Przewidywania co do skuteczności tarczy, nawet przy najbardziej optymistycznym scenariuszu wydarzeń, wciąż były niepewne i zupełnie nie było wiadomo, jak bardzo pomogą tak potężne konstrukcje jak Kopuła. Ale podobne projekty były w równym stopniu wyrazem powszechnej woli, co środkiem obronnym. Siobhan miała nadzieję, że jeśli świat przetrwa burzę słoneczną, Blaszana Pokrywka, a przynajmniej jej szkielet, pozostanie jako pomnik tego, co ludzie, działając wspólnie, są w stanie dokonać.
Wjechała do środka, nie zwracając uwagi na panujący półmrok, skupiona na ulicznym ruchu.
28. Arka
Arka była dzisiaj prawie pusta. Kozy wspinały się na betonowe góry, pingwiny chlupały się w pomalowanych na niebiesko bajorach, a różnokolorowe ptaki śpiewały nie dla zwiedzających, lecz dla swych dozorców oraz Siobhan. To nie była pora na odwiedzanie ogrodów zoologicznych.
Bisesa już tam była. Siobhan znalazła ją w pawilonie naczelnych, samą, z kubkiem kawy w dłoni. W dużej jamie garstka szympansów łaziła leniwie. Ta staromodna sceneria ostro kontrastowała z nowoczesną animowaną tabliczką informacyjną, która dumnie oznajmiała, że te istoty to Homo troglodytes, najbliżsi kuzyni człowieka.
— Dziękuję, że zechciałaś przyjechać — powiedziała Bisesa. — I przepraszam, że cię tu ciągnęłam. — Była zmęczona i blada.
— Nie ma za co. Nie byłam w tym zoo od dziecka.
— Po prostu chciałam tu przyjść ten ostatni raz. To ostatni dzień, kiedy można je zobaczyć.
— Nie zdawałam sobie sprawy, że tak szybko je mają przenieść.
Bisesa powiedziała:
— Teraz gdy szympansy zostały uznane za osoby prawne, mają pełne prawa człowieka, w szczególności prawo do prywatności, kiedy dłubią w nosie i drapią się po tyłku. Przeniosą je więc do własnego małego ośrodka dla uchodźców, zaopatrzonego w huśtawki i banany.
Bisesa mówiła znużonym, bezbarwnym głosem i Siobhan nie potrafiła rozszyfrować jej nastroju.
— Nie pochwalasz tego?
— Och, oczywiście, że tak. Choć jest wielu takich, którzy nie pochwalają. — Bisesa skinęła głową uzbrojonemu młodemu żołnierzowi, który chodził po drugiej stronie jamy.
Debata, czy zapewnić schronienie istotom różnym od człowieka, obejmowała nie tylko szympansy, w których wypadku prawo było w miarę jasne. Kiedy burza słoneczna była coraz bliżej, na całym świecie podjęto ogromne wysiłki, aby uratować przynajmniej próbkę głównych przedstawicieli królestwa roślin i zwierząt. Większość tych wysiłków miała z konieczności prymitywny charakter: pod Arką zainstalowano ogromne hibernacula dla ocalenia zygot zwierząt, owadów, ptaków i ryb, oraz nasion roślin i drzew, od traw do sosen. Jeśli chodzi o zwierzęta, ogrody zoologiczne od dawna robiły coś podobnego; począwszy od przełomu wieków, przechowywano populacje zwierząt, od dawna wymarłych w swym naturalnym środowisku — słonie, tygrysy, a nawet jeden gatunek szympansa.
Niektórzy ekologowie utrzymywali, że jest to w gruncie rzeczy daremne. Chociaż różnorodność form życia w chłodnej i zachmurzonej Wielkiej Brytanii nie mogła się równać z ich bogactwem w lasach równikowych, w jednej garści ziemi londyńskiego ogrodu prawdopodobnie można było znaleźć więcej gatunków (z których większości dotychczas nie zidentyfikowano), niż przyrodnicy całego świata znali sto lat temu. Nie można było uratować ich wszystkich, ale alternatywą było nie robić nic i większość ludzi zgadzała się z tym, że trzeba spróbować.
Jednak niektórzy mieli za złe, że ratuje się istoty inne niż ludzi.
— To czas trudnych wyborów — westchnęła Siobhan. — Wiesz, któregoś dnia rozmawiałam z ekologiem, który powiedział, że po prostu powinniśmy zaakceptować to, co ma nastąpić. To tylko kolejny przypadek wymierania w długim łańcuchu podobnych zdarzeń. To jest jak pożar lasu, powiedział, takie niezbędne porządki. I za każdym razem gdy biosfera dochodzi do siebie, jest bogatsza niż przedtem.
— Ale to nie ma charakteru naturalnego — powiedziała Bisesa ponuro. — Nie jest zdarzeniem naturalnym nawet zderzenie z asteroidą. Ktoś zrobił to celowo. Może to właśnie jest głównym powodem, dla którego rozwinęła się inteligencja. Bo są takie chwile — gdy wybucha Słońce, gdy giną dinozaury — kiedy mechanizm doboru naturalnego nie wystarcza. Chwile, gdy potrzebna jest świadomość, aby uratować świat.
— Biolog powiedziałby, że za doborem naturalnym nie kryje się żaden cel, Biseso. A ewolucja nie może cię przygotować do tego, co nas czeka.
— Tak — uśmiechnęła się. — Ale ja nie jestem biologiem, więc mogę tak powiedzieć…
Takie rozmowy były powodem, dla którego Siobhan tak bardzo ceniła sobie towarzystwo Bisesy.
Siedem miesięcy przed dniem burzy słonecznej świat pracował gorączkowo, by zakończyć przygotowania. Ale większość tego, co robiono, choć było niezbędne, miało prozaiczny charakter. Na przykład ostatni burmistrz Londynu został wybrany dzięki niewątpliwie przekonywającemu przyrzeczeniu, że cokolwiek się stanie, zapewni miastu zaopatrzenie w wodę i od czasu objęcia urzędu dotrzymywał tej obietnicy. Ogromny nowy rurociąg biegł przez cały kraj, od wielkiego zbiornika w Kielder na północy do stolicy, chociaż wielu ludzi na północnym wschodzie głośno narzekało na „mięczaków z południa”, którzy kradli „ich” wodę. Takie działania były rzecz jasna niezbędne — sama Siobhan brała udział w wielu takich przedsięwzięciach — ale to było banalne.
Czasami głośne gadanie zacierało jej wyraźne postrzeganie sytuacji. I właśnie Bisesa, samotnie siedząc w swym mieszkaniu i po prostu myśląc, była probierzem jej działań i pozwalała ogarnąć szerszą perspektywę. Właśnie Bisesa, dzięki swemu niestandardowemu myśleniu, wystąpiła z propozycją powszechnego udziału całego społeczeństwa w produkcji „inteligentnej” powłoki. I ostatecznie to właśnie Bisesa umożliwiła Siobhan zrozumienie tej najgłębszej ze wszystkich tajemnic.
Od czasu owej decydującej wideokonferencji i podanego przez Eugene’a Manglesa dowodu, że zaburzenie Słońca rzeczywiście zostało spowodowane celowym działaniem, twierdzenia Bisesy dotyczące Mira i Pierworodnych były traktowane poważnie i zajęto się ich zbadaniem. Nikt nie wierzył w całą jej historię, nawet Siobhan. Ale większa część jej umysłu akceptowała, że zaburzenie Słońca, tak przekonywająco odtworzone przez Eugene’a, mogło być jedynie skutkiem interwencji jakiejś inteligencji. Nawet jeśli zostawić na boku jej cel, sam fakt interwencji był wnioskiem zdumiewającym.
Spostrzeżenia Bisesy pomogły Eugene’owi i innym w pełniejszym zrozumieniu mechanizmu fizycznego kryjącego się za burzą słoneczną, a także pomogły ludziom opracować plan przetrwania. Ale kłopot polegał na tym — jak Siobhan od razu zdała sobie sprawę — że sprawa udziału Pierworodnych na razie nie ma znaczenia. Bez względu na przyczynę teraz trzeba się było zająć samą burzą. Informacji tych nie można było nawet podać do publicznej wiadomości; ujawnienie interwencji obcych z pewnością na nic by się nie zdało, a wywołałoby tylko panikę. Tak więc pozostało to tajemnicą, znaną jedynie najwyższym funkcjonariuszom rządowym i niewielu wybranym. Jeśli Pierworodni istnieją, pomyślała Siobhan, można się będzie nimi zająć później.
Ale oznaczało to, że Bisesa nic nie mogła uczynić, jeśli chodzi o największy problem swego życia. Nawet nie mogła o tym rozmawiać. Wciąż była na udzielonym jej przez armię „urlopie okolicznościowym” i zostałaby w ogóle zdymisjonowana, gdyby Siobhan nie użyła swoich wpływów. Jednak nie miała nic konkretnego do roboty. W tej niepewnej sytuacji była pozostawiona samej sobie. Prowadziła samotniczy tryb życia, spędzając większość czasu w mieszkaniu albo wałęsając się po Londynie i odwiedzając takie miejsca jak Arka; wydawało się, że nie potrzebuje niczyjego towarzystwa, z wyjątkiem Myry.