile będzie mnie to kosztować?
– Zaliczka dziesięć tysięcy. Opracujemy analizę prawną przy stawce dwieście pięćdziesiąt za godzinę. Później stawka według wypracowanych godzin, płatne na koniec miesiąca.
– Ty pokrywasz też koszty.
– W ten sposób pozbywam się swoich pięćdziesięciu tysięcy – tym razem Mckay westchnął jeszcze ciężej. – Miałem cholerne szczęście, że nie zdążyłem ich wydać.
Paul zastanawiał się, czy nie nadeszła pora, by Wayland dowiedział się o machlojkach Grumera. Czy powinien też poinformować go o literach wypisanych na piasku? Być może Herr Doktor wiedział, że pieczara została ogołocona ze skarbów i po prostu zachował dla siebie tę informację. Grumer wyznał poprzedniego dnia, że podejrzewał, iż odejdą z kwitkiem. Być może uda się zwalić całą winę na niego, obywatela obcego kraju; wtedy mogliby wystąpić wobec niego z uzasadnionymi roszczeniami: „Gdyby nie Grumer, McKoy nie podjąłby podziemnej eksploracji”. W ten sposób wspólnicy zostaliby zmuszeni do ścigania Grumera po niemieckich sądach.
Koszty rosłyby w zawrotnym tempie i w końcu przestałoby się im to opłacać. A takie komplikacje skłoniłyby niedźwiedzie do powrotu do matecznika.
– Jest jeszcze coś, o czym chciałbym… – zaczął Paul.
– Herr McKoy! – zawołał Grumer, wbiegając do sali konferencyjnej. – Doszło do wypadku na miejscu eksploracji.
Rachel dokonała oględzin głowy robotnika. Guz rozmiarów kurzego jaja sięgał poniżej jego gęstych brązowych włosów.
Ona, Paul oraz McKoy znajdowali się w podziemnej pieczarze.
– Stałem w tamtym miejscu – mężczyzna wskazał na zewnątrz. – Ostatnia rzecz, którą pamiętam, to nagła i nieprzenikniona ciemność.
– Widział pan kogoś albo słyszał coś? – spytał McKoy -Nie.
Robotnicy byli zajęci wymianą żarówek w belkach oświetleniowych. Jedna z lamp znów zaświeciła. Rachel obejrzała badawczo scenę wydarzeń. Rozbite lampki, zerwane żarówki w głównym chodniku, jedna z plandek rozcięta z boku u dołu.
– Facet zaszedł mnie od tyłu – kontynuował relację robotnik, pocierając tył głowy.
– Skąd wiesz, że to był facet? – zainteresował się McKoy.
– Widziałem go – odezwał się inny robotnik. – Byłem w szopie na zewnątrz, szykując się do obejścia pobliskich tuneli. Widziałem, jak z szybu wybiegła kobieta z pistoletem w dłoni. Po chwili wypadł ścigający ją mężczyzna. Z nożem.
– Oboje zniknęli w lesie.
– Pobiegłeś za nimi? – dopytywał McKoy.
– Cholera, nie.
– Do diabła, dlaczego?
– Płaci mi pan za drążenie skał, nie za bohaterskie wyczyny! W tunelu panowały egipskie ciemności. Wróciłem i przyniosłem latarkę. Wtedy znalazłem Dannyego. Leżał w chodniku.
– Jak wyglądała ta kobieta? – zapytał Paul.
– Blondynka, tak mi się wydaje. Niska. Szybka jak Struś Pędziwiatr.
Paul pokiwał głową.
– Była wcześniej w hotelu.
– Kiedy? – spytał McKoy.
– Kiedy ty i Grumer przemawialiście do zebranych.
Weszła na chwilę i zaraz potem się zmyła.
McKoy zrozumiał.
– Chciał się upewnić, że wszyscy zostaliśmy w hotelu.
– Na to wygląda – zgodził się Paul. – Przypuszczam, że jest to ta sama kobieta, która odwiedziła mnie w Atlancie.
– Zmieniła wygląd, ale wydawała mi się znajoma.
– Prawnicza intuicja i tego typu pierdoły? – upewnił się Wayland.
– Coś w tym rodzaju.
– Przyjrzał się pan mężczyźnie? – Rachel skierowała pytanie do robotnika.
– Wysoki gość. Włosy blond. Z nożem w ręku.
– Knoll – stwierdziła autorytatywnie. Widok sztyletu w kopalnianym chodniku ponownie przemknął przed jej oczami. – Oni są tutaj, Paul. Oboje są tutaj.
Rachel czuła się z lekka zaniepokojona, gdy razem z Paulem zmierzali do swojego pokoju na drugiej kondygnacji. Jej zegarek wskazywał godzinę 20.10. Wcześniej Paul zadzwonił do Fritza Pannika, ale nie pozostało mu nic innego, jak nagrać wiadomość na automatycznej sekretarce. Powiedział o Knollu i kobiecie, o swoich podejrzeniach i poprosił inspektora, by ten oddzwonił. Jednak w hotelowej recepcji nie czekała na Paule żadna wiadomość.
McKoy się upierał, by oni też wzięli udział we wspólnej kolacji z inwestorami. Rachel to odpowiadało – im większy tłum, tym lepiej. Ona, Paul, McKoy oraz Grumer podzielili grupę między siebie. Rozmowy koncentrowały się na podziemnej eksploracji oraz domniemaniach, co uda się im znaleźć.
Myśli Rachel jednak przez cały czas krążyły wokół Knolla i tej kobiety.
– To było brudne – odezwała się teraz. – Musiałam uważać na każde słowo, by później nikt nie mógł stwierdzić, że został wyprowadzony w pole. Może wcale nie był to najlepszy pomysł?
Paul skręcił w korytarz prowadzący do ich pokoju.
– Ale teraz są zawładnięci przez ducha przygody.
– Jesteś szanowanym prawnikiem. A ja sędzią. McKoy przyczepił się do nas niczym rzep. Gdyby naciągnął tych ludzi, zostalibyśmy uznani za współwinnych. Twój tata zwykł mawiać, że jeśli nie potrafisz uciec wielkim psom, lepiej schowaj się na ganku. Jestem skłonna wycofać się z tej zadymy.
Z kieszeni wyciągnął klucz od pokoju.
– Nie sądzę, żeby McKoy komukolwiek złupił skórę. Im dłużej wczytuję się w ten dokument, tym bardziej uważam jego treść za niejednoznaczną, ale daleką od nabijania w butelkę.
Sądzę, że Wayland był naprawdę zszokowany tym, co znalazł w kopalni. Ale Grumer… cóż, on chyba coś jednak ukrywa.
Otworzył drzwi i zapalił światło.
W pokoju panował kompletny rozgardiasz. Szuflady wyciągnięte, drzwi szafy otwarte na oścież. Ktoś powywracał materace na druga stronę. Ich ubrania leżały rozrzucone na podłodze.
– Pokojówka chyba za dużo wypiła – zażartował Paul.
Rachel jednak nie było do śmiechu.
– Wcale cię to nie niepokoi? Ktoś przeszukiwał nasz pokój.
A niech to cholera! Listy taty. I ten portfel, który znalazłeś.
Paul zamknął drzwi. Zdjął płaszcz i jednym ruchem podciągnął poły koszuli. Pas z portfelem owinięty był wokół jego brzucha.
– Dość trudno je znaleźć w tym miejscu.
– Wielki Boże! Nigdy więcej nie skarcę cię za nadmiar przezorności, Paulu Cutler.
Opuścił poły koszuli.
– Kopie korespondencji mam w sejfie w biurze, tak na wszelki wypadek.
– Przewidywałeś, że może się stać coś takiego? Wzruszył ramionami.
– Nie wiedziałem, czego się spodziewać. Po prostu chciałem być przygotowany. Teraz, gdy Knoll i ta kobieta są tutaj, wszystko może się zdarzyć.