– Co masz na myśli?
Pocałowała go delikatnie w usta. Siedział sztywno. Zamienił się w słup soli. Wtedy objęła go ramionami i pocałowała namiętnie.
– Jesteś pewna, Rachel? – zapytał, gdy przestała.
– Nie rozumiem, dlaczego chwilami bywałam tak wrogo nastawiona. Jesteś dobrym człowiekiem, Paul. Nie zasługujesz na ciosy, które ci zadałam.
– To nie była tylko twoja wina.
– Znowu zaczynasz po dawnemu. Zawsze dzielisz winę na dwoje. Pozwól, że choć raz wezmę całą na siebie.
– Z przyjemnością.
– Chcę tego. I jest jeszcze coś, czego chcę.
Dostrzegł w jej oczach spojrzenie, które zrozumiał w lot.
Zerwał się z łóżka na równe nogi.
– To naprawdę oryginalne. Nie byliśmy ze sobą od trzech lat. Zdążyłem już do tego przywyknąć. Sądziłem, że te sprawy., mamy już za sobą.
– Paul, chociaż raz zdaj się na instynkt. Nie wszystko musi przebiegać zgodnie z planem. Cóż złego widzisz w starej jak świat metodzie fizycznego odprężenia?
Wytrzymał jej spojrzenie.
– Pragnę czegoś więcej niż tylko to, Rachel.
– Ja także.
Podszedł do okna, aby zachować dystans; podniósł żaluzje, by cokolwiek robić, by zyskać odrobinę na czasie. Było tego za wiele jak na jego wytrzymałość i działo się zbyt szybko.
Wyjrzał na ulicę, myśląc, jak długo marzył, by znów iść z nią do łóżka. Nie zjawił się w sądzie na odczytaniu wyroku w sprawie o rozwód. Kilka godzin później odebrał go faksem; sekretarka bez słowa położyła kartkę na jego biurku. Nawet na nią nie spojrzał i zsunął dokument do kosza na śmieci. Jak jednym podpisem sędzia mógł przerwać to, co zdaniem Paula ze wszech miar miało rację bytu?
Spojrzał na Rechel.
Wyglądała cudownie mimo wczorajszych sińców i zadrapań. Od samego początku tworzyli osobliwą parę. Ale on ją kochał i ona jego też. Wspólnie wydali na świat dwoje dzieci, oboje je uwielbiali. Czy teraz los daje im drugą szansę?
Odwrócił się z powrotem do okna i starał się znaleźć odpowiedź w ciemnościach. Już miał zamiar ruszyć w stronę łóżka, kiedy dostrzegł na ulicy znajomą sylwetkę mężczyzny.
To był Alfred Grumer.
Szedł mocnym i zdecydowanym krokiem, najwidoczniej opuściwszy przed chwilą główne wyjście hotelu „Garni”.
– Grumer wychodzi – poinformował.
Rachel skoczyła do okna i przytuliła się do niego, by spojrzeć na ulicę.
– Nie mówił, że zamierza wyjść.
– Być może odebrał telefon od Margarethe – chwycił marynarkę i skoczył ku drzwiom. – Wiedziałem, że on kłamie.
– Dokąd idziesz?
– Jeszcze pytasz?
45
Paul i Rachel wyszli z hotelu i skręcili w kierunku, w którym pomaszerował Grumer. Niemiec wyprzedzał ich o jakieś sto metrów, szybko pokonując brukowaną uliczkę, wzdłuż której ciągnęły się nieoświetlone o tej porze sklepy oraz kafejki ciągle jeszcze kuszące zapóźnionych przechodniów piwem, strawą oraz muzyką. Uliczne latarnie co jakiś czas oświetlały drogę żółtawym blaskiem.
– Co my robimy? – zapytała Rachel.
– Sprawdzamy, co on zamierza zrobić.
– Czy to na pewno dobry pomysł?
– Może nie. Ale tak czy inaczej nie mamy wyjścia.
Nie dodał, że oprócz tego ta eskapada pozwoliła mu odłożyć na później trudną życiową decyzję. Zastanawiał się, czy Rachel nie poczuła się samotna albo przestraszona.
Martwiło go to, co powiedziała w Wartburgu, broniąc Knolla, chociaż sukinsyn zostawił ją na pewną śmierć. Paulowi nie bardzo mu odpowiadała rola pocieszyciela.
– Paul, jest coś, o czym powinieneś wiedzieć.
Grumer wciąż był daleko przed nimi; nie zmniejszał tempa marszu.
– Co?
– Tuż przed eksplozją w kopalni obróciłam się i zobaczyłam nóż w dłoni Knolla.
Zatrzymał się i spojrzał na nią z niedowierzaniem.
– Trzymał w ręku sztylet. Potem strop nad nami się zawalił.
– 1 mówisz mi o tym dopiero teraz?
– Wiem. Powinnam zrobić to od razu. Ale obawiałam się, że nie zostałbyś w Niemczech albo opowiedział o tym Pannikowi, a wtedy on wziąłby sprawę w swoje ręce.
– Rachel, czy tobie naprawdę odbiło? To gówno jest naprawdę poważne! I masz rację, z pewnością bym tu nie został i nie pozwolił zostać tobie. Nie mów mi tylko, do diabła, że możesz robić, co chcesz. – Nagle spojrzał w stronę Grumera, który właśnie znikał za rogiem po prawej stronie. – Do cholery z tym. Pospieszmy się.
Zaczął niemal biec, aż łopotały poły marynarki. Rachel dotrzymywała mu kroku. Uliczka zaczęła się stopniowo wznosić. Dotarli do rogu, przy którym Grumer skręcił i na moment się zatrzymali. Na lewo znajdowała się zamknięta już „Konditoref z markizami zwisającymi nad rogiem uliczek.
Ostrożnie rozejrzał się dookoła. Grumer wciąż dziarsko maszerował przed siebie, najwyraźniej nie przejmując się tym, czy jest śledzony Niemiec przeciął niewielki placyk z fontanną otoczoną rabatami, na których kwitły pelargonie. Wszystko uliczki, sklepy i rośliny – było nieskazitelnie czyste i zadbane, zgodnie z niemieckim charakterem i obyczajem.
– Powinniśmy utrzymywać dystans – odezwał się Paul. Ale tu jest ciemniej, korzystniej dla nas.
– Dokąd idziemy?
– Wygląda na to, że na górę, do opactwa.
Zerknął na zegarek; była dwudziesta druga dwadzieścia pięć.
Z przodu Grumer nagle skręcił w lewo za czarny żywopłot. Podbiegli truchtem i dostrzegli w ciemności, jak znikał, krocząc betonową ścieżką. Na tabliczce widniał napis OPACTWO POD WEZWANIEM MATKI BOSKIEJ BOLESNEJ. Strzałka wskazywała kierunek na wprost.
– Miałeś rację – powiedziała Rachel. – On zmierza do opactwa.
Weszli na ścieżkę, na której mogły się zmieścić najwyżej cztery osoby. W wieczornym mroku szlak wspinał się stromymi zakolami ku skalnemu urwisku. W połowie drogi minęli jakąś parę spacerowiczów. Dotarli do ostrego zakrętu.
Paul się zatrzymał. Grumer wciąż był przed nimi, forsował stok w szybkim tempie.
– Chodź do mnie – Paul przywołał Rachel, obejmując ją ramieniem i przytulając do siebie. – Jeśli się obejrzy, zobaczy parę zakochanych. Z tej odległości nas nie rozpozna.
Szli teraz wolniej.
– Nie wywiniesz się z tego tak łatwo – dodała.
– Co masz na myśli?
– To, o czym rozmawialiśmy w pokoju. Wiesz dobrze, o co chodzi.
– Nie zamierzam się z niczego wywijać.
– Potrzebowałeś więcej czasu na przemyślenie; ten spacer nadaje się do tego idealnie.
Nie protestował. Miała rację. Musiał to przemyśleć, ale przecież nie teraz. W tej chwili najważniejszym jego zmartwieniem był Grumer. Stroma ścieżka wiła się zakolami, czuł, jak drętwieją mu mięśnie ud i łydek. Sądził, że jest w niezłej kondycji, ale swoje codzienne pięć kilometrów przebiegał w Atlancie po płaskim terenie, który w niczym nie przypominał tego morderczego podejścia.
Ścieżka przed nimi się skończyła, a Grumer zniknął na samym szczycie.
Opactwo nie było już odległym gmaszyskiem. Ogromna fasada miała długość dwóch piłkarskich boisk i wyłaniała się nagle zza skalnego wyłomu; ściany pięły się w górę, wsparte na kamiennych fundamentach. Jaskrawe światło lamp sodowych rozmieszczonych w lesie u podnóża budowli oświetlało kolorowe kamienie i odbijało się w trzech kondygnacjach wysokich wielodzielnych okien.
Przed nimi pojawiło się oświetlone wejście na dziedziniec, otoczony ze wszystkich stron zabudowaniami. Po obu stronach głównej bramy stały dwie baszty Za nimi podwórzec pogrążony był w półmroku. Wyprzedzający ich o najwyżej pięćdziesiąt metrów Grumer zniknął w otwartej furcie. Jaskrawe oświetlenie zbiło nieco z tropu Paula. Gdzieś zza oślepiającego blasku jupiterów dobiegało gruchanie gołębi. Nic nie widział.