Nicolaus powiedział przez ramię:
— Wiesz, to mi przypomina Concorde. Taka sama najnowsza technologia z zewnątrz i ciasna kabina pasażerska.
Purcell ożywił się.
— Czy pan kiedykolwiek leciał tym starym samolotem, sir?
— Nie, nie — powiedział Nicolaus. — Tylko parę lat temu łaziłem koło wycofanego modelu znajdującego się w muzeum.
— Czy to był ten w Duxford?… Tak się składa, że pilotowałem Concorde, zanim na przełomie wieków został wycofany. Byłem pilotem British Airways. — Uśmiechnął się do Miriam niemal zalotnie i przygładził srebrzyste włosy. — Z pewnością widać, że jestem już całkiem stary. Ale samolot kosmiczny to zupełnie inny model. Oczywiście jest przystosowany do przewozu ludzi, ale początkowo służył jako samolot towarowy. W istocie jest prawie całkowicie napędzany paliwem rakietowym.
Miriam powiedziała trochę nerwowo:
— Naprawdę?
— O, tak. Jego całkowity ciężar wynosi trzysta ton, ale ładunek użyteczny to zaledwie dwadzieścia ton. I odrywając się od Ziemi zużyjemy prawie całe paliwo. — Przyjrzał się jej uważnie. — Jestem pewien, że przysłano pani informacje na ten temat, madame. Zdaje sobie pani sprawę, że powracając będziemy się poruszać lotem ślizgowym, bez udziału silników, prawda? Podczas powrotu na Ziemię nie zużywamy energii…
Oczywiście nie miała czasu nawet dotknąć tych informacji, ale tyle wiedziała.
— Więc stanowimy po prostu latającą bombę — powiedział Nicolaus.
Nawet biorąc pod uwagę jego zdenerwowanie, Miriam była zaskoczona, że mógł powiedzieć coś takiego. Oczy Purcella lekko się zwęziły.
— Chcę wierzyć, że jesteśmy trochę bardziej inteligentni, sir. A teraz pozwolę sobie zapoznać państwa z informacjami dotyczącymi postępowania awaryjnego…
To również okazało się dość niepokojące. W wypadku dekompresji jedną z możliwości było zamknięcie się w worku ciśnieniowym, w którym człowiek był bezradny jak chomik w plastikowej kuli. Chodziło o to, aby astronauci w skafandrach kosmicznych mogli przenieść tak zabezpieczonego człowieka na pokład statku ratowniczego.
Kapitan Purcell uśmiechał się uspokajająco.
— Szanowna pani, już nie traktujemy pasażerów jak dzieci. Oczywiście uczyniono wszystko, aby państwu zapewnić bezpieczeństwo. Mógłbym przedstawić państwu profil lotu i opisać, jak nasi inżynierowie pracowali, żeby zamknąć to, co mało romantycznie nazywają „oknem niemożności przetrwania”. Ale ten samolot kosmiczny to wciąż nowa technologia. Trzeba po prostu zaakceptować ryzyko, wygodnie usiąść i cieszyć się podróżą.
Przygotowania naziemne dobiegły końca. Na ścianach i suficie rozwinęły się jak żaluzje wielkie ekrany o dużej rozdzielczości i wypełniły się światłem. Nagle Miriam wydało się, że siedzi w otwartej konstrukcji, patrząc na długi pas startowy.
Purcell przypiął się pasami do siedzenia.
— Proszę podziwiać widoki. Albo jeśli państwo wolicie, możemy wyłączyć ekrany.
Miriam zapytała:
— Czy nie powinien pan być w kabinie pilota?
Purcell robił wrażenie, jakby czegoś żałował.
— W jakiej kabinie? Obawiam się, że czasy się zmieniły, madame. Jestem kapitanem tego samolotu. Ale Boudicca porusza się sama.
Była to po prostu kwestia oszczędności i niezawodności: zautomatyzowane układy sterowania były znacznie łatwiejsze do zainstalowania i utrzymania niż człowiek-pilot. Miriam pomyślała, że przekazanie maszynie tak znacznego stopnia kontroli jest zwyczajnie wbrew ludzkiemu instynktowi.
A potem, nagle, nadeszła chwila startu. Samolot zadrżał, gdy zostały uruchomione wielkie, zamontowane na skrzydłach silniki — jakby niewidzialna ręka wcisnęła Miriam w siedzenie i Boudicca ruszyła po pasie startowym jak ciśnięta włócznia.
— Proszę się nie martwić — zawołał Purcell, przekrzykując hałas silników. — Przyśpieszenie jest nie większe niż na kolejce górskiej. Myślę, że dlatego mnie wciąż tutaj trzymają. Jeśli taki stary pryk jak ja może to przeżyć, nic wam się nie stanie!…
Bez dalszych ceregieli Boudicca poderwała się i wystrzeliła w niebo.
U stóp Miriam rozciągał się Londyn.
Orientując się według lśniącej wstęgi rzeki, wypatrzyła Westminster na ostrym zakręcie, który jak mówiono, był miejscem, gdzie Juliusz Cezar po raz pierwszy przekroczył Tamizę. Kiedy wzniosła się wyżej, przed jej oczyma rozpostarł się wielkomiejski krajobraz Wielkiego Londynu, kilometry domów i fabryk, betonu, asfaltu i cegły. W świetle wiosennego poranka lśniące w słońcu podmiejskie aleje wyglądają jak grządki kwiatów, pomyślała Miriam. Można było dostrzec, że ulice tworzą małe węzły, tam gdzie w czasach saksońskich istniały wioski i gospodarstwa, później wchłonięte przez miejską zabudowę. Miriam dorastała we Francji, w wiejskiej okolicy i pomimo kariery, jaką zrobiła, nie lubiła miejskiego życia. Ale Londyn widziany z powietrza jest naprawdę niezwykle piękny, pomyślała, co oczywiście było kwestią przypadku, bo nikt nie planował go w taki sposób.
Kiedy wznieśli się jeszcze wyżej, zobaczyła, że nad sercem metropolii wznosi się gigantyczna Kopuła, która miała osłonić te wszystkie wieki historii. Była z tego rada, bo czuła, jak wzbiera w niej sympatia do tego rozproszonego, bezbronnego miasta, które rozciągało się u jej stóp, oraz poczucie obowiązku, by chronić je przed tym, co miało nadejść.
Wkrótce Londyn zniknął pod warstwą chmur. Kiedy spojrzała przed siebie, niebo zaczęło zmieniać barwę: z ciemnoniebieskiego stało się fioletowe, a na koniec zupełnie czarne.
24. WNO
Aurora 2, błyszcząca w świetle wypełniającym przestrzeń kosmiczną, stanowiła niewątpliwie wspaniały widok. Ale to niezbyt foremna wspaniałość, pomyślała Miriam. W przeciwieństwie do samolotu kosmicznego statek ten nigdy nie miał latać w żadnej atmosferze, nawet w atmosferze Marsa, i dlatego był pozbawiony wysmukłej, aerodynamicznej lekkości samolotu kosmicznego.
Aurora wyglądała trochę jak pałka tamburmajora. Grzbiet statku stanowił cienki trójkątny dźwigar dwustumetrowej długości. Największe obciążenie, jakie Aurora musiała wytrzymać podczas lotu, było skierowane wzdłuż grzbietu. Był to kierunek, w którym ten kruchy statek był najbardziej wytrzymały, wzmacniały go bowiem diamentowe rozpórki wykonane przy użyciu nanotechnologii. Po jednej stronie grzbietu umieszczono generatory energii, w tym mały reaktor jądrowy oraz silnik jonowy, którego delikatne, lecz niesłabnące przyśpieszenie pchało Aurorę przez całą drogę, do Marsa i z powrotem. Wzdłuż grzbietu rozmieszczono kuliste zbiorniki paliwa, anteny i układy ogniw słonecznych. Po jego drugiej stronie znajdowała się pękata kopuła, stanowiąca część załogową statku: pomieszczenia mieszkalne, pomost i aparaturę podtrzymującą życie. Gdzieś we wnętrzu tej kopuły, otoczone zbiornikami wody stanowiącymi dodatkową osłonę, znajdowało się małe, ciasne pomieszczenie, w którym załoga, która znajdowała się wówczas w przestrzeni międzyplanetarnej, schroniła się podczas gorących godzin, w dniu 9 czerwca 2037 roku.
A tarcza, która miała uratować świat, już rosła wokół Aurory; jej lśniąca powierzchnia oplatała ją niby pajęczyna.
Aurora służyła za magazyn dla załogi, która przyleciawszy promem kosmicznym z Ziemi i Księżyca, pracowała nad doprowadzeniem do końca tego gigantycznego projektu. Miriam pomyślała, że byłoby to szlachetne zadanie dla każdego statku. Ale Aurora była przeznaczona do badania innych światów i było coś przygnębiającego w tym, że ów statek tkwił unieruchomiony pośród plątaniny rusztowań. Miriam zastanawiała się, czy układy sztucznej inteligencji zainstalowane na statku, któremu udaremniono jego misję, czują coś w rodzaju żalu.