Выбрать главу

Bisesa powiedziała:

— Dotarliśmy do Księżyca i Marsa. Tutaj, na Ziemi, budujemy konstrukcję wielką jak sama planeta. A mimo to wszystkie nasze osiągnięcia się nie liczą, wobec potęgi, która jest w stanie tego dokonać. Ale nie wierzę, że ludzie będą onieśmieleni. Myślę, że będą rozgniewani.

— Nadal nie rozumiem — powiedziała Siobhan. — Dlaczego ci Pierworodni chcieliby nas wygubić?

Bisesa pokręciła głową.

— Myślę, że znam Pierworodnych lepiej niż ktokolwiek inny. Jednak na to nie potrafię odpowiedzieć. Ale jednego jestem pewna. Oni nas obserwują.

— Obserwują?

— Myślę, że do tego właśnie służył Mir. Mir stanowił montaż całej naszej historii aż do tej chwili — naszego prawdopodobnego zniszczenia. Mir nie dotyczył nas, lecz Pierworodnych.

Zmusili się do obserwowania tego, co mają zniszczyć, chcą stawić czoła temu, co uczynili.

Mówiła z wahaniem, wyraźnie niepewna tego, co myśli. Siobhan wyobraziła sobie, jak siedzi sama godzinami, obsesyjnie analizując swoje wspomnienia i uczucia.

Bisesa mówiła dalej:

— Nie chcą niczego, co wiemy czy potrafimy zrobić. Nie interesuje ich nasza wiedza ani sztuka, w przeciwnym razie ratowaliby nasze książki, obrazy czy nawet niektórych z nas. Ale to wszystko stoi poniżej ich samych. To, czego chcą — tak myślę — to wiedzieć, jakie to uczucie być takimi istotami jak my. I jakie to uczucie, kiedy się będziemy smażyć.

— Zatem cenią świadomość — zamyśliła się Siobhan. — Rozumiem, dlaczego zaawansowana cywilizacja ceni umysł ponad wszystko. Może to w naszym wszechświecie stanowi rzadkość. Cenią go, mimo że go niszczą. Mają więc swoją etykę. Może czują się winni z powodu tego, co czynią.

Bisesa roześmiała się gorzko.

— Ale mimo wszystko to czynią. To się nie trzyma kupy, prawda? Czy bogowie mogą być niespełna rozumu?

Siobhan popatrzyła na cienie Kopuły.

— Może w tym planie destrukcji jest jednak jakaś logika.

— Wierzysz w to?

Siobhan wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

— Nawet gdybym w to wierzyła, odrzucam taki sposób myślenia. Niech ich diabli.

Bisesa uśmiechnęła się w odpowiedzi.

— Tak — powiedziała. — Niech ich diabli.

29. Zderzenie

Samotna planeta minęła równik niebieski.

Podczas gdy światło potrzebuje szesnastu lat, aby dotrzeć z Altair do Słońca, minęło całe tysiąclecie, zanim wędrująca planeta zakończyła swą międzygwiezdną podróż. Jednak zbliżała się do Słońca z szybkością pięciu tysięcy kilometrów na sekundę, znacznie większą niż prędkość ucieczki naszej gwiazdy dziennej; była najszybciej poruszającym się obiektem, jaki kiedykolwiek nawiedził układ słoneczny. Kiedy otoczyło ją gorąco Słońca, atmosferę olbrzymiej planety zaczęły rozrywać potężne burze, powodując utratę bilionów ton powietrza, które ciągnęło się za nią, niby warkocz ogromnej komety. Na Ziemi był czwarty rok przed Chrystusem.

* * *

Gdyby samotna planeta zjawiła się w dwudziestym pierwszym wieku, ludzie by ją wykryli dzięki programowi Spaceguard. Program ten narodził się z dwudziestowiecznego programu NASA, którego celem było badanie wszystkich dużych komet i asteroid, poruszających się po takich orbitach, że mogło to doprowadzić do ich zderzenia z Ziemią. Naukowcy zastanawiali się nad różnymi sposobami zmiany toru zbliżającego się ciała, w tym zastosowaniu żagli słonecznych albo użyciu broni jądrowej. Ale o ile takie sposoby mogły wystarczyć w wypadku asteroidy, o tyle nie zdałyby się na nic w wypadku masy o takich rozmiarach.

Oczywiście w czwartym roku przed Chrystusem nie było żadnego programu śledzącego tory komet. Od czasu starożytnych Greków świat znał soczewkę, ale nikomu jeszcze nie przyszło do głowy, żeby zestawić dwie z nich, tworząc teleskop. Byli jednak tacy, którzy obserwowali niebo, bo wierzyli, że w jego zawiłych świetlnych wzorach kryją się myśli Boga.

W kwietniu tegoż roku w Europie, w północnej Afryce i na Środkowym Wschodzie w pobliżu Słońca zauważono wielkie nowe światło. Dla astrologów i astronomów, którzy znali każdy obiekt na niebie widoczny gołym okiem znacznie lepiej niż większość ich potomków żyjących w dwudziestym pierwszym wieku, olbrzymia, świecąca oślepiającym światłem planeta stanowiła anomalię, była źródłem fascynacji i lęku.

Zwłaszcza trzej uczeni obserwowali ją z uczuciem trwogi. Nazywali samych siebie magami, czyli astrologami — poszukiwaczami gwiazd. Śledzili ją uważnie w ostatnich dniach, kiedy gwiezdny przybysz zbliżał się do Słońca i stał się gwiazdą poranną niezwykłej piękności.

* * *

Planeta przedarła się przez rzadką zewnętrzną atmosferę Słońca, jego koronę. Teraz miała przed sobą samą gwiazdę.

Przybysz miał średnicę równą jednej piątej średnicy Słońca. Mimo jego szybkości zderzenie między dwoma ogromnymi ciałami niebieskimi było, można rzec, dostojne. Nadlatującej planecie zajęło całą minutę wniknięcie do wnętrza gwiazdy.

Normalnie powierzchnia Słońca stanowi delikatną sieć granul stanowiących zewnętrzną powierzchnię ogromnych komórek konwekcyjnych sięgających głęboko do wnętrza Słońca. W chwili zderzenia planety ze Słońcem owa złożona struktura uległa zaburzeniu, jakby piłkę baseballową ciśnięto w garnek z wrzącą wodą. Z punktu zderzenia rozeszły się ogromne fale, rozpływając się po zakrzywionej powierzchni gwiazdy.

Tymczasem sama planeta zanurzyła się w kąpieli potwornego gorąca. Wskutek bezpośredniego zderzenia plazmy słonecznej z atmosferą planety energia słoneczna wniknęła do wnętrza przybysza. W odpowiedzi planeta rozpaczliwie próbowała pochłonąć ciepło, odrzucając warstwy zewnętrzne. Górne warstwy jej atmosfery, składającej się głównie z wodoru i helu, wkrótce zostały oderwane, odsłaniając warstwy wewnętrzne, egzotyczną, sprasowaną wysokim ciśnieniem ciecz i wodór w stanie stałym, które następnie wyparowały. Działo się to dokładnie tak jak wtedy, gdy kapsuły statku Apollo wchodziły w atmosferę ziemską zabezpieczone osłonami ablacyjnymi, a kawałki rozpadającego się statku unosiły ciepło tarcia. W wypadku przybysza strategia ta przez jakiś czas odnosiła skutek. Planeta wniknęła do wnętrza Słońca, mając masę piętnastokrotnie przewyższającą masę Jowisza, i mogła pochłonąć wielką ilość ciepła, zanim została unicestwiona.

Planeta wdzierała do wnętrza gwiazdy coraz głębiej i głębiej, przeniknęła przez warstwę konwektywną, a potem znalazła się w leżącej poniżej, statycznej warstwie promienistej. Pozostawiała za sobą wydrążony w materii Słońca tunel, ranę, która miała się zabliźnić dopiero po tysiącach lat.

Kiedy przybysz dotarł do krawędzi jądra Słońca, był już tylko zbitką jego najgęstszych składników, a mimo to nadal miał masę wielokrotnie większą od masy Jowisza. Tam resztki tej masy rozpadły się i rozproszyły, ale przedtem zadały potężny cios w samo serce Słońca. Nastąpił gwałtowny wzrost intensywności reakcji termojądrowych, jak gdyby ogromna bomba eksplodowała na skraju owego naturalnego reaktora. Potężny impuls wywołał falę uderzeniową, która przeniknęła głęboko do wnętrza słonecznego jądra.

Eugene Mangles wiedział, że jądro Słońca jest kapryśne, a tempo reakcji termojądrowych w jego wnętrzu jest bardzo wrażliwe na zmiany temperatury. Ogromnej planety już nie było, ale zderzenie z nią wywołało oscylacje jądra, które miały trwać przez tysiąclecia.