Tymczasem na powierzchni, choć sama planeta została pochłonięta przez Słońce, miejsce zderzenia stanowiło obszar gwałtownych zawirowań.
Przenikając do wnętrza gwiazdy, planeta przedarła się przez obszar graniczny między strefą konwektywną i promienistą. Strefa promienista obraca się wraz z jądrem Słońca, prawie jak ciało sztywne. Natomiast ruch strefy konwektywnej jest znacznie bardziej złożony; różne części powierzchni Słońca w rzeczywistości obracają się z różnymi prędkościami. Dlatego w omawianym obszarze granicznym powstaje tarcie, materiał strefy konwektywnej pędzi ponad strefą promienistą niczym potężny wiatr.
Słońce przenika potężne pole magnetyczne. Jego wnętrze jest wypełnione „rurkami przepływu”, strumieniami energii magnetycznej płynącymi przez morze plazmy. W międzystrefowym obszarze granicznym różne prędkości obrotowe warstw Słońca rozciągają rurki przepływu wzdłuż słonecznego równika. Na ogół konwekcja utrzymuje je na miejscu, ale niekiedy we wnętrzu Słońca powstaje jakby supeł, który przedziera się w stronę powierzchni, ciągnąc za sobą strumienie plazmy. Taka sekwencja zdarzeń prowadzi do powstania „obszarów aktywnych”, które są źródłem rozbłysków i wyrzutów materii koronalnej.
I tak było właśnie teraz. Przejście planety przez międzystrefowy obszar graniczny spowodowało, że rozciągnięte i zapętlone linie pola magnetycznego wiły się niczym węże. Rurki przepływu przedarły się przez powierzchnię Słońca i wytrysnęły ponad ową raną spowodowaną wtargnięciem olbrzymiej planety. Uwolniona energia objawiła się w postaci potężnego błysku światła o wysokiej częstości i fontanny cząstek naładowanych, która zalała układ słoneczny.
Potężna burza słoneczna runęła na Ziemię. Ziemskie pole magnetyczne załopotało jak zerwany żagiel i nad całym światem zapłonęły wspaniałe zorze polarne. Ale najpoważniejsze skutki zderzenia planety ze Słońcem miały się pojawić dopiero w dalekiej przyszłości. Jednak tu i teraz zapowiedziały swoje przybycie w wyraźny sposób.
W czwartym roku przed Chrystusem na Ziemi nie było nowoczesnych urządzeń, które mogłyby ulec uszkodzeniu, ale działanie milionów naturalnych komputerów znajdujących się w biomolekułach zostało lekko zaburzone w wyniku zawirowań pola magnetycznego. Ludzie cierpieli na chwilową utratę przytomności czy nagłe napady, a niektórzy zmarli z takich przyczyn, których nikt nie umiał wyjaśnić. Miriam Grec zapłaciła najwyższą cenę wskutek tego, że zaburzenia pola magnetycznego mogą uruchamiać impulsy religijne w ludzkim mózgu. Ziemię ogarnęła prawdziwa plaga proroków, którzy wieszczyli zagładę, mieli wizje i przepowiadali cuda.
A w nędznej stajence w Betlejem nowonarodzone dziecko leżące na brudnym sianie poruszyło się przez sen i wydało stłumiony okrzyk, dręczone obrazami, których nie potrafiło pojąć.
30. Teleskop
Od czasu owego druzgocącego oświadczenia prezydent Alvarez w grudniu 2037 roku kryzys spowodowany burzą słoneczną zaczęto łączyć ze świętami Bożego Narodzenia. Ostatnie święta przed burzą, w 2041 roku, kiedy brakowało już tylko czterech miesięcy do jej zapowiedzianego nadejścia, były pełne gorączkowego podniecenia i wymuszonej wesołości. Bisesa podejrzewała, że wszyscy się ucieszą, kiedy będą to już mieli za sobą.
A ona sama kupiła sobie teleskop. I pewnego pogodnego poranka w styczniu 2042 roku, z pomocą Myry i Lindy, wtaszczyła go na dach bloku, w którym mieszkała. Tego dnia słońce stało nisko na wschodnim niebie i widok z dachu był naprawdę wspaniały. Przypory Kopuły lśniły jak promienie słoneczne, a koce z „inteligentnej” powłoki pokrywające wszystkie odkryte powierzchnie błyszczały jak ogromne kwiaty.
Teleskop był dziesięciocentymetrowym retraktorem, pochodził z drugiej ręki, był trochę niezgrabny, ale ponieważ miał ponad dwadzieścia lat, był tani. Był jednak na tyle „inteligentny”, że korzystając z systemu GPS potrafił określić własne położenie i orientację w przestrzeni. I gdy otrzymał wskazówki, co zamierzało się obserwować, z szumem i warkotem ustawiał się we właściwym kierunku, po czym natychmiast zaczynał śledzenie żądanego obiektu, uwzględniając obrót Ziemi. Linda śmiała się z przestarzałego interfejsu użytkownika — był wyposażony w ów komiczny system menu — ale urządzenie działało całkiem dobrze.
W centrum Londynu, gdzie coraz większą część nieba przesłaniała Kopuła, teleskopy nie miały większego zastosowania, chyba że zamierzało się śledzić grupy robotników, którzy dniem i nocą uwijali się pod stropem Kopuły. Ale Bisesa chciała obserwować Słońce.
Kiedy poinformowała urządzenie, na co chce patrzeć, oprogramowanie teleskopu natychmiast zaczęło bełkotać ostrzeżenia na temat bezpiecznego użytkowania. Ale Bisesa znała zagrożenia. Nie wolno było patrzeć przez teleskop wprost na Słońce, ponieważ mogło się to skończyć utratą wzroku, ale można było rzutować jego obraz na jakieś tło. Bisesa przyniosła więc składane krzesło i za okularem teleskopu umieściła duży arkusz białego kartonu. Dokładne ustawienie kartonu w cieniu teleskopu i zogniskowanie urządzenia było dość trudne. Ale w końcu, w środku cienia teleskopu, pojawiła się mlecznobiała tarcza.
Bisesa była zaskoczona wyrazistością obrazu i jego rozmiarami: średnica tarczy miała około trzydziestu centymetrów. Na krawędzi tarczy jasność była trochę mniejsza, ale przecież patrzyła na kulę, obiekt trójwymiarowy. Grupy plam słonecznych rozsianych w pobliżu średnich szerokości geograficznych Słońca, były dobrze widoczne i wyglądały jak drobinki pyłu w świecącej misce. Dziwna była myśl, że każda z tych plam jest większa niż cała Ziemia. Mając temperaturę kilku tysięcy stopni, były ciemne tylko dlatego, że były chłodniejsze niż reszta powierzchni Słońca.
Ale Bisesa nie po to kupiła teleskop, aby obserwować plamy słoneczne.
Tarczę Słońca przecinał szary, rozmyty pasek, biegnący z północnego wschodu na południowy zachód. To oczywiście była tarcza. Zawieszona nieruchomo w punkcie L1 wciąż była zwrócona krawędzią w stronę Słońca. Ale już rzucała na Ziemię cień.
Bisesa przytuliła do siebie Myrę.
— Widzisz? Tam jest. Jest rzeczywista. Teraz mi wierzysz?
Myra wpatrzyła się w obraz. Miała teraz trzynaście lat i była jak na swój wiek trochę zbyt spokojna. Bisesa urządziła ten pokaz, by pocieszyć Myrę, która nie była osamotniona w swych wątpliwościach dotyczących realności tego wielkiego kosmicznego przedsięwzięcia.
Ale jej reakcja była inna, niż przewidywała Bisesa. Wydawała się przestraszona. Był to obiekt zbudowany rękami człowieka, cztery razy bardziej odległy niż Księżyc, a mimo to widoczny z Ziemi. W bladym świetle słonecznym londyńskiego poranka widok ten był zdumiewający, budzący podziw, oszołamiający.
Dlatego właśnie Grecy ukuli słowo pycha, pomyślała Bisesa.
31. Perspektywy
Zerowa grawitacja była dla kochanków sprawą o wiele trudniejszą do pokonania niż mała siła przyciągania Księżyca.
Siobhan dowiedziała się, że jest tak mimo wieloletnich doświadczeń. W czasach lotów na niskich orbitach okołoziemskich istniało coś takiego jak „Klub Delfinów”, nazwany w ten sposób, ponieważ w podobnych warunkach panujących w oceanie parze delfinów podczas zbliżenia niekiedy pomagał trzeci delfin… ale Siobhan była Astronomem Królewskim i nie mała zamiaru zgodzić się na coś takiego.
Bud sprokurował więc urządzenie, które pozwalało jej zachować nieco prywatności. Zaopatrzona w kajdanki, liny i inne podobne akcesoria jego kabina wyglądała teraz jak pokój sadomaso, ale mając coś, czego można się było uchwycić albo przytrzymać, sprzęt sprawdzał się nadspodziewanie dobrze. Jednak w samotnej społeczności budowniczych tarczy Bud najwyraźniej doszedł do tego z czyjąś pomocą. Kazała mu zdjąć umieszczoną nad łóżkiem małą tabliczkę z napisem: