Выбрать главу

Z czasem ów proces destrukcji stał się czymś naturalnym. Po dostatecznie długim czasie samotnik ostatecznie unicestwiłby te mniejsze światy. Albo też wpadłby na innego olbrzyma, co stanowiłoby prawdziwą katastrofę dla obydwu planet. Albo wreszcie, co najbardziej prawdopodobne, ten kapryśny wędrowiec zostałby całkowicie oderwany od układu Altaira, być może wskutek przejścia w pobliżu innej gwiazdy, i odleciałby w mroczną głąb kosmosu.

Ale miała miejsce interwencja.

* * *

Najbardziej dramatycznym zdarzeniem w procesie formowania się Ziemi było potężne zderzenie, które rozszczepiło proto-Ziemię na dwa bliźniacze światy: Ziemię i Księżyc. Przez kilka dni świecenie rozbitego świata było na tyle jasne, że można je było dostrzec z odległości setek lat świetlnych.

Ci, którzy patrzyli, mieli oczy wrażliwe na barwy, na które żaden ludzki język nie miał określeń. Patrzyli, obserwowali wszystko i wszędzie, cierpliwie, niestrudzenie. I zauważyli gwałtowne narodziny Ziemi.

Obserwowali, co się działo dalej: powstanie oceanów z wody przyniesionej przez komety, krótki okres chemicznych przemian, zadziwiająco szybkie powstanie prostych form życia, wolniejszy rozwój bardziej złożonych organizmów i na koniec iskrę inteligencji. Była to zasadniczo dobrze znana historia, jedynie szczegóły zmieniały się od jednego świata do drugiego.

Ale ci, którzy patrzyli, nie uważali tego za „postęp”.

Na tajnym zgromadzeniu, podczas dysputy, której żaden ludzki umysł nie byłby w stanie pojąć — i pomimo pewnych tarć — podjęto najpoważniejszą z możliwych decyzji.

I wybrano broń.

Czynnik sterylizujący.

* * *

Jak można poruszyć planetę? Istnieje wiele sposobów, ale sposób wykorzystany na Altair był ludziom doskonale znany.

Wyjątkowo przydatne okazały się owe perturbacje powodowane przez samotnego olbrzyma. Od lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku ludzie wykorzystywali efekt procy do przyspieszania lotu statków kosmicznych. Taki statek jak na przykład Voyager mógł się „odbić” od pola grawitacyjnego Jowisza i przy odpowiednim doborze kąta odbicia statek kosmiczny został pchnięty do przodu, uzyskując dodatkowy pęd. Inżynierowie pracujący w programie lotów kosmicznych stali się ekspertami w stosowaniu tej techniki, posługując się bardziej złożoną serią takich pchnięć, aby wykorzystać zasoby energii układu słonecznego i dzięki temu zmniejszyć ilość paliwa potrzebnego do wystrzelenia statku w kosmos.

Ponieważ Jowisz jest około bilion bilionów razy cięższy od Voyagera, takie oddziaływania nie zaburzają w istotny sposób ruchu planety. Ale gdyby szlakiem Voyagera poruszał się obiekt o masie porównywalnej z masą Jowisza, oba ciała rozbiegłyby się w przeciwnych kierunkach.

I na tym właśnie zasadzał się ten pomysł: wykorzystać pole grawitacyjne do wprawienia w ruch całych światów.

Trudno byłoby wykorzystać pojedynczy impuls, ponieważ większa część energii uległaby rozproszeniu wskutek efektów pływowych. Ale można było wykorzystać ciąg asteroid, aby przemieścić ogromną masę planety bez tego rodzaju niepożądanych następstw.

A jeszcze mniejszych ciał można by użyć do zmiany kierunku ruchu asteroid. Kolejność takich zdarzeń można było zaplanować, wychodząc od drobnych początkowo odchyleń, a następnie stosując sekwencję coraz silniejszych zakłóceń. W sukurs przyszedł fakt, że mechanika wielu ciał ma z natury rzeczy charakter chaotyczny i dzięki temu wrażliwy na drobne zakłócenia.

Oczywiście wszystko to wymagało starannego zaplanowania, aby taka seria „strzałów” się opłaciła. Ale zależało to tylko od mechaniki ruchu orbitalnego. Sposób był zarazem efektywny, ponieważ marnowało się bardzo niewiele energii. Ci, dla których oszczędność była zasadą przewodnią, uznali tę metodę za naprawdę elegancką.

Kamień został rzucony.

* * *

Upłynęły tysiące lat, zanim kaskada wzajemnych oddziaływań odchyliła tor samotnej planety; nie będzie już więcej nękać wewnętrznych światów Altair. Minęło jeszcze tysiąc lat, zanim samotnik przekroczył granice własnego układu gwiezdnego i poszybował dalej. Ale to ich nie interesowało. To miała być długa gra.

A potem przestano się tym interesować. Ci, którzy interweniowali, mieli obserwować skutek; uważali to za swój smutny obowiązek. Ale było wystarczająco dużo czasu, żeby się przygotować.

A na Ziemi ludzie wznosili zigguraty ku czci Słońca, które jak wciąż sobie wyobrażali, było bogiem. A mimo to ich los był już przypieczętowany. Tak przynajmniej myśleli ci, którzy czekali.

27. Blaszana pokrywka

Siobhan umówiła się z Bisesą w londyńskiej Arce, starym ogrodzie zoologicznym w Regent’s Park.

W tym celu musiała przyjechać z Liverpoolu. Udała się tam, aby odwiedzić nowego premiera Eurazji w jego Bunkrze, jak wszyscy to nazywali, ogromnym podziemnym centrum rządowym, umieszczonym w potężnej betonowej krypcie wspaniałej rzymskokatolickiej katedry.

Jadąc drogą M1, Siobhan natknęła się na pierwszą blokadę drogową, kiedy mijała St Albans, ponad trzydzieści kilometrów od centrum Londynu. Podróż w drugą stronę zajęła jej osiem godzin. Kilka lat temu, w szybkim, „inteligentnym” samochodzie pozbawionym ograniczeń szybkości tę samą trasę można było pokonać w trzy godziny. Ale od tego czasu Londyn stał się fortecą.

Owego upalnego dnia, we wrześniu 2041 roku, wokół stolicy rozmieszczono szereg kordonów. Najdalszy z nich stanowiła bariera z drutu kolczastego i rowy przeciwczołgowe, biegnące od Portsmouth na południowym wybrzeżu przez Reading i Watford do Chelmsford na wschodzie. Marynarka wojenna strzegła dostępu od strony morza i rzeki równie starannie, a poza tym nad głową stale latały patrole RAF-u. Nawet na tym pierwszym punkcie kontrolnym Siobhan musiała przez godzinę czekać w kolejce na sprawdzenie chipu identyfikacyjnego, wzoru siatkówki oraz chipu swego pojazdu; mogła była poprosić premiera o interwencję, ale w tych paranoicznych czasach nikt nie dostawał przepustki.

Musiało tak być. Do dnia burzy słonecznej pozostało tyko siedem miesięcy i problem uchodźców z mniejszych miast i okolic wiejskich stał się palący. Londyn był środkiem ciężkości Wielkiej Brytanii od 1066 roku, kiedy to Wilhelm Zdobywca zaczął sprawować brutalne rządy nad starym saksońskim królestwem. Wszyscy wiedzieli, że w tych ostatnich dniach to musi być Londyn, że właśnie tam będzie chciała uciec połowa mieszkańców południowej Anglii. Stąd te bariery.

Czekając, Siobhan zobaczyła nad St Albans smugę gęstego, czarnego dymu. Arystoteles powiedział jej, że jest to ogromne ognisko, największa atrakcja szalonej zabawy na miejscu dawno startego z powierzchni ziemi rzymskiego miasta Venilamium. Ku wielkiej uldze władz większość ludzi nadal zachowywała się w miarę rozsądnie. Ale byli też tacy, którzy nazywali samych siebie Panami Ostatnich Dni. I hasali, i zabawiali się, jak gdyby w to naprawdę wierzyli.