— Chodź — powiedziała Siobhan, biorąc ją pod rękę. — Popatrzmy na słonie. A potem odwiozę cię do domu. Chciałabym znów zobaczyć Myrę…
Mieszkanie Bisesy, leżące tuż za King’s Road, miało szczęście, bo było w obrębie Blaszanej Pokrywki. Gdyby leżało o pól kilometra dalej na zachód, znalazłoby się na zewnątrz. Przycupnęło w cieniu muru; jadąc w jego kierunku, w górze, między dachami, widać było wznoszącą się ku niebu Kopułę, jak kadłub olbrzymiego statku kosmicznego.
Od ostatniej wizyty Siobhan minęło trochę czasu i dom wyglądał inaczej. W bramie zainstalowano nowe, solidne zamki zabezpieczające. A kiedy otworzyła bramę, z budynku wypadł rdzawo-czerwony kształt, przemknął między nogami Bisesy i zniknął za rogiem. Bisesa wzdrygnęła się, ale po chwili wybuchła śmiechem.
Serce Siobhan waliło jak młotem.
— Co to było? Pies?
— Nie, tylko lis. Nie robi nic złego, jeśli pilnujesz swoich śmieci, chociaż chciałabym wiedzieć, kto go tutaj wpuścił. Teraz ludzie nie mają serca się ich pozbyć. Jestem pewna, że jest ich tutaj więcej. Może ściągają do Kopuły.
— Pewno wyczuwają, że coś się zbliża.
Bisesa poszła przodem po schodach. W korytarzach i na klatce schodowej Siobhan zobaczyła wiele dziwnych twarzy.
— To lokatorzy — powiedziała Bisesa, robiąc minę. — Zarządzenie władz. Każde mieszkanie w obrębie Kopuły musi dać schronienie określonej liczbie osób na metr kwadratowy. Jesteśmy stłoczeni. — Otworzyła drzwi mieszkania, za którymi ukazał się przedpokój zawalony butelkami z wodą i jedzeniem w puszkach, stanowiącym żelazne zapasy całej rodziny. — Dodatkowy powód, aby mieszkała tu Linda. Lepiej mieć kuzynkę niż kogoś obcego…
Kiedy Siobhan znalazła się w mieszkaniu, podeszła do okna. Wychodziło na południe i zapewniało dużo światła. Wielkie cienie, jakie rzucał szkielet Kopuły, przecinały niebo, ale mimo to zupełnie dobrze było widać wschodnią część miasta. Siobhan zobaczyła, że każde wychodzące na południe okno i balkon oraz każdy dach zakryto srebrzystymi kocami. Koce były wykonane z „inteligentnej” powłoki i stanowiły fragment tarczy „wyhodowany” przez zwykłych mieszkańców Londynu.
Bisesa podeszła do niej ze szklanką soku owocowego i uśmiechnęła się.
— Niezły widok, co?
— Wspaniały — powiedziała Siobhan szczerze.
Pomysł Bisesy sprawdził się nadspodziewanie dobrze. Ażeby „hodować” skrawek tarczy, która miała uratować świat, trzeba było mieć tylko cierpliwość, światło słoneczne, domową ciemnię i podstawowe substancje odżywcze, w zupełności wystarczały roztarte na miazgę odpady z gospodarstwa domowego. Przez pewien czas problem sprawiały surowce do budowy „inteligentnych” elementów, zanim nie zaczęto wykorzystywać składowisk odpadów, pełnych starych telefonów komórkowych, komputerów, gier i innych niepotrzebnych zabawek, które stanowiły prawdziwe kopalnie krzemu, germanu, srebra, miedzi, a nawet złota. W Londynie można było usłyszeć takie oto, choć niezbyt ścisłe, określenie tego programu: Kop dla zwycięstwa.
Siobhan powiedziała:
— To szalenie inspirujące: ludzie na całym świecie pracują, aby uratować siebie i innych.
— Tak. Ale spróbuj to powiedzieć Myrze.
— Co z nią?
— Boi się — powiedziała Bisesa. — Nie, to coś więcej. Chyba przeżyła szok. — Twarz miała spokojną, ale robiła wrażenie zmęczonej, przytłoczonej poczuciem winy. — Próbuję spojrzeć na to wszystko jej oczyma. Ma tylko dwanaście lat. Kiedy była mała, jej matka znikała na całe miesiące, a kiedy wracała, ledwie na nią spojrzała. A teraz grozi nam ta burza słoneczna. To bystre dziecko, Siobhan. Rozumie podawane wiadomości. Wie, że 20 kwietnia to wszystko, całe jej życie, ten ścienny ekran, syntetyczne gwiazdy, jej książki i zabawki po prostu znikną. Nie dość że wciąż gdzieś wyjeżdżałam. Myślę, że nigdy mi nie wybaczy, iż pozwoliłam, aby ten świat zginął.
Siobhan pomyślała o Perdicie, która wydawała się w ogóle nie zdawać sobie sprawy z tego, co nadchodzi, albo wolała tego nie wiedzieć.
— Może to lepiej niż zaprzeczać, że coś ma się wydarzyć. I nie ma z czego czerpać pociechy.
— Nie. Dla mnie pociechą nie jest nawet religia. Bóg nigdy mnie specjalnie nie obchodził. Ale widziałam, jak Myra ogląda wybór nowego papieża. — Po zniszczeniu Rzymu nową rezydencją papieża został Boston; wielkie amerykańskie diecezje i tak były od dawna znacznie bogatsze od Watykanu. — Całe to religianctwo mnie niepokoi, a ciebie nie? Z ukrycia wychodzą Czciciele Słońca.
Siobhan wzruszyła ramionami.
— Godzę się z tym. Wiesz, nawet tam, na terenie tarczy, wielu się modli. Religie mogą służyć społecznej potrzebie, jednocząc nas wokół wspólnego celu. Może przede wszystkim dlatego powstały. Nie sądzę, by było coś złego w tym, że ludzie myślą o tarczy jak o, hm, budowie katedry na niebie, jeżeli to im pomaga przetrwać. — Uśmiechnęła się. — Bez względu na to, czy Bóg patrzy, czy nie.
Ale twarz Bisesy była mroczna.
— Nie wiem, jak to jest z Bogiem. Ale inni na nas patrzą, jestem tego pewna.
Siobhan powiedziała ostrożnie:
— Wciąż myślisz o tych Pierworodnych.
— Jakże mogę o nich nie myśleć? — odparła Bisesa.
Popijając kawę, usiadły obok siebie na wyściełanej kanapie. Osobliwe miejsce do omawiania jednego z najgłębszych problemów filozoficznych, pomyślała Siobhan.
— Przypuszczam, że jest to odwieczne marzenie — powiedziała. — Od czasów starożytnych Greków spekulujemy na temat pozaziemskich istot inteligentnych.
Bisesa wydawała się nieobecna.
— Nawet teraz nie mogę przywyknąć do tej myśli.
— To trudne dla każdego naukowca — powiedziała Siobhan. — „Argument celowego działania” — czyli budowanie teorii dotyczących wszechświata zgodnie z założeniem, że został zaprojektowany dla jakiegoś świadomego celu — wyszedł z mody trzysta lat temu. Darwin wbił ostatni gwóźdź do tej trumny. Oczywiście to Bóg był wówczas tym projektantem, nie istoty pozaziemskie. Dla naukowca myśleć w ten sposób to wbrew wszelkim zasadom. I dlatego instynkt podpowiedział mi, żeby cię skontaktować z Eugene’em, Biseso. Zastanawiałam się, co się stanie, jeśli wstrząśniesz nim tak, aby zaczął myśleć inaczej. Sądzę, że instynkt mnie nie zawiódł. Ale to nadal wydaje się nienaturalne. — Westchnęła. — Wątpliwa przyjemność.
Bisesa powiedziała:
— Jak myślisz, jak ludzie to przyjmą, kiedy się w końcu dowiedzą?
Siobhan zastanowiła się nad własnymi uczuciami.
— Konsekwencje będą ogromne. Polityczne, społeczne i filozoficzne. Wszystko ulegnie zmianie. Nawet jeśli nie odkryjemy niczego więcej na temat tych istot, których nazywasz Pierworodnymi, i bez względu na to, jaka okaże się ta burza słoneczna, sam fakt, że wiemy, iż istnieją, dowodzi, że nie jesteśmy jedynymi istotami we wszechświecie. Każda przyszłość, jaką sobie teraz wyobrazimy, musi uwzględniać możliwość istnienia innych.
— Myślę, że ludzie mają prawo wiedzieć — powiedziała Bisesa.
Siobhan przytaknęła; to był punkt, co do którego dotychczas się nie zgadzały.