Dopóki rodzaj ludzki będzie istniał, nasi potomkowie będą wracać myślami do tych lat. I będą nam zazdrościć. Bo byliśmy tutaj, tego dnia, o tej godzinie. I dostąpiliśmy wielkości.
Życzę wam wszystkim szczęścia.
Nie rozumiesz istoty rzeczy.
Bisesa chciała krzyczeć na ekran, rzucić poduszką w prezydenta. Tarcza jest przedsięwzięciem heroicznym. Ale trzeba patrzeć dalej. Trzeba zdać sobie sprawę, że to wszystko uknuto. Musisz mnie wysłuchać!
Ale kiedy dowiedziała się o nieuchronnie zbliżającym się końcu świata, mając na względzie Myrę, na pozór pozostała spokojna.
Zaskoczyła ją niedokładność dat, które przytaczała Alvarez. Skąd ta zwodniczość? Astrofizycy, którzy opracowali tę prognozę, wydawali się tacy dokładni w pozostałych szczegółach, że na pewno zawęzili czas do jednego dnia.
Oczywiście data została z pewnością wybrana przez Pierworodnych, tak jak wszystko, co wiązało się z tym zdarzeniem. Wybrali dzień, który z jakichś powodów miał dla nich znaczenie. Ale co było szczególnego w którymś dniu kwietnia 2042 roku? Chyba nic, co wiązało się z ludźmi. Pierworodni byli istotami z gwiazd… A więc coś o charakterze astronomicznym.
— Arystotelesie — powiedziała cicho.
— Tak, Biseso?
— Kwiecień 2042 roku. Możesz mi powiedzieć, co w tym miesiącu będzie działo się na niebie?
— Masz na myśli efemerydy?
— Co takiego?
— Tabelę danych astronomicznych, które podają codzienne położenia planet, gwiazd i…
— Tak. O to właśnie chodzi.
Obraz prezydenta skurczył się i przesunął w róg ekranu. Pozostałą jego część wypełniły kolumny liczb, podobnych do współrzędnych na mapie. Ale nawet nagłówki kolumn niewiele Bisesie mówiły; najwyraźniej astronomowie mieli swój własny język.
— Przepraszam — powiedział Arystoteles. — Nie mam pewności co do poziomu twojej wiedzy astronomicznej.
— Załóż, że jest zerowa. Możesz mi to pokazać w postaci graficznej?
— Oczywiście. — Tabele zastąpił obraz nocnego nieba. — Widok z Londynu w dniu 1 kwietnia 2042 roku, o północy — powiedział Arystoteles.
Na widok niezwykle czystego, gwiaździstego nieba w umyśle Bisesy pojawiło się wyraźne wspomnienie. Przypomniała sobie, jak siedziała ze swym telefonem pod krystalicznie czystym niebem innego świata, a małe urządzenie męczyło się, żeby sporządzić mapę nieba i określić datę… Ale wszystko musiała zostawić na Mirze, nawet telefon.
Arystoteles przebiegał kolejne opcje obrazu, pokazując obrazy gwiazdozbiorów z naniesioną siatką długości i szerokości ekliptycznej.
Usunęła to wszystko z ekranu, mówiąc:
— Po prostu pokaż mi Słońce.
Żółta tarcza zaczęła się przesuwać na tle czarnego, rozgwieżdżonego nieba, a w rogu ekranu migotała ramka pokazująca datę i godzinę. Przebiegła przez kwiecień 2042 roku od początku do końca, patrząc, jak Słońce przesuwa się po niebie.
A potem pomyślała o czymś, co widziała podczas swej dziwnej podróży powrotnej z Mira.
— Pokaż mi Księżyc.
Na ekranie pojawiła się szara tarcza z cętkowanym, niewyraźnym rysunkiem, przypominającym ludzką twarz.
— A teraz zacznij od 1 kwietnia i posuwaj się do przodu.
Księżyc dostojnie przesuwał się po niebie. Fazy zmieniały się kolejno, a kiedy Księżyc był już w pełni, zaczął maleć i w końcu widać było tylko cienki pierścień otaczający krąg ciemności.
Czarny krąg przesuwał się przez obraz tarczy Słońca.
— Stop. — Obraz zatrzymał się. — Wiem, kiedy to się wydarzy — wydyszała.
— Biseso?
— Burza słoneczna… Arystotelesie. Wiem, że będzie ci to trudno załatwić. Ale muszę porozmawiać z Astronomem Królewskim — prezydent o niej wspominała — Siobhan McGorran. To bardzo, bardzo ważne.
Wpatrywała się w Słońce i Księżyc, których obrazy nałożone na siebie widniały na ekranie. Dniem symulowanego zaćmienia Słońca był 20 kwietnia 2042 roku.
CZĘŚĆ TRZECIA
Tarcza
19. Przemysł
Bud Tooke spotkał Siobhan na zewnątrz Komarowa, tak jak poprzednio.
Już mu powiedziała, że chce od razu zabrać się do roboty, bez względu na godzinę czasu lokalnego. Uśmiechnął się, prowadząc ją do głównej kopuły.
— Nie ma sprawy. Od sześciu miesięcy, czyli od chwili gdy otrzymaliśmy dyrektywy prezydenta, i tak pracujemy tutaj na okrągło.
— Doceniamy to tam, na Ziemi — powiedziała ciepło.
— Wiem. Ale to nie problem. Jesteśmy tu bardzo zmotywowani. — Odetchnął głęboko, wypinając pierś. — Wyzwanie pobudza do działania. To dobrze robi.
Przez ostatnie sześć miesięcy Siobhan była na skraju wyczerpania.
Powiedziała z powątpiewaniem:
— Tak sądzę.
Przyjrzał się jej uważnie i jego wojskowa szorstkość na chwilę ustąpiła miejsca uczuciu troski.
— Jak przebiegła podróż?
— Była długa. Dzięki Bogu mamy Arystotelesa i pocztę elektroniczną.
Była to jej trzecia podróż na Księżyc. Pierwsza podróż była cudowna, była czymś, o czym marzyła od dziecka. Nawet i druga była ekscytująca. Ale trzecia to już była katorga, a przy tym była czasochłonna.
Kłopot polegał na tym, że była połowa 2038 roku, czyli minął cały rok od 9 czerwca i sześć miesięcy od pamiętnego bożonarodzeniowego przemówienia Alvarez, I pozostały niecałe cztery lata do dnia burzy słonecznej. Siobhan wiedziała na podstawie wykresów Gantta, diagramów zależności i ścieżki krytycznej, że rozmaite podprojekty ogromnego programu budowy tarczy faktycznie posuwają się do przodu. Ale wewnątrz jej głowy zegar nieustannie odmierzał czas.
Próbowała to wyjaśnić Budowi.
— Jestem urodzoną pesymistką — powiedziała. — Spodziewam się, że coś pójdzie nie tak, i staję się podejrzliwa, gdy wszystko idzie dobrze. — Zmusiła się do uśmiechu. — To taka postawa przywódcza.
Pochylił głowę i jego ostrzyżone na jeża włosy dotknęły świateł korytarza.
— Świetnie ci idzie. W każdym razie, jeśli chodzi o motywację, pozostaw to mnie. Kiedyś byłem upierdliwym sierżantem na obozie szkoleniowym na Środkowym Zachodzie. Może okaże się, że stanowimy dobry zespół. — I objąwszy ją ramieniem, uścisnął.
Poczuła jego siłę i wyczuła zapach płynu po goleniu. Bud czasami robił wrażenie jakiegoś reliktu z lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Ale jego niezłomność, prostolinijność i dobry humor były bardzo miłe. Oczywiście wszystko to były usprawiedliwienia.
Kiedy ją trzymał, czuła, jak gdzieś w jej brzuchu rodzi się przyjemne ciepło i ogarnia twarz. Było jej przykro, kiedy krótki uścisk minął.
Podczas jej pierwszej wizyty. Kopuła Artemidy stanowiła scenę księżycowych eksperymentów przemysłowych. Obecnie, zaledwie w kilka miesięcy później, ich skala zmieniła się całkowicie. Aby zwiększyć powierzchnię roboczą, do kopuły dobudowano prymitywną przybudówkę, której większa część znajdowała się w próżni. Siobhan pomyślała, że to prawdziwie piekielne miejsce; groteskowe, ubrane w skafandry kosmiczne postacie sunęły między rzędami rur, przewodów i metalowych naczyń, a wszystko było poplamione wszechobecnym ciemnoszarym pyłem księżycowym i wyglądało jak karykatura najmroczniejszych dni angielskiej rewolucji przemysłowej.