DZIĘKI POMOCY KORPUSU TECHNIKI ASTRONAUTYCZNEJ USA BAWCIE SIĘ DOBRZE!
Mimo to seks był intensywny i dawał dużo satysfakcji, i niech to licho, podnosił na duchu, jak zawsze. Siobhan była na tyle dorosła, aby przyznać, że potrzebuje zarówno pociechy, jak i namiętności.
Jednakże potem, kiedy leżała pod grubym kocem, czując obok ciepło jego ciała, jej myśli powracały do przyczyn, które ją tutaj sprowadziły.
Kabina służyła kiedyś za magazyn; wciąż widać było ślady po wyrwanych ze ściany półkach i szafkach. Przez, lata Aurorę rozbierano na części i teraz stanowiła łupinę zawierającą tylko aparaturę podtrzymującą życie, centrum komunikacyjne i pośpiesznie poskładane pomieszczenia mieszkalne. Wiedziała jednak, że ten poobijany stary statek dla Buda jest domem. Nawet po zakończeniu realizacji projektu będzie mu go z pewnością brakowało.
Wpadłby w rozpacz, gdyby przed wykonaniem zadania musiała go zabrać do domu. Ale taki mógł być rezultat jej wizyty i oboje o tym wiedzieli.
W końcu Bud powiedział:
— Wiesz, w takich chwilach mam ochotę na papierosa.
— W głębi duszy wciąż jesteś niepoprawnym zapaleńcem, prawda?
— Jak diabli. — Patrzył w sufit. — Ale ta wycieczka to sprawa służbowa, a nie dla przyjemności, prawda?
— Przykro mi.
Wzruszył ramionami.
— Nie powinnaś tak mówić. Ale słuchaj, jeśli chodzi o pozostałych, jesteś tutaj po to, by uruchomić układ sztucznej inteligencji. Nikt poza moim asystentem nie wie o reszcie.
Lekko poirytowana powiedziała:
— Nie powinnam źle wpływać na morale. Bud. Mam wzmocnić ten projekt, a nie osłabić. Tylko o to chodzi. Ale…
— Ale trzeba zrobić ten audyt. — Chwycił ją za rękę. — Wiem. I wierzę, że sobie z tym poradzisz.
Męczyło ją poczucie winy.
— Bud, oboje mamy swoje obowiązki. I nie możemy pozwolić, żeby coś nam stanęło na przeszkodzie.
— Rozumiem. Ale jeszcze odrobina przyjemności, zanim się weźmiemy do roboty. — Usiadł. Mamy jeszcze dwanaście godzin do uruchomienia układu sztucznej inteligencji. Ruszmy się trochę.
Umyli się, ubrali i wypili kawę. Potem Bud odprowadził ją do małego statku, który nazwał V-Eye-P.
Jedynym ciśnieniowym modułem kontrolnym była zwykła platforma, na której zainstalowano kuliste zbiorniki paliwa i utleniaczy oraz niewielki zespół silników rakietowych napędzanych hydrazyną, które w istocie stanowiły dysze korygujące, wymontowane z wysłużonego samolotu kosmicznego. Na wierzchu znajdował się namiot ciśnieniowy z kevlaru i aluminium, w którym mieściły się dwie osoby. I to wszystko, jeśli nie liczyć prostego układu sterowania, który stanowił wystający z podłogi drążek sterowy, oraz aparatury podtrzymującej życie, która w razie konieczności zapewniała sześć godzin bezpiecznego lotu.
Technicy pracujący przy budowie tarczy używali innej wersji tego pojazdu, po prostu samej platformy i silników, bez namiotu; po co zawracać sobie głowę kabiną ciśnieniową, skoro człowiek ma na sobie skafander kosmiczny? Można więc było zobaczyć techników lecących nad powierzchnią tarczy na pojazdach o napędzie rakietowym jak na skuterach. Tylko ten jeden specjalny mały pojazd trzymano dla VIP-ów, gości takich jak Siobhan, którzy nie mieli czasu czy chęci, aby się nauczyć, jak używać skafandra kosmicznego.
— Nie żeby — powiedział Bud z nieco złośliwym uśmiechem — ten namiot zapewniał szczególną ochronę, gdyby coś poszło nie tak…
V-Eye-P został wystrzelony z Aurory przy użyciu szyny elektromagnetycznej, miniaturowej wersji Procy, wielkiej wyrzutni księżycowej. Przyspieszenie było płynne, jak w szybkobieżnej windzie. Siobhan sprawiło przyjemność, kiedy jej stopy przywarły do podłogi.
Kiedy wznieśli się dostatecznie wysoko, Bud sprawdził działanie małych rakiet pojazdu. Wrażenie było takie, jakby wokół kadłuba rozlegały się małe eksplozje. Bud wyjaśnił, że rakiety, choć małe, nigdy nie były wykorzystywane w pobliżu tarczy.
— Budujemy zwierciadło ze szronu osadzonego na pajęczynie — powiedział. — Kiedy jesteśmy blisko, staramy się nawet nie oddychać.
Pojazd obrócił się i zakołysał. Przypominało to jazdę na karuzeli w wesołym miasteczku.
Kiedy Bud zakończył próby, zatrzymał pojazd i przechylił go do przodu, aby Siobhan mogła spojrzeć w dół.
— Popatrz na nasz statek macierzysty — powiedział.
Stara Aurora 2 wciąż tkwiła w samym środku tarczy, niby pająk w środku utkanej przez siebie sieci. Mimo że ją częściowo rozmontowano, Siobhan była w stanie rozpoznać główne elementy: długi, elegancki grzbiet z pękatym modułem mieszkalnym na jednym końcu oraz urządzeniami napędowymi i zbiornikami paliwa na drugim.
— Jest jak chory, stary ptak — czule powiedział Bud. — Mam nadzieję, że nam wybaczy. Wciąż ma ważną rolę do odegrania, kontrolując obrót tarczy i jej orientację w przestrzeni. Oczywiście wszystko to się zmieni po przyłączeniu układu sztucznej inteligencji i tarcza zacznie kontrolować się sama.
Pociągnął drążek sterowy i huknęły silniki rakietowe. Mały stateczek płynnie wzniósł się w górę, oddalając się od tarczy wzdłuż linii łączącej ją z Aurorą.
Siobhan patrzyła zafascynowana, gdy tarcza rozpostarła się przed jej oczyma. Z dala od starego statku marsjańskiego wydawała się tak płaska i gładka jak matematyczna abstrakcja, jak nieskończona płaszczyzna przecinająca na pół cały wszechświat. Jej powierzchnia mieniła się jak bańka mydlana, a kiedy wnieśli się jeszcze wyżej, przecięły ją tęczowe błyski. Ale tarcza wciąż była skierowana krawędzią w stronę Słońca i promienie słoneczne przenikały przez tę delikatną błonkę, tak że Siobhan widziała jej patykowaty szkielet, rozpórki i delikatne żebrowanie z księżycowego szkła, a całe to bajkowe rusztowanie rzucało długie, cienkie cienie.
— To jest cudowne — powiedziała. — Największe przedsięwzięcie techniczne, jakie kiedykolwiek podjęto, a mimo to jest to tylko szkło i światło. Jak coś ze snu.
— I dlatego — powiedział Bud trochę tajemniczo — wybrałem dla niej takie imię, to znaczy dla układu sztucznej inteligencji.
Dla niej? Ale nie powiedział już nic więcej.
Ponownie zagrzmiały dysze korygujące i platforma przechyliła się do tyłu, a jej okna skierowały się na Ziemię. Planeta wyglądała jak błękitna szklana kula zawieszona w przestrzeni. Biało-brunatny Księżyc żeglował po niebie za swoją macierzystą planetą, w odległości około trzydziestu średnic Ziemi. Punkt L1 znajdował się daleko za orbitą Księżyca; patrząc z tego miejsca, nie można było mieć wątpliwości, że to rzeczywiście bliźniacze światy.
— Dom — powiedział Bud po prostu. — Utknąwszy tutaj, warto pamiętać, dlaczego nadstawiamy nasze tyłki. — Pochylił się ku niej i pokazał wyciągniętą ręką. — Widzisz tam? I tam?…
Na tle aksamitnej ciemności kosmosu zobaczyła jedną, dwie, trzy iskierki, unoszące się jedna za drugą, jak świetliki płynące z Ziemi do tarczy.
Postukał w okno.
— Powiększenie.