– A co z Grumerem?
– Zapewne smaży się już w piekle.
– To był Knoll i ta kobieta. Grumer przyszedł tu spotkać się z nią ponownie i zginął z ręki Knolla.
– Pierdolony skurwiel dostał to, na co zasłużył. A czy możesz mi powiedzieć, dlaczego wy oboje nie zaprosiliście mnie na tę eskapadę?
Głowa nie przestawała jej boleć.
– Masz szczęście, że cię nie zaprosiliśmy.
O kilka stóp od nich zajęczał Paul. Ruszyła po kamiennej posadzce. Żołądek powoli się uspokajał.
– Paul, wszystko w porządku? Pocierał lewą stronę głowy.
– Co się stało?
– Knoll się na nas zaczaił.
Przysunęła się bliżej i obejrzała jego głowę.
– Skaleczyłaś się w podbródek? – chciał wiedzieć McKoy.
– Nieważne.
– Proszę Wysokiego Sądu. Mamy tu martwego Niemca oraz policjantów, którzy zadają tysiące pytań. Was oboje znaleziono nieprzytomnych, a ty mi mówisz, że to nieważne.
– Co tu się, do cholery, wydarzyło?
– Musimy zadzwonić do inspektora Pannika – powiedział do niej Paul.
– Dobrze, Paul.
– Przepraszam. Halo? Pamiętacie mnie? – wtrącił się Wayland.
Mnich podał jej wilgotny ręcznik. Przyłożyła go Paulowi do głowy Na tkaninie pojawiła się krwawa plama.
– Chyba rozciął ci głowę.
– Co ci się stało? – Paul dotknął dłonią rany na jej podbródku.
Postanowiła powiedzieć całą prawdę.
– Knoll mnie ostrzegł. Powiedział, żebyśmy wracali do domu i trzymali się z dala od tego.
– Z dala od czego? – McKoy pochylił się nad nimi.
– Nie bardzo wiem – odparła. – Dowiedzieliśmy się tylko, że kobieta zamordowała Czapajewa, a Knoll mojego ojca.
– Skąd to wiecie?
Opowiedziała mu o tym, co się wydarzyło w kościele.
– Nie słyszałem dokładnie wszystkiego, o czym rozmawiali ze sobą Grumer i ta kobieta – dodał Paul. – Tylko oderwane słowa i urywki zdań. Ale wydaje mi się, że jedno z nich, chyba Grumer, wspomniało o Bursztynowej Komnacie.
McKoy pokręcił z niedowierzaniem głową.
– Nigdy nawet mi się nie śniło, że sprawy zajdą tak daleko. Cóż za cholerne głupstwo popełniłem?
– Jakie głupstwo masz na myśli? – zainteresował się Paul.
– McKoy nie odpowiedział.
– No mów! – ponagliła go Rachel.
– Ale łowca skarbów milczał.
McKoy stał w podziemnej pieczarze, usiłując zebrać myśli, i wpatrywał się w trzy nadgryzione zębem czasu ciężarówki.
Powoli skierował wzrok na wiekowe skalne ściany, szukając w nich jakiegoś śladu. Gdybyż te ściany umiały mówić! Czy powiedziałyby mu więcej niż to, co sam wiedział? Albo więcej niż się domyślał? Czy potrafiłyby mu wyjaśnić, dlaczego Niemcy wjechali do wnętrza góry trzema ciężarówkami, a potem wysadzili dynamitem jedyne wyjście? A może to nie Niemcy zablokowali wejście? Czy te ściany potrafiłyby opisać, w jaki sposób czeski przemysłowiec po latach dostał się do wnętrza jaskini, wykradł to, co tu ukryto, i potem wysadził w powietrze wejście? A może te ściany niczego nie wiedziały? I były równie milczące jak głosy, które przez lata usiłowały przebić się na zewnątrz, lecz trafiały jedynie na szlak wiodący ku śmierci.
Usłyszał odgłosy kroków z tyłu za sobą, od strony wejścia. Drugie wyjście z jaskini nadal zawalone było skalnym rumowiskiem i gruzem, a jego ekipa jeszcze nie przystąpiła do drążenia. Mieli podjąć prace nazajutrz. Spojrzał na zegarek-, dochodziła jedenasta przed południem. Odwrócił się i dostrzegł Paula i Rachel wyłaniających się z cienia.
– Nie spodziewałem się, że pojawicie się tu tak wcześnie.
– Jak wasze głowy?
– Oczekujemy odpowiedzi. McKoy, nie graj z nami w kotka i myszkę – odezwał się Paul. – Jesteśmy zanurzeni w tym po uszy, bez względu na to, czy ci się to podoba, czy nie. Wczoraj wieczorem żałowałeś tego, co zrobiłeś. Co miałeś na myśli?
– Nie zamierzacie posłuchać rady Knolla i wrócić do domu?
– Sądzisz, że powinniśmy? – zapytała Rachel.
– Ty jesteś od sądzenia.
– Skończcie z tym przekomarzaniem – przerwał Paul. O co chodzi?
– Chodźcie za mną – powiedział Wayland i zaprowadził ich w poprzek pieczary do jednego z ludzkich szkieletów zagłębionych w piasku. – Niewiele zostało z odzieży, którą ci goście mieli na sobie, ale z tych strzępów można wnioskować, że są to mundury pamiętające czasy drugiej wojny światowej. Ten deseń to z pewnością wzór używany przez marynarkę USA.
Pochylił się i wskazał palcem.
– To pochwa od bagnetu M4, wyrób amerykański, także z okresu wojny. Nie jestem pewien, ale kabura wygląda na wzór francuski. Niemcy nie nosili amerykańskich mundurów ani nie używali francuskiego sprzętu. Po wojnie jednak różne struktury militarne i paramilitarne posługiwały się amerykańskim sprzętem. Francuska Legia Cudzoziemska.
G recka Armia Narodowa. Piechota holenderska. – Wskazał gestem pieczarę. – Jeden z tych nieszczęśników miał na sobie bryczesy oraz buty bez kieszonek. Tak po wojnie ubierali się też Węgrzy pod butem Sowietów. Odzież, puste ciężarówki i portfel, który znalazłeś, wyjaśniają wszystko.
– To znaczy? – zapytał Paul.
– To miejsce ktoś obrabował.
– Doszedłeś do tego na podstawie mundurów, które ci faceci nosili? – zapytała z niedowierzaniem Rachel.
– Chociaż wydaje się wam, że jestem tylko prostakiem z Karoliny Północnej, znam historię wojskowości bardzo dobrze, bo to moje hobby Pomaga mi to w przygotowaniu prac eksploracyjnych. Wiem, że mam rację. Intuicja podpowiadała mi to już w poniedziałek. Ktoś dotarł do tej jaskini już po wojnie. Co do tego nie mam wątpliwości. Ci nieszczęśnicy byli albo byłymi żołnierzami, albo służyli w wojsku, albo robotników przebrano w wojskowe łachy z demobilu. Zastrzelono ich, kiedy skończyli robotę.
– A zatem całe to przedstawienie w wykonaniu twoim i Grumera było wyreżyserowane? – żachnęła się Rachel.
– Do jasnej cholery, nie. Marzyłem, że to miejsce będzie wypełnione dziełami sztuki, ale gdy tylko zajrzałem do środka, zrozumiałem, że dotarliśmy na miejsce zbrodni. Nie miałem jednak aż do tej pory pojęcia, jak potwornej zbrodni.
Paul wskazał na piasek.
– Obok tego ciała widniały na piasku litery. – Pochylił się i odtworzył na piasku litery O, I oraz C, rozmieszczając je w takich odstępach, w jakich zapamiętał. – Wyglądały mniej więcej tak.
McKoy wyciągnął z kieszeni zdjęcia wykonane przez Grumera.
Paul dopisał trzy dodatkowe litery: L, R, N, wypełniając puste miejsca, i w końcu z C zrobił G. Teraz napis na piasku głosił LORING.
– Sukinsyn – nie wytrzymał Wayland, porównując fotografię z tym, co widział na piasku. – Sądzę, Cutler, że masz rację.
– Jakie argumenty przemawiają za tym? – Rachel skierowała pytanie do Paula.
– Litery nie były wyraźne. Ostatnia z nich mogła być zatartym G. W każdym razie to nazwisko wciąż się pojawia. Twój ojciec wspomniał o nim także w jednym z listów.
– Przeczytałem go jeszcze raz całkiem niedawno.
McKoy pogrążył się w lekturze pisanego odręcznie listu.
W połowie tekstu jego uwagę przyciągnęło nazwisko Loringa.
Yancy dzwonił wieczorem w dniu poprzedzającym katastrofę. Odnalazł człowieka, którego brat pracował w posiadłości Loringa; tego, o którym wspominałeś. Miałeś racje. Nie powinienem prosić Yancyego by rozpytał sie ponownie, gdy będzie we Włoszech.
Wzrok McKoya spotkał się ze spojrzeniem Paula.
– Sądzisz, że to z powodu twoich rodziców podłożono tę bombę?
– Sam już nie wiem, co o tym myśleć – odparł Paul i wskazał ręką piasek. – Wczoraj wieczorem Grumer mówił o Loringu. Padło to nazwisko także z ust Karola. Może i mój ojciec je rzucił mimochodem. Prawdopodobnie ten gość na piasku właśnie jego chciał wskazać. Wiem tylko, że Knoll zabił ojca Rachel, a ta kobieta uśmierciła Czapajewa.