Выбрать главу

Żal mi tego w swetrze. Nie znam go, ale spotkaliśmy się kilka razy na tym boisku. Zamieniliśmy parę zdań. Wiem, co go tu sprowadza. Nie przychodzi zachwycać się Piątkowskim. Jeśli chce coś zobaczyć, to siebie, tego, którym się nie stał. Jakim nigdy nie będzie. Bo kibic jest z tych, którzy w pewnym momencie zgubili szansę. Nie to, żeby się kiedyś za coś wziął i to mu nie wyszło, ale że nigdy niczego się nie uchwycił. To jest najgorsze, bo zostawia pretensję na zawsze. I nie można się od niej – uwolnić. Człowiek miewa w życiu wiele okazji, ale szansa pojawia się tylko raz. Można ją mieć i zmarnować. Sęk jednak w tym, że można jej także nie dostrzec. To jest ten wielki rzut: był, a myśmy go nie widzieli.

Kibic dosyć mgliście mówi o swoim zajęciu. Może to inkasent albo referent czy buchalter? A może nie robi nic? Chyba jednak wykonuje jedną z tysiąca tych bezbarwnych prac, z których nie da się wykrzesać iskry satysfakcji. Już pogodzony z tą anonimową egzystencją szuka jednak w przypływie goryczy momentu, w którym popełnił błąd. Czy tu chodzi o błąd, czy o to, że nie było nawet błędu, ponieważ nie zdarzyło się nic? Nie zdarzyło się? Dlaczego? W którym dniu powinno nastąpić to, co w jego życiu nie nastąpiło?

Bo właśnie ten Piątkowski miał taki dzień. Mieszkał w Konstantynowie pod Łodzią. Małe miasteczko, nic się nie da o nim powiedzieć. Tam chodził do szkoły. Miał 15 lat i był szczupłym, drobnym chłopcem. Kolega dał mu dysk. Zaczął tym dyskiem rzucać. Robi to do dzisiejszego dnia, przy osiem okrągłych lat. W tym czasie zdał maturę, służył w wojsku, a teraz jest studentem SGPiS. Ale to są dane z tysiąca życiorysów: szkoła, praca. A tu przecież chodzi o życie kształtowane zachłanną pasją, nieustępliwie trwającą, zupełną.

To mnie zastanawiało, czy nie ciągnęły go inne pokusy, czy nie podlegał innym namiętnościom, czy nie chciał się przerzucać, czy w końcu nie nudził go ten kawałek metalu i drzewa uformowany w płaski krąg. Ale nie! Piętnastoletni chłopak, tam, w Konstantynowie, powiedział sobie: „To jest właśnie to, co mam robić. To, co będę odtąd zawsze robił”. I został przy swoim. „Nie lubię rozmieniać się na drobne – mówi mi Piątkowski. – To nie ma sensu. Myślę, że z tysiąca możliwości trzeba zawsze wybrać jedną, trwać przy niej i uczynić wszystko, dać z siebie wszystko, aby osiągnąć wynik. Bo inaczej człowiek ma potem do siebie pretensję, że nie zrobił tego, co chciał”.

Sukcesy, które przychodzą rok po roku, wprawiają go w zakłopotanie, w kręgu aplauzów porusza się niezręcznie, poklask go niecierpliwi, nawet jest wobec niego podejrzliwy: „Zawsze ten podziw, kiedy człowiek wspina się w górę. Kiedy zacznie się spadek, brawa milkną i wszystkie oczy się odwracają. Robi się pusto”.

Ale jest zbyt pochłonięty swoją pasją, aby zgłębiać prawidła reakcji ludzkich. „Dobrze układały mi się te lata. Z każdym rokiem robiłem postępy. Co jest bodźcem? Może nie tylko myśl o rekordzie, ale i ciekawość: ile się jeszcze da zrobić? Co można z siebie wydobyć? Gdzie leży ta ostateczna granica, do której można dojść? Iść jest coraz trudniej. Ale to pasjonujące – pokonywać samego siebie. Ten, który może być, zwycięża tego, który jest. Taka walka”.

Nie prowadzi statystyk, ba, nie pamięta dokładnie dnia, w którym ustanowił rekord świata. „Nie znam nawet wszystkich swoich wyników. To, co było, co zrobiłem, już mnie nie interesuje. Chodzi mi o to, co jest teraz, i jeszcze bardziej o to, co będzie. Co można więcej zrobić. Ten wynik, którego jeszcze nie ma, który dopiero można wykrzesać – to jest ważne”.

Człowiek w zapasach z materią, w pojedynku z sobą samym: czy jest jeszcze czas i miejsce na coś więcej? Lata samotnego treningu, starty i upór wyrobiły w nim instynkt walki. Zwykle jest powolny, nawet nieco ospały w ruchach, mówi wolno, nie zapala się. Nie uznaje kawiarń, zabaw, milczy na zebraniach, peszy go większe towarzystwo. Ale niech wyjdzie na stadion, niech pojawi się na dnie tej huczącej, rozpalonej misy! Ożywia się, nabiera zapału. Przeciwnicy nie budzą w nim tremy, nie peszą go ich wyniki. Bo jego to nie obchodzi, ponieważ on tu przyszedł robić swój wynik. Jest więc skupiony, myśli tylko o tym, co ma tu zrobić, i śledzi niewidoczną jeszcze granicę, do której można dosięgnąć. „Mówią, że jestem taki spokojny, ale na drugi dzień po zawodach nic mi się nie udaje, chodzę rozbity, nie mogę znaleźć sobie miejsca”.

Kariera nie zaślepia go: „Trzeba się pogodzić z tym, że człowiek zacznie rzucać coraz gorzej”. Nie wpada w panikę. Będzie znowu stawał w kręgu, wypuszczał z piekielnym zamachem dysk, nadając mu płaski, śmigły lot, sam świadom kresu, poza który nie da się go już przerzucić.

Ale znowu myślę o tym kibicu w swetrze. O nim, o jego rówieśnikach, których spotykam wszędzie. Kiedy stoją na rogach ulic i wodzą zgasłym okiem za draką, aż zeźleni brakiem chętnych sami ją urządzają. Kiedy siedzą przy szklance wystygłej lury, aby ciągnąć z niesmakiem jałowy dialog.

– Nie ma co robić.

– Nie ma. Chodźcie, będziemy rzucać mięsem.

Ale z tego rzucania nic nie wynika. Z tego rzucania nie wybłyśnie wielki rzut. Kupią sobie gazetę. Czytają relacje o startach Piątkowskiego: „Cholera, ten ma szczęście!” Kiwają głowami, wpatrują się w sufit. „Nie rozumieją, nie wiedzą – mówi Piątkowski – ile trzeba było pracy, ile mordęgi. Nie mogło być miejsca na nic więcej”. A on też ma 23 lata. Kiedy byłem ostatnio u niego, kuł matematykę.

Jest taki wiek, kiedy człowiek koniecznie chce czymś być. Kiedy to jest ważniejsze nad wszystko inne. Wtedy szczególnie uparcie szuka przykładu. Ale kto jest przykładem? Piątkowski czy Tommy Steel? Może wystarczy trochę zakombinować, gdzieś się wcisnąć i będzie „okey”? Po co tyrać? Jakaś piosenka, może twarz, może umiejętnie wymierzone ukłony – to nie wystarczy? Ten wielki rzut – czy go się nie przegapi? Widziałem w Szczecinie na ulicy filmowców. Kamery, lustra: kręcili jakąś scenę. Wokół nieprzebrany tłum dziewcząt, chłopaków. To niecierpliwe oczekiwanie: a nuż mnie zauważą i wezmą. Każdy by chciał! Ale nie biorą, jakoś nie biorą, kręcą dalej, a tu szaruga, mokre ławki i nie ma komu dać w mordę.

I co – znowu przegapiliśmy wielki rzut?

– Tak się niczego nie zrobi – śmieje się Piątkowski, kiedy mu to opowiadam.

Lamus

Szlak był jałowy. Krecha asfaltu coraz cieńsza, nad nią powietrze w upalnej drgawce. Żadnego wozu. Spytałem chłopaka, czy on też do Grajewa. Tak, on też. To poczekamy razem. Może być razem – powiedział. Powiedział dalej, że pruje na Łaźmy, tam czeka jego wiara. Są z Augustowa. Tydzień temu zakończyli szkołę. Jak mu poszło? Lufa z historii – wyznał. Profesor zawziął się, co tam mówić, profesor jest nieżyciowy, jest wyraźnie planowy. Z takim lamusem nie sposób się dogadać. Jak on się nazywa? – spytałem z reporterskiej nawyczki.

– Jak? Stępik. Grzegorz Stępik.

Zwykły traf. Przypadek.

Znałem Stępika – w roku 1955 kończył historię na warszawskim uniwerku. Więc on jest teraz w Augustowie? – spytałem. Do miasteczka było nie więcej niż kilometr.

Odnalazłem w rynku skarlałą kamieniczkę, zagracony pokoik na piętrze. Odnalazłem tam Stępika. Ten sam, oczywiście. Siedliśmy za stołem, wyjął zapałki, przypalał jedną od drugiej. Dawniej też miał ten nawyk: w czasie rozmowy palił zapałki. Trzyma drewienko w palcach, patrzy się w płomień. Zapałka gaśnie – wyjmuje następną. W nerwowe dnie wypala cały kamień. Jeśli wybuchnie jakiś pożar w okolicy, chyba Stępika zamkną. Mówię mu to, a on się śmieje. Oczy ma popielate, jakby zgorzałe w ogniu. Na innych patrzy zawsze poprzez płomień zapałki. Czy to pozwala lepiej widzieć człowieka?