Выбрать главу
* * *

Boudicca połączyła się z mieszkalnymi pomieszczeniami Aurory, przywarłszy do jej zakrzywionego kadłuba.

Miriam i Nicolausa przywitał prawdziwy astronauta, pułkownik Burton Tooke. Bud miał na sobie kombinezon, świeżo wyprany i wyprasowany oraz ozdobiony logo misji i odznaczeniami wojskowymi. Wyciągnął rękę i pomógł Miriam wydostać się z tunelu łączącego oba statki.

— Wygląda na to, że doskonale sobie radzisz z brakiem siły ciążenia — powiedział.

— Och, w kabinie samolotu wykonałam parę piruetów. To była świetna zabawa — po pierwszych dwunastu godzinach.

— Mogę sobie wyobrazić. Choroba kosmiczna dopada większość z nas. I większość ludzi ją pokonuje.

Jednakże Nicolausowi to się nie udało, co sprawiło Miriam raczej niemiłą satysfakcję. Chociaż raz, w tej metalowej puszce unoszącej się w przestrzeni, to ona musiała się nim zaopiekować.

Miriam spędziła większą część lotu pracując, była więc na bieżąco i nawet czuła się dość wypoczęta. Zostawiła więc kapitana Purcella, który zajął się jej bagażem i przyjęła zaproszenie Buda do odbycia krótkiej wycieczki. Towarzyszył im Nicolaus z kamerami na głowie i na ramieniu, zdecydowany nie opuścić ani chwili tej niezwykłej okazji do zrobienia zdjęć.

Płynęli ciasnymi korytarzami Aurory. Statek był przeznaczony do podróży kosmicznych; były tam rury i przewody, a na ścianach, suficie i podłodze ruchome panele, oraz barierki i szczeble, pomocne podczas poruszania się przy zerowej grawitacji, a także kolorowe znaki w pastelowych barwach oznaczające kierunek do góry. Trudno było uwierzyć, że ta niczym nie wyróżniająca się konstrukcja żeglowała przez układ słoneczny, pokonując drogę do Marsa i z powrotem.

Mimo sprawności układów do recyklingu, wszędzie unosił się wyraźny zapach ludzi. Ale nie napotkali nikogo; albo załoga unikała przybyłych z wizytą grubych ryb, albo też, co było bardziej prawdopodobne, gdzieś pracowała. Wszystko było zupełnie inne niż podczas normalnych wizyt premiera i dziwnie intymne, ale na pewno nie brakowało jej zwykłego tłumu dziennikarzy i poszukiwaczy sensacji różnej maści.

Dotarli do włazu wiodącego na pokład obserwacyjny Aurory. Bud pchnął drzwi i twarz Miriam zalało światło słoneczne. „Panoramiczne okno” wykonane z utwardzonego pleksiglasu było znacznie mniejsze niż którekolwiek z okien jej gabinetu w Euroigle. Niedawno przez to okno można było przez krótką chwilę oglądać czerwone marsjańskie kaniony, a teraz wychodziło na pustkę przestrzeni kosmicznej.

A tam wrzała praca. Konstrukcja składająca się z luźnych rozpórek sterczała tuż poniżej okna i ginęła w oddali. Wszędzie poruszali się astronauci w kolorowych skafandrach kosmicznych, trzymając się uchwytów bądź kabli, albo popychani małymi, przymocowanymi do pleców silniczkami rakietowymi. Na pierwszy rzut oka musiało tam być ze stu ludzi i tyleż niezależnych, wieloramiennych maszyn, poruszających się w oświetlonym światłem słonecznym labiryncie rusztowań. Sprawiało to ogromne, zaskakujące wrażenie.

— Proszę mi powiedzieć, co oni robią.

— OK. — Bud wyciągnął rękę. — Tam, w oddali, widać ciężki sprzęt, który umieszcza te rozpórki w odpowiednim miejscu.

— Wyglądają, jakby były ze szkła. To jest szkielet tarczy?

— Tak. To szkło księżycowe. Rozbudowujemy tę konstrukcję spiralnie wokół Aurory, tak że w każdej chwili środek ciężkości całego WNO znajdował się w punkcie L1.

— WNO? — zapytała.

Bud wyglądał na zmieszanego.

— Tarczy. Mamy swoje akronimy.

— I to oznacza…

— Wielki Niemy Obiekt. To taki nasz dowcip.

Nicolaus przewrócił oczami.

Bud powiedział:

— Te rozpórki zostały wyprodukowane na Księżycu. Ale tam także wytwarzamy samą powłokę, nie tę „inteligentną” jak na Ziemi, lecz zwykłą pryzmatyczną warstwę, która pokryje większą część powierzchni WNO.

Pokazał na astronautkę, która mocowała się z jakimś niezgrabnym urządzeniem. Wyglądało to, jak gdyby wyciągała ze skrzyni wielkie pękate zwierzę. Widok był niemal komiczny, ale Miriam starała się zachować powagę.

Bud powiedział:

— Wykorzystujemy nadmuchiwane wręgi z poliestru jako formy. Zaprojektowanie takiej wręgi to prawdziwa sztuka. Trzeba sobie wyobrazić dynamikę tego procesu. Nie chcemy, żeby podczas pompowania uległy odkształceniu. Dlatego symulujemy proces odwrotny, wypuszczając gaz i pilnując, żeby wszystko odbywało się płynnie, a materiał nie zwijał się i nie rozciągał…

Pozwoliła mu mówić. Bud był wyraźnie dumny z prowadzonych tutaj prac, starając się sprostać wyzwaniom środowiska, w którym najprostsza czynność, taka jak napompowanie balonu, stanowiła poważny problem. Jednakże jakaś jej część z przyjemnością słuchała tych skomplikowanych wywodów.

— A kiedy forma jest gotowa — ciągnął, wskazując kolejne miejsce pracy — natryskujemy warstwę.

Jakiś astronauta nadzorował pracę nieforemnego robota, który toczył się po wysięgniku sterczącym przed wielkim nadmuchiwanym dyskiem. Robot używał wałka, którym nakładał warstwę szkła na poliestrową powierzchnię dysku. Spokojnie pracując, wyglądał, jakby był zajęty czymś tak zwyczajnym jak malowanie ściany. Bud mówił dalej:

— Aby otrzymać taką warstwę, podgrzewamy poliester i tłoczymy go przez gorące dysze, otrzymując cienkie włókna. Nadajemy im dodatni ładunek elektryczny, a tarcza stanowi powierzchnia ujemnie naładowanej elektrody i w ten sposób uzyskujemy włókna poliestrowe setki razy cieńsze niż na początku. Nie dałoby się tego wykonać na Ziemi, siła ciążenia wszystko by popsuła. Ale tutaj ten proces jest całkiem prosty.

— Chciałabym, żeby któryś z tych robotów pomalował mi mieszkanie.

Roześmiał się z przymusem, a ona zdała sobie sprawę, że wszyscy, którzy odwiedzali to miejsce, musieli żartować w podobny sposób.

Powiedział:

— Roboty i maszyny działają bez zarzutu. Ale sercem tego projektu są ludzie. — Popatrzył na nią. — Pochodzę z wiejskiej okolicy w stanie Iowa. Jako dziecko zawsze lubiłem czytać opowiadania o ludziach takich jak mój ojciec i jego kumple, pracujących w kosmosie czy na Księżycu. Ale tak się długo nie da. Ta spokojna przestrzeń kosmiczna to bardzo niebezpieczne środowisko, a praca, którą wykonujemy, wymaga wyjątkowych umiejętności. Każdy z tych usmolonych facetów ma przynajmniej doktorat. Więc chyba nie są robotnikami. Ale mają do tego serce. Wie pani, o czym mówię? Pracują dwadzieścia cztery godziny na dobę, żeby wykonać tę pracę, a niektórzy z nich przebywają tutaj już od wielu lat. I pomimo wszystkich gadżetów niczego byśmy nie dokonali, gdyby nie ich poświęcenie.

— Rozumiem — powiedziała łagodnie. — Jestem pod wrażeniem, pułkowniku. I jestem spokojna co do przyszłości tego projektu.

Tak rzeczywiście było. Siobhan podała jej dokładne informacje na temat Buda, ale Miriam wiedziała, że Siobhan jest z nim związana i jednym z powodów jej przybycia było wyrobienie sobie własnego zdania. Podobało jej się wszystko, co zobaczyła w tym otwartym amerykańskim lotniku, który był tak ważny dla przyszłości rodzaju ludzkiego; odczula ulgę, że projekt spoczywa w naprawdę dobrych rękach.