Obraz w oknie skokowo urósł. Teraz widziała już z tuzin statków. Niektóre były na tyle duże, że widać było szczegóły, oznakowania na kadłubach, układy baterii słonecznych i maszty antenowe. Konwój wyglądał jak zabawki zawieszone na aksamitnym tle.
— To karawana z Ziemi, która wiezie „inteligentną” powłokę. — Bud wyszczerzył zęby w uśmiechu. — Pełzną po zboczu grawitacyjnego wzgórza do punktu L1. Czyż to nie fantastyczny widok? I tak jest dzień w dzień, od lat. Gdybyś spojrzała na ciemną stronę Ziemi, wszędzie zobaczyłabyś takie iskierki.
Na Ziemi Siobhan koordynowała proces gromadzenia „inteligentnej” powłoki. Jej fragmenty wyhodowane na terenie gospodarstw domowych gromadzono w punktach zbornych, a następnie przewożono do dużych magazynów w portach lotniczych, po czym pakowano i wysyłano do jednej z wielkich baz kosmicznych na Cape Canaveral, w Bajkonurze lub Woomera. Cała ta operacja stanowiła ogromne przedsięwzięcie, tworząc potężny międzynarodowy strumień płynący przez powierzchnię Ziemi, którego zwieńczeniem były owe iskierki dzielnie przecinające nocne niebo.
Bud powiedział:
— Orientujesz się w sytuacji. Wszystko, co się da, upychamy do tych rakiet. Wyciągamy nawet z rozmaitych muzeów wahadłowce, które znowu zaczynają latać. Zużyte silniki napędowe, zbyt zdezelowane, żeby się mogły do czegoś przydać, są ponownie wprowadzane do obiegu; z usterzenia poziomego i palety transportowej można zrobić całkiem użyteczny silnik wspomagający jednorazowego użytku. Rosjanie zrezygnowali ze swoich poprzednich planów i też przeznaczyli rakiety do celów transportowych.
— Ale i to nie wystarcza. Dlatego Boeing i McDonnell oraz inne duże firmy produkują silniki jak świeże kiełbaski. Niektóre z nich są niewiele lepsze niż petardy, można tylko wymierzyć i wystrzelić. Ale działają prawie ze stuprocentową niezawodnością. I praca toczy się naprzód…
Siobhan przypuszczała, że dla Buda to wielkie kosmiczne przedsięwzięcie było ziszczeniem chłopięcych marzeń — technika kosmiczna postępująca szybko i skutecznie i na masową skalę, tak jak było niegdyś, zanim stanęły na przeszkodzie polityka i pieniądze i niechęć do podejmowania ryzyka.
— Wiesz — powiedział — myślę, że to zmieni wszystko. — Machnął ręką w stronę tarczy. — Na pewno nie będzie powrotu do dawnych nieśmiałych wysiłków, zerwaliśmy pęta. To wytyczyło nowy kierunek działania. Na zewnątrz.
— Jeżeli przeżyjemy burzę słoneczną.
Wyglądał na lekko urażonego.
— No tak. — Ale można było łatwo odczytać podtekst: Może jestem maniakiem, ale znam swój obowiązek.
Żałowała, że nie może cofnąć tych słów. Czy między nimi wyrastała bariera, jeszcze zanim dotarła do sedna swojej misji?
Bud pchnął drążek sterowy, a platforma obróciła się i pomknęła naprzód.
Teraz Siobhan miała tarczę wprost przed sobą. Wrażenie było takie, jak gdyby leciała nad świecącą ziemią. Jej wzrok przyciągnął „horyzont” tarczy, ale w przeciwieństwie do powierzchni Ziemi tarcza była zupełnie płaska aż do końca i linia horyzontu była ostra jak brzytwa. Było do dziwnie oszałamiające: perspektywa była zaburzona i wrażenie było takie, jak gdyby leciała ponad powierzchnią jakiejś monstrualnej planety, tysiąc razy większej niż Ziemia.
Bud powiedział:
— Czasami to wprowadza w błąd. Myślisz, że widzisz krzywą horyzontu tak jak z samolotu lecącego na niskim pułapie. Albo widzisz grupę robotników i sądzisz, że są kilkaset metrów stąd, a tymczasem znajdują się w odległości wielu kilometrów. — Pokręcił głową. — Nawet teraz mam kłopoty, próbując ogarnąć skalę tego, co zrobiliśmy, że dwóch moich ludzi pracujących na przeciwnych końcach tarczy dzieli odległość równa średnicy Ziemi. I my zbudowaliśmy to wszystko.
Platforma zniżyła lot i Siobhan leciała teraz nisko nad połyskującymi pryzmatami i szklanymi rozpórkami, wśród których gdzieniegdzie widać było jakieś małe budy i pojazdy przypominające traktory. Jakiś astronauta ostrożnie poruszał się popowierzchni, trzymając ogromną rozpórkę z cienkiego jak pajęczyna księżycowego szkła; wyglądał jak mrówka niosąca liść o rozmiarach wielokrotnie przekraczających jej własne rozmiary.
Siobhan dostrzegła coś, co wyglądało jak flagi, które stały sztywno w szeregu.
— Co to jest?
Bud powiedział otwarcie:
— Tutaj nie ma grobów. Po prostu wypychamy ich w przestrzeń międzyplanetarną. Ale zostawiamy znaczniki — flagę danego kraju albo jakiś symbol wyznania, cokolwiek. Budując tarczę, poruszamy się wokół niej po spirali, stale oddalając się od środka. Flagę umieszczamy w miejscu, gdzie kogoś spotkała śmierć.
Teraz, gdy zaczęła na to zwracać uwagę, zobaczyła, że w zasięgu wzroku są dziesiątki tych flag.
— Setki ludzi musiały tutaj umrzeć. — Nie znała dokładnej liczby.
— To wartościowi ludzie, Siobhan. Nawet przy braku bezpośrednich zagrożeń podczas prac konstrukcyjnych niektórzy z nich pracowali w warunkach zerowej grawitacji bez przerwy przez dwa lata albo i dłużej. Lekarze mówią, że problemy nawarstwiają się w naszych strukturach kostnych, w układzie krążenia, w układzie limfatycznym i wszędzie indziej. Wiesz, jakiego rodzaju operacje odbywają się tutaj najczęściej? Kamienie nerkowe i złogi wapnia wypłukiwanego z kości. Nie wspominając o wystawieniu na działanie promieniowania. Wszyscy wiedzą o uszkodzeniach DNA i ryzyku zachorowania na raka. A mózg? Mózgownica jest szczególnie wrażliwa na promieniowanie kosmiczne i ma ograniczone możliwości samonaprawiania się. Przestrzeń kosmiczna ogłupia, Siobhan.
— Nie wiedziałam…
— Jasne, że nie — powiedział, a w jego głosie zabrzmiała twarda nuta. — Dowiodły tego badania lekarskie ludzi pracujących przy budowie tarczy. Każdy rok tutaj to dziesięć lat normalnego życia. A mimo to ci ludzie tu trwają i pracują aż do śmierci.
— Och, Bud… — Pod wpływem impulsu chwyciła go za ręce. — Nie jestem tutaj po to, aby atakować twoich ludzi, przecież wiesz. I nie chcę się z tobą kłócić.
Powiedział ciężko:
— Ale…
— Ale wiesz, dlaczego tu jestem.
Powodem była korupcja.
Ziemscy księgowi, badając szczegółowo elektroniczne księgi rachunkowe, odkryli, że część funduszy i materiałów transportowanych w przestrzeń kosmiczną zaginęło oraz że cały proceder wyprowadzania pieniędzy musi mieć swe źródło na terenie samej tarczy.
— Bud, administracja nie może tego ignorować, nawet gdyby chciała. W końcu jeśli to będzie nadal trwało, może być zagrożona realizacja całego przedsięwzięcia…
Przerwał jej.
— Siobhan, bądź realistką. Nie mam zamiaru zaprzeczać, że ludzie robią jakieś przekręty. Ale, Jezu, popatrz przez okno. Ten projekt pochłania znaczącą część produktu krajowego brutto wszystkich państw. Sam Krezus nie byłby w stanie wyrwać tyle, aby w istotny sposób uszczuplić te fundusze. Musisz widzieć to we właściwej perspektywie. Procentowo…
— Nie o to chodzi, Bud. Powinieneś pomyśleć o stronie psychologicznej. Mówisz, że ta praca wymaga od twoich ludzi poświęceń. No dobrze, ale my na Ziemi także się poświęcamy, by sfinansować ten projekt. A jeśli część tego ktoś kradnie…
— Kradnie. — Prychnął i odwrócił się od niej. — Siobhan, nie masz pojęcia, jak to jest pracować w tym miejscu. Dwa miliony kilometrów od domu, od rodziny. Tak, ratuję tutaj planetę. Ale chcę także uratować mego syna.
Poczuła nagły chłód. Nigdy jej nie mówił, że ma syna. Zastanowiła się przez chwilę.