Выбрать главу

Ze zgrozą słuchali, jak kule odbijały się od tarasu i śmigały w ciemnościach. Żywili w duchu nadzieję, że ktokolwiek za nimi podążał, nie wyjrzy za balustradę. Paul, zapuszczając żurawia, zobaczył, jak zamek drzwi z tej strony tarasu został przestrzelony i ktoś wczołgał się do środka.

– Knoll – wyszeptał.

Od jakiejś minuty panowała cisza. Nie dobiegał ich żaden odgłos.

Czuła ból w ramionach.

– Dłużej nie wytrzymam – powiedziała cicho.

Paul wyjrzał raz jeszcze.

– Nie ma nikogo. Podciągamy się.

Przerzucił prawą nogę przez poręcz, potem dźwignął całe ciało i przeleciał na drugą stronę balustrady Następnie chwycił ją za ręce i wciągnął. Gdy oboje poczuli grunt pod nogami, oparli się o zimną balustradę i spoglądali w dół ku srebrnej nitce rzeki.

– Nie mogę uwierzyć, że się nam udało.

– Chyba zwariowałem do końca, wdając się w to wszystko.

– Przecież to ty przyciągnąłeś mnie tu na górę.

– Nawet mi o tym nie przypominaj.

Paul odchylił przymknięte drzwi, ona weszła do środka za nim. Pomieszczenie okazało się biblioteką. Wszystkie ściany od podłogi do sufitu zastawione były regałami z połyskującego drewna orzechowego, a na nich spoczywały opasłe tomiska, których grzbiety były pozłacane z barokowym przepychem. Minęli furtę z kutego żelaza i szybko sunęli po śliskim parkiecie. Dwa ogromne drewniane globusy stały w niszach między półkami. W ciepłym powietrzu czuć było woń stęchlizny Żółty prostokąt światła przebijał przez drzwi otwarte na drugim końcu biblioteki; za nimi dostrzegli wierzchołek jeszcze jednych schodów.

Paul wskazał gestem przed siebie.

– Tędy.

– Knoll tutaj wszedł – przypomniała.

– Wiem. Ale musiał stąd znikać po całej tej strzelaninie.

Wyszła za Paulem z biblioteki i zeszła schodami w dół.

Ciemny korytarz na dole skręcał gwałtownie w prawo. Miała nadzieję, że będzie tam furta, która wyprowadzi ich na dziedziniec. Gdy dochodzili do końca schodów, Paul obrócił się gwałtownie na bok; z ciemności wyłonił się czarny cień i jej były mąż osunął się na ziemię.

Dłoń w rękawiczce chwyciła Rachel za gardło, uniosła ze schodów i uderzyła o ścianę. Przez chwilę ja zamroczyło, a potem zobaczyła dzikie oczy Christiana Knolla, który przyłożył czubek sztyletu do jej podbródka.

– To jest twój były mąż? – spytał chrapliwie, zionąc na nią ciepłym oddechem. – Przybył ci na ratunek?

Spojrzała na Paula leżącego bez ruchu na kamiennej posadzce. Z powrotem podniosła oczy na Knolla.

– Być może nie mieści się to w twojej głowie, Frau Cutler, ale nie mam powodów, by cię zabijać. Uśmiercenie ciebie z pewnością byłoby rozwiązaniem ostatecznym, ale niekoniecznie najbardziej rozsądnym. Najpierw umiera ojciec, potem ty. Dwa zgony jeden po drugim. Nie. Chociaż bardzo chciałbym pozbyć się kłopotu, nie mogę cię zabić. A zatem proszę, wracaj do domu.

– Zabiłeś… mojego ojca.

– Twój ojciec rozumiał, jakie zagrożenia niesie ze sobą życie. Powinnaś posłuchać jego rad. Ja też znam mit o Faetonie.

– Fascynująca opowieść o impulsywnym młodzieńcu. I o bezradności starszych ludzi, usiłujących młodym przekazać własne doświadczenie i rozsądek. Co bóg słońca powiedział Faetonowi? „Spójrz mi w twarz i jeśli możesz, spójrz w moje serce. Zobaczysz tam ojcowski niepokój i miłość”. Weź sobie do serca to ostrzeżenie, Frau Cutler. Mogę zawsze zmienić zdanie. Czy naprawdę pragniesz tego, by te cudowne dzieciaki roniły łzy z bursztynu, kiedy zginiesz rażona gromem?

Nagle przypomniała sobie ojca leżącego w trumnie.

Pochowała go w tweedowej marynarce, tej samej, w której pojawił się w sądzie na rozprawie o zmianę nazwiska. Nigdy nie wierzyła, że tak po prostu spadł ze schodów. Jego morderca był teraz tuż obok i przyciskał ją do muru. Przesunęła się i zamachnęła, by uderzyć Knolla kolanem w krocze, ale dłoń wokół jej szyi wzmocniła uchwyt, a czubek sztyletu przeciął skórę.

Stęknęła i wzięła głęboki oddech.

– No, no, Frau Cutler. Tylko bez numerów.

Knoll puścił jej gardło, ale wciąż trzymał sztylet przy podbródku. Przesunął dłonią wzdłuż jej ciała do krocza i chwycił ją mocno.

– Jestem pewien, że nie miałabyś nic przeciw temu. Przesunął dłoń wyżej i zaczął masować przez sweter jej piersi. – Naprawdę szkoda, że nie mamy więcej czasu.

Nagle wzmocnił uścisk na prawej piersi i przekręcił dłoń.

Poczuła rwący ból.

– Posłuchaj mojej rady, Frau Cutler. Wracaj do domu. I bądź szczęśliwa. Wychowaj dzieci na porządnych ludzi – przykazał, a następnie wskazał ręką Paula. – Zrób dobrze swojemu byłemu i zapomnij o wszystkim. To nie jest twoja sprawa.

– Zabiłeś mojego… ojca – zdołała wyrzucić z siebie mimo bólu.

Prawa dłoń poluzowała uścisk piersi i zacisnęła się ponownie na jej szyi.

– Jeśli spotkamy się jeszcze raz, poderżnę ci gardło.

Zrozumiałaś?

Nie odpowiedziała. Nóż wsunął się głębiej. Chciała krzyczeć, ale nie mogła.

– Pytam, czy zrozumiałaś? – Knoll cedził słowa.

– Tak – odpowiedziała bezgłośnie.

Cofnął ostrze. Krew kapała z ranki na szyi. Stała nieruchomo oparta o ścianę. Niepokoiła się o Paula. Wciąż się nie poruszał.

– Proszę zrobić tak, jak mówię, Frau Cutler.

Ruszył ku wyjściu.

Rzuciła się na niego.

Knoll machnął prawą ręką i rękojeść sztyletu trafiła ją w prawą skroń. Oczy uciekły jej gdzieś do tyłu. Korytarz zawirował. Do gardła napłynęła żółć. Zobaczyła, jak Marla i Brent biegną w jej stronę z rozwartymi ramionami. Coś krzyczeli, ruszali ustami, lecz nie mogła rozróżnić słów.

Ogarnęła ją ciemność.

CZĘŚĆ CZWARTA

47

23.50

Suzanne biegła w dół zboczem w kierunku miasta. Po drodze minęła trójkę zapóźnionych spacerowiczów, na których nawet nie spojrzała. Jedynym jej zmartwieniem było dotrzeć do hotelu „Gebler”, zabrać rzeczy i zniknąć. Poczuje się bezpiecznie dopiero po przekroczeniu czeskiej granicy i dotarciu do zamku Loukov, dopóki Loring i Fellner nie rozwiążą tej sprawy między sobą.

Nagłe pojawienie się Knolla zaskoczyło ją po raz drugi.

Zaciekły sukinsyn! Wiedziała jednak, że bardzo boleśnie nadepnęła mu na odcisk. Postanowiła, że nie popełni po raz kolejny tego samego błędu. Nie wolno go drażnić. Jeśli Christian jest w Stod, ona musi wynosić się z tego kraju.

Dotarła do uliczki i szybkim truchtem ruszyła w stronę hotelu.

Dzięki Bogu, była już spakowana. Wszystko było gotowe do wyjazdu, planowała bowiem opuścić Stod natychmiast po wykończeniu Alfreda Grumera. Drogę oświetlało teraz mniej latarni niż przedtem, ale wejście do hotelu tonęło w powodzi świateł. Weszła do holu. Pełniący nocny dyżur recepcjonista stukał w klawiaturę komputera; nawet nie podniósł głowy. Na górze zarzuciła na ramię torbę podróżną i położyła na łóżku zwitek euro; kwota znacznie przekraczała należność za noclegi. Nie miała czasu na formalności.

Próbowała przemyśleć wszystko od początku. Może Knoll nie wiedział, gdzie się zatrzymała. Stod było sporym miastem, hotele i zajazdy napotykało się co krok. Nie, zdecydowała. On wiedział i prawdopodobnie zaraz się tu pojawi.

Pomyślała znów o tarasie na samej górze opactwa. Knoll szedł za kimś, kto był obecny w kościele przez cały czas.

To powinno ją również niepokoić. Jednak to nie ona zabiła Grumera. Bez względu na to, co ów ktoś widział, w znacznie większym stopniu było to zmartwienie Knolla niż jej.