Jeżeli tak było — jeżeli pobudzenie Słońca doprowadziło poprzez długi i skomplikowany łańcuch przyczynowo-skutkowy do zgubnego postanowienia uśmiercenia Miriam przez jej najbliższego współpracownika — cóż to byłaby za ironia losu!
Powiedziała z wściekłością:
— Jeżeli Bóg istnieje, musi się teraz śmiać.
— Co powiedziałaś?
— Nieważne. — Przeszyła ją nagła myśl. — Nicolaus, gdzie spadniemy?
Uśmiechnął się chłodno.
— W Rzymie — powiedział.
Siobhan zapytała:
— Można określić, skąd przybyła ta samotna planeta? Oczywiście spoza układu słonecznego; poruszała się zbyt szybko, aby mogła być schwytana przez Słońce. Eugene pokazał wyniki dalszych projekcji toru tego ciała w kierunku dalekich gwiazd. Wymieniał współrzędne astronomiczne, ale Siobhan przerwała mu, zwracając się do Michaiła:
— Mógłbyś to przetłumaczyć na jakiś zrozumiały język?
— Aquila — powiedział Michaił. — To przyleciało do nas z gwiazdozbioru Orła. — Gwiazdozbiór ten leżał w pobliżu równika niebieskiego; przechodziła przezeń płaszczyzna Galaktyki. Michaił powiedział: — W rzeczywistości wiemy, że obiekt ten musiał przybyć z gwiazdy Altair. — Altair była najjaśniejszą gwiazdą tego gwiazdozbioru, oddaloną od Ziemi o około szesnaście lat świetlnych.
Eugene zastrzegł:
— Michaił, nie jestem pewien, czy powinniśmy o tym mówić. Projekcja ekstrapolowana w tak odległą przeszłość staje się rozmyta. Błędy…
Michaił powiedział ponuro:
— Mój chłopcze, nie czas na nieśmiałość. Pani profesor, wygląda na to, że ten samotny obiekt wyruszył z orbity wokół Altair. Po tym, jak kilkakrotnie przeleciał w pobliżu innych planet tego systemu, które można zobaczyć w naszych teleskopach, został wyrzucony w przestrzeń kosmiczną. Szczegóły są, rzecz jasna, mało precyzyjne, ale mamy nadzieję, że uda nam się określić je dokładniej.
— A potem — powiedziała Siobhan — został ciśnięty w naszym kierunku.
Toby podrapał się w nos.
— To wydaje się fantastyczne.
Michaił powiedział szybko:
— Rekonstrukcja zdarzeń jest bardzo wiarygodna. Została sprawdzona za pomocą kilku niezależnych metod, w oparciu o liczne źródła danych. Ja sam sprawdzałem rachunki Eugene’a. Są całkowicie wiarygodne.
Bisesa słuchała tego wszystkiego spokojnie, w ogóle nie reagując.
— OK — powiedział Toby. — Więc ta samotna planeta spadła na Słońce. To wydarzenie nadzwyczajne, ale nie bezprecedensowe. Pamiętacie zderzenie komety Shoemakera-Levy’ego z Jowiszem w 1990 roku? I — z całym szacunkiem — co to ma wspólnego z panią porucznik Dutt i jej teoriami o pozaziemskiej interwencji?
Eugene warknął:
— Jesteś takim głupcem, że tego nie widzisz?
Toby wybuchnął:
— Słuchaj no, ty…
Siobhan złapała go za ramię.
— Po prostu nam to wyjaśnij, Eugene. Krok po kroku.
Eugene wyraźnie starał się nie stracić cierpliwości.
— Naprawdę nie pojmujecie, jak bardzo nieprawdopodobny jest taki scenariusz? Tak, istnieją takie samotne planety, które powstają z dala od gwiazd albo opuszczają macierzysty układ gwiazdowy. Tak, może się zdarzyć, że taka planeta przeleci z jednego układu do drugiego. Jest to jednak wysoce mało prawdopodobne. Nasza Galaktyka jest pusta. Gwiazdy są jak ziarnka piasku, oddalone od siebie o całe kilometry. Według mnie szansa, że taka planeta przeleci w pobliżu układu słonecznego, jest jak jeden do stu tysięcy.
— A to ciało nie tylko się do nas zbliżyło — nie tylko przeleciało w pobliżu Słońca — ono trafiło prosto w Słońce, poruszając się po trajektorii, która przechodzi dokładnie przez środek masy Słońca. — Roześmiał się, nie mogąc uwierzyć w ten brak zrozumienia. — Szanse takiego zdarzenia są absurdalnie małe. Żadne naturalne wyjaśnienie nie jest możliwe.
Michaił skinął głową.
— Zawsze uważałem, że Sherlock Holmes ujął to we właściwy sposób. „Kiedy wyeliminujemy to, co niemożliwe, to, co pozostanie, choćby mało prawdopodobne, musi być prawdziwe”.
— Ktoś to uczynił — powoli powiedział Toby. — Tak mówicie. Ktoś celowo wystrzelił wielką planetę prosto w nasze Słońce. Ugodziła nas kula pochodząca od Boga.
Bisesa powiedziała szybko:
— Och, nie sądzę, aby to miało coś wspólnego z Bogiem. — Wstała. — Jeszcze kawy?
— Nicolaus, twoim celem jest Watykan? — Ale zniszczenia będą znacznie bardziej rozległe. Powracający z orbity samolot kosmiczny miał olbrzymią energię kinetyczną. Wieczne Miasto zostanie zniszczone przez eksplozję o sile porównywalnej z eksplozją małej bomby atomowej. Przedtem nie miała ochoty płakać, ale teraz łzy same napłynęły jej do oczu, nie ze względu na siebie, lecz z powodu zniszczeń, jakie miały nastąpić. — Och, Nicolaus. Cóż za strata! Jaka okropna…
I wtedy bomba wybuchła. Poczuła jakby uderzenie w plecy.
Jeszcze przez pewien czas była przytomna. Nawet mogła oddychać. Kabina ocalała, a jej układy wciąż starały się ją chronić. Ale czuła, że spada, i potworna siła wcisnęła ją głęboko w fotel. Nic nie słyszała; wybuch ją ogłuszył. Zresztą to już nie miało znaczenia.
Spadała w dół, uwięziona w jakimś fragmencie samolotu wyrzuconym wybuchem gdzieś wysoko nad Rzymem.
Nadal nie czuła żadnego gniewu ani strachu. Tylko smutek, że nie ujrzy największego dokonania swego życia. Smutek, że nie dano jej szansy, aby mogła się pożegnać z tymi, których kochała.
Ale była zmęczona. Tak strasznie zmęczona. Teraz to już należało do innych.
W tej ostatniej sekundzie poczuła dotyk czyjejś dłoni. Nicolaus, ostatni ludzki kontakt. Mocno chwyciła tę dłoń. Kiedy wirowanie przybrało na sile, straciła przytomność i nie czuła już nic.
CZĘŚĆ CZWARTA
Perturbacja
26. Altair
Gwiazda o nazwie Altair znajduje się tak daleko, że jej światło podróżuje ponad szesnaście lat, zanim dotrze do Ziemi. A mimo to Altair jest w skali kosmicznej naszym sąsiadem; tylko kilkanaście gwiazd leży bliżej Słońca.
Altair jest gwiazdą stałą, ale cięższą od Słońca. Jej powierzchnia o temperaturze dwukrotnie wyższej niż temperatura Słońca świeci światłem białym bez cienia barwy żółtej, charakterystycznej dla Słońca, i wypromieniowuje dziesięciokrotnie więcej energii w stronę gromady otaczających ją planet.
Sześć spośród tych planet to olbrzymy i, poza jedną, przekraczają rozmiarami Jowisza. Powstały blisko macierzystej gwiazdy, krążąc wokół niej jak stado monstrualnych ptaków. Ale z upływem czasu te olbrzymy, działając na siebie potężnymi polami grawitacyjnymi, stopniowo przewędrowały na zewnątrz. Większość z nich „wylądowała” ostatecznie na orbitach kołowych. Złożone procesy fizyczne i chemiczne kłębiące się w ich gorącym wnętrzu doprowadziły po wielu eonach do powstania na niektórych z nich życia.
Ale jedna z tych planet była inna.
To pękate monstrum, piętnaście razy cięższe od Jowisza, miało szczególnego pecha podczas wzajemnych oddziaływań ze swymi braćmi. Planeta została wyrzucona daleko na obrzeża macierzystego układu i znalazła się na zapętlonej orbicie eliptycznej, której najdalszy punkt znajdował się w zimnym obszarze nawiedzanym przez komety. Niezwykle wydłużona orbita sprawiała, że jeden obieg trwał miliony lat, i wskutek tego co kilka milionów lat spokojne życie stłoczonej rodzinki planet wewnętrznych było zakłócane przez samotnego olbrzyma, przybywającego z nieoczekiwaną wizytą z głębi kosmosu. Światy, które mogłyby być podobne do Ziemi, koziołkowały i dygotały, szarpane siłami grawitacyjnymi przybysza. I jakby tego było mało, przejście owego samotnika przez szeroki pas komet i asteroid było źródłem ulewnych deszczów meteorytów spadających na planety wewnętrzne. Pośród tych światów potężne bombardowania stanowiły normę, występując setki razy częściej niż na Ziemi.