Siobhan z żalem pokręciła głową.
— To byłoby zbyt łatwe, nieprawdaż? Cała tarcza nie musi być zbudowana z „inteligentnego” materiału, wystarczy jakiś jeden procent. To jest jak wielki, połączony organizm.
Bisesa ostrożnie dotknęła próbki.
— Więc w czym rzecz?
— Chodzi o wytwarzanie tej powłoki. Kłopot polega na tym, że trzeba będzie wykorzystać nanotechnologię…
Nanotechnologia wciąż była w powijakach. Ale technologia ta, proces budowania atom po atomie, była jedynym sposobem wytworzenia podobnego materiału, którego złożoność sięgała poziomu molekularnego.
Bisesa uśmiechnęła się.
— Mogę powiedzieć o tym mojej córce? To nowoczesne dziecko. Bajki o nanotechnologii należą do jej ulubionych.
Siobhan westchnęła.
— Na tym polega kłopot. W bajce rzucasz garść magicznego pyłu, a nanoroboty budują z niego, co tylko chcesz, prawda? No cóż, nanorobot może zbudować prawie wszystko, ale potrzebuje tworzywa i energii. Przypomina to pod pewnymi względami biologię. Podobnie jak roślina, nanorobot pobiera energię i materiały z otoczenia i wykorzystuje je do zasilania swego metabolizmu.
— Tarcza kosmiczna zamiast liści i pni.
— Tak. W przyrodzie procesy metaboliczne przebiegają powoli. Kiedyś widziałam, jak pęd bambusa rośnie z szybkością dostrzegalną gołym okiem; nanorobotami można kierować i działają szybciej. Ale nie o wiele szybciej.
Bisesa dotknęła kawałka „inteligentnej” powłoki.
— Więc to rośnie powoli.
— Zbyt powoli. Na całej planecie nie ma wystarczającej liczby fabryk, by wyprodukować ten materiał w ilości, jakiej potrzebujemy. Mamy problem.
— Więc poproście o pomoc.
Siobhan zdziwiła się.
— Pomoc?
— Wiesz, ludzie zawsze myślą w dużej skali: co rząd może dla mnie uczynić, jak zorganizować przemysł, żeby produkował to, co chcę. Ale pracując dla ONZ, nauczyłam się, że świat naprawdę działa w ten sposób, iż zwykli ludzie pomagają sobie nawzajem.
— Co właściwie sugerujesz?
Bisesa ostrożnie podniosła „inteligentną” powłokę.
— Mówisz, że to rośnie jak roślina. A ja mogłabym to hodować?
— Co takiego?
— Mówię poważnie. Gdybym umieściła to w skrzynce na kwiaty i podlewała, i trzymała na słońcu…
Siobhan otworzyła usta i zamknęła.
— Nie wiem. Otwarta doniczka nie nadawałaby się, jestem tego pewna. Ale może jakiś niezbyt skomplikowany zestaw tak. I może można by zmienić to w taki sposób, aby wykorzystywać miejscowe substancje odżywcze…
— To znaczy?
— Z gleby. Albo nawet odpady z gospodarstwa domowego.
— Jak byś się do tego zabrała?
Siobhan zastanowiła się.
— Chyba trzeba by mieć coś w rodzaju nasion. Wystarczającą ilość, aby zakodować dane konstrukcyjne i zainicjować wzrost w dużej skali.
— Ale jeśli moja sąsiadka coś wyhoduje, może mi przekazać nasiona. A ja z kolei będę mogła przekazać nasiona z mojej, hm, „roślinki” komuś innemu.
— Wówczas potrzebny będzie jakiś system zbierania fragmentów „inteligentnej” powłoki w jakimś centralnym punkcie… Zaraz, czekaj — powiedziała Siobhan, szybko myśląc. — Całkowita powierzchnia tarczy wynosi około stu bilionów metrów kwadratowych. Weźmy jeden procent tej liczby. Cała ludność planety liczy dziesięć miliardów. Każdy mężczyzna, kobieta i dziecko na Ziemi będzie musiał wyprodukować prostokąt tego materiału o boku dziesięć lub dwadzieścia metrów. Każdy.
Bisesa wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
— Z pewnością mniej, jeśli fabryki także wykonają swoją robotę. I to nie jest wcale tak dużo. Mamy jeszcze trzy lata. Byłabyś zaskoczona, co mogą wyprodukować skauci i skautki, gdy mają wielką ochotę coś zrobić.
Siobhan pokręciła głową.
— To trzeba jeszcze przemyśleć. Ale jeśli okaże się możliwe, będę miała wobec ciebie dług wdzięczności.
Bisesa robiła wrażenie zakłopotanej.
— To oczywisty pomysł. Gdybym ja na to nie wpadła, ty byś to zrobiła. Albo ktoś inny.
— Może. — Uśmiechnęła się. — Powinnam przedstawić cię mojej córce. — Ratowanie świata to jak typowy film katastroficzny z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku! Nikt już nie wierzy w bohaterów, Mamo… Przypuszczała, że w ten sposób każdy zostanie bohaterem. Może to przemówi nawet do wyobraźni Perdity.
Bisesa zapytała:
— Dlaczego mi pokazałaś ten materiał?
Siobhan westchnęła.
— Bo jest rzeczywisty. To wytwór techniki. To jest to, co teraz konstruujemy. Myślałam, że jeśli to zobaczysz…
— To może przestanę fantazjować — dokończyła Bisesa.
— Chyba coś w tym rodzaju, tak.
— Tylko dlatego, że coś jest wielkie, w istocie nadludzkie, nie staje się przez to mniej realne — spokojnie powiedziała Bisesa. — Albo mniej istotne. I tak czy owak, jak powiedziałam, nie musisz mi wierzyć. Po prostu poszukaj dowodu.
Siobhan wstała.
— Naprawdę muszę już wracać na zebranie. — Ale wahała się, zaintrygowana wbrew sobie samej. — Wiesz, jestem na tyle otwarta, żeby zaakceptować możliwość istnienia istot pozaziemskich. Ale to, co opisujesz, jest z psychologicznego punktu widzenia bez sensu. Dlaczego ci hipotetyczni Pierworodni mieliby próbować nas zniszczyć? A nawet gdyby tak było, dlaczego mieliby dawać ci te wskazówki? Dlaczego mieliby ostrzegać kogokolwiek z nas. I wreszcie: dlaczego właśnie ciebie?…
Ale jeszcze kiedy mówiła, Siobhan przyszła do głowy możliwa odpowiedź na te pytania.
Ponieważ wśród tych Pierworodnych istnieją frakcje. Ponieważ nie są bardziej jednolici i jednakowi, jeśli chodzi o poglądy niż ludzie. Dlaczego bardziej rozwinięta inteligencja miałaby być jednorodna? I ponieważ są wśród nich tacy, którzy uważają, że to, co się dzieje, jest nie w porządku. Ich frakcja, działając za pośrednictwem tej kobiety, Bisesy, próbuje nas ostrzec.
Ta kobieta może być szalona, pomyślała Siobhan. Nawet kiedy ją poznała, była przekonana na dziewięćdziesiąt procent, że tak właśnie jest. Ale jej opowieść była dość sensowna. A jeśli miała rację? Jeśli po przeprowadzeniu badań okaże się, że jej twierdzenia są prawdziwe? Co wtedy?
Bisesa obserwowała ją, jakby czytając w jej myślach. Siobhan bała się, że znów zacznie mówić i pośpiesznie odeszła.
Kiedy wróciła do Sali Narad, gwar wywoływany przez gadające głowy nieco ucichł. Stanęła na środku pokoju i rozejrzała się wokół.
— Wszyscy zachowujecie się tak, jakby było coś, czego musicie się wstydzić.
Bud powiedział:
— Może tak jest, Siobhan. Zaczyna wyglądać na to, że sprawy nie mają się tak źle, jak nam się wydawało. Jeśli chodzi o kwestię ciśnienia światła słonecznego i ustawienia tarczy, jedno z nas znalazło rozwiązanie. Tak przynajmniej myślimy.
— Kto? — Siobhan stanęła przed Rose Delea. — Rose. Chyba nie ty.
Rose wyglądała na zakłopotaną.
— Faktycznie to wynikło z naszej wcześniejszej rozmowy. Wtedy powiedziałam coś takiego, że nie byłoby problemu, gdyby światło słoneczne mogło przenikać przez tarczę. Zaczęłam się zastanawiać. Istnieje sposób, dzięki któremu moglibyśmy uczynić naszą tarczę przezroczystą. Nie trzeba odbijać światła. Można je odchylić…
Tarcza byłaby przezroczysta, ale po jednej stronie zaopatrzona w cienkie, równoległe rowki, tworzące pryzmaty.
— Ach — powiedziała Siobhan. — I całe światło słoneczne zostanie skierowane w bok. Zbudujemy więc nie zwierciadło, ale ogromną soczewkę Fresnela.