Eugene nie odniósł się z entuzjazmem do tego pomysłu. Ale także go wprost nie odrzucił, więc Siobhan uznała, że udało jej się osiągnąć pewien postęp.
— Co jeszcze? — Pochyliła się do przodu, żeby lepiej przyjrzeć się jego twarzy. — Jak się czujesz, Eugene? Czegoś potrzebujesz? Musisz wiedzieć, jak ważne jest dla nas wszystkich twoje dobro.
— Nie potrzebuję niczego — powiedział ponuro.
Wyglądał na obrażonego.
— To, co odkryłeś, jest bardzo ważne, Eugene. Być może uratowałeś miliardy istnień ludzkich. Będą ci wznosić pomniki. I wierz mi, twoja praca, zwłaszcza twój klasyczny artykuł na temat jądra Słońca, będą czytać bez końca.
To wywołało lekki uśmiech.
— Brakuje mi tego gospodarstwa — powiedział nagle.
Ta uwaga, pozbawiona sensu, zaskoczyła ją.
— Gospodarstwa?
— Seleny. Rozumiem, dlaczego musieli ją opróżnić. Ale brakuje mi go. — Teraz przypomniała sobie, że dorastał w wiejskiej okolicy w stanie Massachusetts. — Pracowałem tam — powiedział. — Lekarz powiedział mi, że potrzebuję mchu. Tego albo ruchomej bieżni.
— Ale teraz gospodarstwo zamknięto. To charakterystyczne, że próbując ratować świat, niszczymy tę odrobinę zieleni na Księżycu!
To rzeczywiście mogło być psychologicznie szkodliwe. Próbując wyobrazić sobie życie tych unieruchomionych w przestrzeni kosmicznej ludzi, czytała opowieści, w których kosmonauci w pierwszych, prymitywnych stacjach kosmicznych cierpliwie hodowali groch w małych doniczkach. Kochali te małe roślinki, które dzieliły z nimi schronienie pośród pustki przestrzeni kosmicznej. Teraz Eugene poczuł tę samą potrzebę. Ostatecznie był przecież człowiekiem.
— Zajmę się tym — powiedziała. — Na razie gospodarstwo nie wchodzi w rachubę. Ale co byś powiedział na ogród? Jestem pewna, że tu, w Hekate, jest na to miejsce. A jeśli nie, to znajdziemy je. Tutaj, na Księżycu, musicie pamiętać, o uratowanie tego, o co walczycie.
Podniósł głowę i po raz pierwszy napotkał jej wzrok.
— Dziękuję. — Spojrzał na rozłożony przed sobą ekran. — Ale jeśli nie masz nic przeciwko temu…
— Wiem, wiem. Praca. — Odepchnęła krzesło i wstała.
Tej nocy poszła do pokoju Buda.
Szepnął:
— Nie byłem pewien, czy przyjdziesz.
Prychnęła.
— Za to ja wiedziałam na pewno, że ty nie pójdziesz tym korytarzem.
— Jestem aż tak prostolinijny?
— Dopóki jedno z nas nie odbędzie tej podróży — powiedziała.
— Mówiłem ci, że tworzylibyśmy dobry zespół.
Rozpięła kombinezon.
— Udowodnij to, bohaterze.
Kochanie się było cudownym przeżyciem. Bud był o wiele bardziej muskularny, niż była przyzwyczajona, ale także bardziej skupiony na niej samej niż większość jej kochanków.
Był też całkiem pomysłowy, jeśli chodzi o wykorzystanie małej siły ciężkości na Księżycu.
— Jedna szósta g to moja ulubiona siła ciężkości — wysapał w pewnej chwili. — Na Ziemi człowiek jest przygnieciony. A przy zerowej grawitacji rzuca się jak wyrzucona na brzeg ryba. W tym pierwszym wypadku ciężar jest wystarczający, żeby zapewnić pewną przyczepność, a mimo to człowiek jest lekki jak balonik. Mówiono mi, że nawet na Marsie…
— Zamknij się i rób swoje — szepnęła.
Potem przez długi czas nie mogła zasnąć, ciesząc się, że obejmują ją gorące ramiona mężczyzny. Oto dwoje ludzi w tym bąblu wypełnionym światłem, powietrzem i ciepłem, na śmiercionośnej powierzchni Księżyca. Jak kosmonauci i ich groch, pomyślała: w końcu wszystko, co mieli, to byli oni sami.
Nawet gdy Słońce ich zdradziło, wciąż mieli siebie.
21. Problemy
— A więc wyszło szydło z worka — beznamiętnie powiedziała Rose Delea. — Macie dwa problemy, których nie potraficie rozwiązać. Bez chińskich żurawi o dużym udźwigu nie zdążycie na czas ukończyć budowy infrastruktury tarczy. Nawet gdyby wam się udało, nie dysponujecie metodą wytwarzania „inteligentnej” powłoki, jakiej potrzebujecie. — Oparła się i podniósłszy wzrok znad ekranu, popatrzyła na Siobhan. — Jesteście udupieni.
Siobhan przycisnęła kciuki do oczu, próbując nad sobą zapanować. Był styczeń 2039 roku — minęło sześć miesięcy od chwili, gdy zobaczyła pierwsze elementy tarczy ułożone w sterty na powierzchni Księżyca, i osiemnaście miesięcy od dnia 9 czerwca. Kolejne święta Bożego Narodzenia przyszły i minęły, szare i smutne, i zostało tylko trochę ponad trzy lata do zapowiedzianej burzy słonecznej.
Jeśli nie liczyć Toby’ego Pitta i gadających głów na ekranach, Siobhan była sama w Sali Narad Towarzystwa Królewskiego, które to miejsce służyło za bazę łączności. Toby, początkowo pełniący rolę sekretarza Towarzystwa, stopniowo awansował na jej asystenta i sekretarza oraz kogoś, przed kim można się wyżalić. A teraz rzeczywiście miała ochotę się popłakać.
— My jesteśmy udupieni, Rose — powiedziała.
— Co?
— Rose, czasami mówisz jak mój hydraulik. Jesteś udupiona, to błąd. Język ma tutaj kluczowe znaczenie. To nie jest mój problem, to jest nasz problem. My jesteśmy udupieni.
Bud Tooke spoglądający z drugiego ekranu lekko się roześmiał.
Rose patrzyła gniewnie.
— Udupiony to udupiony, ty pieprzona Angielko. Muszę się napić kawy. — I odepchnąwszy krzesło, znikła z kadru.
— Znów się zaczyna — powiedział Michaił ponuro.
Pomimo zwykłego wewnętrznego niepokoju związanego z harmonogramem, zanim Siobhan przyszła tego ranka do pracy, w istocie była optymistką, jeśli chodzi o postęp prac.
Na Księżycu, po miesiącach wielkich wysiłków Buda i jego ludzi, Proca została ukończona i była całkowicie sprawna. Trwała teraz budowa drugiej wyrzutni. Ponadto szybko posuwały się do przodu prace przy produkcji szkła: na całej powierzchni krateru Claviusa wzniesiono fabryki, dzięki czemu dzień i noc do stanowiska Procy płynęły strumienie elementów potrzebnych do budowy tarczy. Rose Delea, tymczasowo przeniesiona z działu zajmującego się przetwarzaniem helu-3, pomimo swego trudnego charakteru, okazała się bardzo zdolnym kierownikiem tej części projektu.
Tymczasem Aurora 2 bezpiecznie powróciła z Marsa i zacumowała w L1, głównym punkcie Lagrange’a między Ziemią i Słońcem. Kiedy Proca była gotowa do działania, pierwsze transporty przypór wykonanych z księżycowego szkła wystrzelono do miejsca ich montażu i budowa tarczy rozpoczęła się na dobre. Obecnie Bud Tooke oficjalnie zarządzał wszystkimi podprojektami w L1 i zgodnie z oczekiwaniami Siobhan, robił to spokojnie i skutecznie. Mówiono, że wkrótce proto-tarcza będzie na tyle duża, że będzie ją można zobaczyć z Ziemi gołym okiem, o ile nie zniknie w oślepiającym świetle Słońca.