Oczywiście ognisko w St Albans rozpalono wbrew wszelkim zasadom ochrony środowiska, ale było wielu takich, którzy już się przestali tym przejmować, skoro za siedem miesięcy wszystko i tak miało się usmażyć. To samo działo się także na większą skalę, gdy szyby naftowe i pola gazowe opróżniono, a trujące substancje beztrosko wypuszczono do atmosfery i morza.
Zamrażanie się było kolejnym objawem szerzącego się szaleństwa.
W Liverpoolu Siobhan przekazała sprawozdanie o szerzącej się w Stanach Zjednoczonych nowej modzie na „hibernacula” — ogromne podziemne krypty, w których bogacze kazali się przechowywać w zamrożonym stanie. Ci uciekinierzy ze świata rzeczywistości starali się umknąć przed burzą słoneczną i uciec w lepszą przyszłość. Owe hibernacula stawały się coraz bardziej popularne, pomimo ostrzeżeń lekarzy, że proces zamrażania prawdopodobnie się nie powiedzie, a poza tym nikt nie mógł zagwarantować nieprzerwanego dopływu energii podczas burzy słonecznej, wskutek czego w ten wielki dzień może nastąpić niefortunne rozmrożenie. Poza tym nawet gdyby system działał należycie, jak by wyglądała z moralnego punktu widzenia ucieczka przed teraźniejszością i pozostawienie innym uprzątnięcie całego bałaganu, a następnie „powrót”, gdy najgorsze już minie i będzie można zbierać owoce? Nawet w najbardziej optymistycznym scenariuszu „krionauci” na pewno nie byliby mile widziani. Siobhan zastanawiała się ponuro, co będzie, jeśli rzecz się nie uda — jeśli pomimo tarczy ochronnej cywilizacja się rozpadnie — czy wtedy hibernacula nie posłużą głodującym ocalałym jako magazyny mrożonego mięsa…
Ten szał przykuł uwagę mediów, ale na szczęście stanowił jeszcze zjawisko rzadkie. O ile w tych ostatnich dniach przed burzą dominowała głupota, o tyle można też było dostrzec przejawy godności. Większość ludzi próbowała uratować to, co posiadała, nie zaś roztrzaskać na kawałki; na terenach takich jak budowa Kopuły aż się roiło od ochotników. Jak można się było spodziewać, wielu ludzi szukało pociechy w religii, ale tylko niewielu stało się fanatykami jak ów człowiek, który uśmiercił Miriam Grec. Większość modliła się do swych bogów z należną powagą w surowym wnętrzu katedr, meczetów i świątyń albo po prostu w głębi serca.
Tymczasem siła oddziaływania zbliżającego się końca była źródłem rozkwitu sztuk pięknych i na całym świecie powstawały prawdziwie chwytające za serce dzieła literatury, obrazy, rzeźby i kompozycje. Były to czasy pełne romantyzmu.
Jednak wydawało się, że wielu ludzi traktuje ponurą przyszłość ze smutną rezygnacją. Liczba mieszkańców globu spadała. Zanotowano serię samobójstw, ale jeszcze smutniejsze było to, że wskaźnik urodzeń gwałtownie spadał. Nie były to czasy, gdy powinno się wydawać dziecko na świat; faktycznie niektórzy przywódcy religijni przekonywali, że płodzenie dzieci w chwili obecnej może w istocie stanowić grzech, jako że dziecko nieistniejące nie cierpi.
Ale to wszystko tylko nieznacznie zmniejszyło liczbę ludności przed dniem burzy słonecznej. Wszystko zależało teraz od tarczy.
We wrześniu 2041 roku, gdy pozostało jeszcze tylko siedem miesięcy do dnia katastrofy, budowa tarczy jak zwykle była opóźniona, ale mimo to prace wciąż posuwały się do przodu. Polityczni szefowie Siobhan w administracji Unii Euroazjatyckiej bez końca domagali się faktów, liczb, wykresów Gantta przedstawiających postęp prac, wykresów ścieżki krytycznej pokazujących spodziewane wąskie gardła i przeszkody. Oraz fotografii olbrzymiej konstrukcji rosnącej na orbicie.
Ale nic, co mówiła, nie miało znaczenia, ponieważ politycy nie mogli już teraz nic zmienić. Miriam Grec miała rację od samego początku. Jej wczesna interwencja sprawiła, że projekt zyskał międzynarodowe poparcie i nabrał rozmachu, jakiego potrzebował na początku. A kiedy na Miriam posypały się gromy, jej następca i zarazem zastępca, pośpiesznie wprowadzony na ten najwyższy urząd, przegrał z kretesem wybory w październiku 2040 roku, pokonany przez przeciwników, którzy opowiadali się przeciw idei budowy tarczy. Ale dokładnie tak jak przewidziała Miriam, żaden premier, kiedy już objął urząd, nie mógł odstąpić od realizacji tego przedsięwzięcia. Logika funkcjonowała tak samo zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Eurazji.
Jednakże nowy premier nie polubił Siobhan. Nadal była najważniejszym ogniwem w łańcuchu łączności i podejmowania decyzji, biegnącym między Ziemią a orbitą, ale nie należała już do grona wybrańców. To jej bardzo odpowiadało. To był czas działania, nie zaś politycznych gierek. Poza tym im rzadziej spotykała się z politykami, tym mniejsza była szansa, że popełni jakąś gafę.
Za St Albans Siobhan minęła jeszcze kilka blokad drogowych. W końcu po zawiłym kluczeniu ulicami miasta dotarła do ostatniej bariery. Była to brama Camden, jedno z dziesięciu największych wejść na teren otaczający samą Kopułę.
Stojąc w kolejce, z zaciekawieniem patrzyła przed siebie, tędy jeszcze nigdy nie wjeżdżała do środka. Jasnopomarańczowa brama, naszpikowana reflektorami i stanowiskami obserwacyjnymi wznosiła się niby rzymskie ruiny ponad szarymi domami i rzędami sklepów. Gładka powierzchnia samej Kopuły biegła łukiem wzwyż, ginąc w jasnym błękicie nieba.
Oczywiście Kopuła była jeszcze niedokończona; ostatnie panele zostaną zainstalowane dopiero w ostatnich godzinach, tak aby miasto nie musiało zbyt długo pozostawać bez światła. Ale mimo to, nawet teraz, olbrzymi szkielet Kopuły wyglądał zdumiewająco. Siobhan w rzeczywistości nie ogarniała wzrokiem dużej części budowli, znajdowała się bowiem zbyt blisko. Szkoda, że to największe ze wszystkich osiągnięć brytyjskiej architektury będzie prawie niewidoczne z ziemi. Załoga Aurory 1 kiedyś stwierdziła z żalem, że liczne charakterystyczne cechy powierzchni Marsa są po prostu zbyt duże, aby można je było ogarnąć z bliska.
Ale patrząc z powietrza, można się było przekonać, jak wspaniałą budowlą jest Kopuła. Zbudowana na planie niemal doskonałego koła o średnicy około dziewięciu kilometrów, którego środek znajdował się na Trafalgar Square, Kopuła obejmowała Tower po wschodniej stronie dawnych rzymskich murów miasta, a na zachodzie sięgała aż po West End, przecinając Hyde Park i ledwie obejmując Albert Memorial oraz muzea w South Kensington. Na północy Kopuła obejmowała King’s Cross i Regent’s Park, dokąd właśnie zmierzała Siobhan, natomiast na południu sięgała aż do miejsc po drugiej stronie rzeki. Siobhan pomyślała, że dobrze, iż Kopuła obejmuje także fragment samej Tamizy, ponieważ rzeka zawsze stanowiła oś całego miasta.
Każdy mieszkaniec Londynu z charakterystycznym brakiem szacunku nazywał to wielkie osiągnięcie architektury „Blaszaną Pokrywką”.
W końcu Siobhan wpuszczono przez bramę. Znaki przypomniały jej, że należy włączyć światła.
Nagły półmrok, który ogarnął ją pod Kopułą, wprawiał w osłupienie. Filary nośne wyrastały z ziemi niby smukłe drzewa lasu deszczowego, dziwacznie wznosząc się nad domami, biurami i katedrami, ministerstwami i pałacami. Niebo przesłaniały rusztowania i rozpórki, spowite mgłą oddalenia. Helikoptery i sterowce latały tuż pod zakrzywionym sklepieniem budowli. Cały krajobraz był skąpany w bladym świetle słonecznym przenikającym przez luki w sklepieniu. Widok przypominał nieco ogromne antyczne ruiny, pozostałości dawnego imperium. Ale wszędzie wokół wznosiły się dźwigi przypominające szkielety dinozaurów i budowa wciąż trwała.