Nie żeby jej euroazjatycka duma pozwoliła kiedykolwiek przyznać to w obecności Alvarez. Powiedziała:
— Mam nadzieję, że później będę mogła poznać przynajmniej część pańskich ludzi.
— Będą bardzo radzi.
— Ja także. Nie zamierzam udawać, że nie jest to dla mnie także okazja do wykonania paru zdjęć, oczywiście tak jest. Ale niech się dzieje, co chce, ta gigantyczna konstrukcja będzie moim dziedzictwem. Byłam zdecydowana przybyć tutaj i poznać ludzi, którzy to budują, zanim mnie wykopią.
Bud poważnie skinął głową.
— My również śledzimy sondaże. Nie mogę uwierzyć, że są dla pani tak niekorzystne. — Uderzył zaciśniętą pięścią w dłoń. — Powinni te cholerne ankiety przysłać tutaj.
Była wzruszona.
— Tak to już jest, pułkowniku. Sondaże pokazują, że ludzie są zasadniczo za projektem budowy tarczy. Ale także cierpią z powodu nieustannego zamętu spowodowanego wypływem ogromnych sum, które pochłania ten kosztowny projekt. Pragną tarczy, ale są niezadowoleni, że muszą za to płacić. I być może przede wszystkim nie podoba im się, że w ogóle stanęli w obliczu groźby burzy słonecznej.
Nicolaus chrząknął.
— To klasyczna psychologia barowa. Kiedy po otrzymaniu złych nowin przychodzi dementi, pojawia się gniew.
Bud powiedział:
— Więc muszą kogoś obarczyć winą?
— Coś w tym rodzaju — powiedziała Miriam. — A może mają rację. Tarczę będziemy budować, bez względu na to, co się ze mną stanie; zaszliśmy za daleko, aby teraz zmieniać kierunek marszu. Ale jeśli chodzi o mnie, no cóż, jak wiecie, Churchill przegrał wybory zaraz po wygraniu Drugiej Wojny Światowej. Ludzie doszli do wniosku, że wykonał swoje zadanie. Może mój następca będzie potrafił łagodzić codzienne troski lepiej niż ja. — A może, pomyślała, ludzie wyczuli, jak bardzo jestem wyczerpana, ile ta praca mnie kosztuje, i jak niewiele mam jeszcze do zaofiarowania.
Nicolaus chrząknął.
— Za bardzo filozofujesz, Miriam.
— Tak — mruknął Bud. — Co za głupi okres na przeprowadzanie wyborów! Może powinno się je odłożyć o parę lat…
— Nie — powiedziała stanowczo. — Podejrzewam, że zanim to zostanie doprowadzone do końca, w dużych miastach trzeba będzie wprowadzić stan wyjątkowy. Jednak demokracja to nasza największa zdobycz. Jeżeli ją odrzucimy, kiedy sytuacja robi się trudna, może już nigdy jej nie odzyskamy, a wówczas skończymy tak jak Chińczycy.
Bud rzucił na Nicolausa ukradkowe spojrzenie człowieka, który przywykł do pracy w warunkach szczególnych środków bezpieczeństwa.
— Skoro o nich mowa, jak wiecie, obserwujemy stąd Chińczyków.
— Wystrzelili jeszcze jakieś rakiety?
— Jeżeli pogoda jest dobra, można to zobaczyć gołym okiem. Nie można ukryć odpalenia rakiety i uruchomienia silnika wspomagającego. Ale bez względu na to, jak bardzo się staramy, nie potrafimy ich potem wyśledzić za pomocą instrumentów optycznych i radaru, próbowaliśmy nawet wykorzystać wiązki laserowe.
— Niewidzialne dla radaru?
— Tak uważamy.
Tak było już od roku: zakrojony na szeroką skalę i nieprzerwany program „bombardowania” kosmosu z głębi kraju, jeden wielki ładunek po drugim, wystrzeliwany w kosmos, w nieznanym celu. Sama Miriam brała udział w próbach ustalenia, co się tam dzieje; premier Chin zbył jej próby uniesieniem farbowanych brwi.
Powiedziała:
— Tak czy owak dla nas nie ma to żadnego znaczenia.
— Może — powiedział Bud. — Ale wkurza mnie, że my tutaj pracujemy także po to, żeby uchronić ich niewdzięczne tyłki. Przepraszam za język.
— Nie wolno myśleć w ten sposób. Pamiętajcie, że większość Chińczyków nie ma pojęcia, co kombinują ich przywódcy, i nie mają na to żadnego wpływu. To dla nich to robimy, a nie dla tych gerontokratów z Pekinu.
Bud wyszczerzył zęby w uśmiechu.
— Chyba ma pani rację. Widzi pani, to dlatego na panią zagłosuję.
— Jasne, że tak…
Pokazał palcem.
— Jeśli spojrzy pani w górę, zobaczy pani, o co w tym wszystkim chodzi.
Żeby zobaczyć, musiała się schylić.
To była Ziemia. Niebieska latarnia, wisząca dokładnie po przeciwnej stronie niż Słońce. Miriam była o półtora miliona kilometrów od domu i stąd planeta wyglądała mniej więcej tak jak Księżyc z Ziemi. Oczywiście była w pełni. Ziemia widziana z punktu L1, zawieszonego między Ziemią a Słońcem, zawsze jest w pełni.
Ziemia wisiała nisko nad tarczą, a jej bladoniebieski blask odbijał się w gładkiej jak szkło powierzchni, ciągnącej się aż po horyzont, który ginął w oddali. Powstającą tarczę należało jeszcze ustawić tak, aby jej powierzchnia była odpowiednio zwrócona w stronę Słońca; stanie się to w ostatnich dniach przed nadejściem burzy słonecznej.
Był to zdumiewający, piękny widok i prawie nie można było uwierzyć, że zbudowali to zwykli ludzie tu, w głębi kosmosu.
Pod wpływem impulsu Miriam obróciła się do swego sekretarza prasowego.
— Nicolaus, zapomnij o tych cholernych kamerach. Musisz to zobaczyć…
Nicolaus skulił się pod tylną przegrodą pomieszczenia, z twarzą wykrzywioną cierpieniem, jakiego nigdy jeszcze u niego nie widziała. Szybko nad sobą zapanował. Ale ten wyraz twarzy miała sobie przypomnieć w trzy dni później, kiedy Boudicca zbliżała się do Ziemi.
Opuszczając pokład obserwacyjny, Miriam zwróciła uwagę na tabliczkę z księżycowego szkła, z wyrytym w pośpiechu napisem:
ARMAGEDDON ODROCZONY DZIĘKI WSPARCIU KORPUSU TECHNIKI ASTRONAUTYCZNEJ USA
25. Pocisk
Podczas wchodzenia w atmosferę ziemską Nicolaus usiadł obok Miriam. Wydawał się sztywny i dziwnie milczący, podobnie jak przez całą drogę powrotną i faktycznie przez większą część ich pobytu na terenie budowy tarczy.
Ale Miriam, choć zdawała sobie sprawę, że gdzieś w głębi jest wyczerpana, czuła się dobrze. Rozmieszczone wokół niej ekrany pokazywały wielką, niebieskoszarą tarczę Ziemi i coraz jaśniejszą różową poświatę na krawędzi natarcia krótkich skrzydeł wrzynających się w gęstniejące powietrze. Ale właściwie nie czuła zmniejszania prędkości, jedynie delikatne drgania i lekki ucisk w klatce piersiowej. Czuła się odprężona.
— Po siedmiu dniach w przestrzeni kosmicznej czuję się wspaniale — powiedziała. — Mogłabym do tego przywyknąć. Jaka szkoda, że to się skończyło.
— Wszystko musi się kiedyś skończyć.
W głosie Nicolausa było coś dziwnego. Popatrzyła na niego, ale pozostał sztywny, a jego twarz była pozbawiona wyrazu. Poczuła nagły niepokój.
Spojrzała w stronę wąskiego korytarza, aby zobaczyć, gdzie jest kapitan Purcell, który od pewnego czasu milczał. Głowa Purcella zwisała jak głowa szmacianej lalki.
Natychmiast zrozumiała.
— Och, Nicolaus. Coś ty uczynił?
Siobhan pojechała do Chelsea w towarzystwie Toby’ego Pitta. Pomyślała, że mieszkanie, w którym się znalazła, jest całkiem zwyczajne i że w tym marcowym dniu nie ma nic niezwykłego. Ale nie można było tego powiedzieć o kobiecie, która otworzyła drzwi.
— Dziękuję, że zechciałaś przyjść — powiedziała Bisesa. Wyglądała na zmęczoną, ale w końcu, pomyślała Siobhan, na dwa lata przed zapowiedzianą burzą słoneczną wszyscy wyglądali na zmęczonych.
Siobhan przeszła za Bisesą przez krótki przedpokój i weszła do pokoju. Jak się można było spodziewać, był zagracony: miękka, trzyosobowa kanapa, stoliki zasłane magazynami i zwiniętymi elastycznymi ekranami. Elementem, na który wydano najwięcej pieniędzy, był wielki ścienny ekran. Siobhan wiedziała, że Bisesa jest samotną matką i ma jedenastoletnią córkę imieniem Myra, która dzisiaj jest w szkole. Drugą lokatorką była kuzynka Bisesy, studentka bioetyki, która obecnie była zatrudniona w programie ochrony zwierząt realizowanym przez stowarzyszenie brytyjskich ogrodów zoologicznych.