Usuwano najczęściej za oblanie kilku egzaminów, a żeby wylecieć z powodów moralnych trzeba się było nieźle „zasłużyć”. Oczywiście takie przypadki zdarzały się, ale były to już sprawy bardzo drastyczne, np. kradzież i na ogół wszyscy zgadzaliśmy się wtedy z decyzją przełożonych. Ogólnie rzecz biorąc – większa część rezygnowała dobrowolnie aniżeli była usuwana. Każdego roku uczelnię zasilał „desant” kilkunastu spadochroniarzy. Właśnie oni najbardziej skwapliwie korzystali ze swobody panującej w Łódzkiej Uczelni. Ta swoboda polegała również na tym, że nikt z przełożonych nie robił obchodów po pokoikach; można było wychodzić pojedynczo do miasta i zginąć w nim dokładnie, a Święta spędzało się w domu rodzinnym. Byli oczywiście i tacy, którzy przeginali i to ostro. Byłem tym, zwłaszcza na początku, autentycznie zgorszony. Nie mogłem zrozumieć, jak można było np. niemal notorycznie nie chodzić na modlitwy, wracać ze spaceru następnego dnia albo pić w pokoju alkohol. Na ogół jednak, do regulaminu było tu podejście bardziej zdrowe i naturalne – tak ze strony kleryków, jak i przełożonych.
To co mnie urzekło już na początku mojego pobytu, to brak atmosfery nerwowości i ciągłego niepokoju, tak dobrze znanej mi z Włocławka. Poczucie spokoju i stabilizacji o wiele bardziej odpowiadało charakterowi tego miejsca, a przede wszystkim – samym alumnom. W takiej atmosferze łatwiej było pracować nad swoją duchowością, uczyć się i żyć. Uczelnia gwarantowała wszechstronny rozwój. Często wychodziliśmy wspólnie do kina czy teatru. Mogliśmy korzystać z bogato wyposażonej biblioteki, czytelni, kursów komputerowych, atlasu do ćwiczeń itp. Ksiądz biskup Lepa, który zajmował się w episkopacie środkami masowego przekazu, wykorzystywał swoje szerokie znajomości i koneksje. Zapraszał do nas ludzi kultury i sztuki, a przede wszystkim polityków prawicy – szlifujących nam światopoglądy.
W Seminarium Łódzkim odnalazłem swoje miejsce na ziemi. Każdego dnia dziękowałem Bogu, że mnie tam sprowadził. Na początku zamieszkałem w dużym, czteroosobowym pokoju, w starym skrzydle. Moim superiorem był mój rówieśnik z roku. Mieszkało tam jeszcze dwóch braci z kursu trzeciego, z których jeden – Jarek pochodził tak jak ja z Włocławka i po roku przerwy przeniósł się do Łodzi. Żyliśmy zgodnie i wesoło. Po jakimś czasie jednak zaczęła mnie martwić postawa Jarka, który coraz częściej opuszczał poranne modlitwy i spóźniał się notorycznie ze spacerów. Wkrótce Jarek zrezygnował – sam lub z pomocą przełożonych (tego nigdy do końca nie było wiadomo). Podobno poznał jakąś kelnerkę. Nie sądzę, żeby mój ziomek padł ofiarą jakiegoś donosiciela (nie czuło się tutaj ich obecności). Nasz superior Darek odszedł po roku. Po jakimś czasie okazało się, iż wraz z dwoma innymi kolegami przeniósł się do polskiego seminarium w Ocherlake (U.S.A.). Zrobili to w tajemnicy przed naszymi przełożonymi i biskupem, kontaktując się tylko ze Stanami, co wywołało trochę zamieszania.
W drugim semestrze sam zostałem superiorem. Miałem pod sobą dwóch młodszych kolegów z 1-go roku. Jednym z nich był Stasiu Kmiotek, który zafascynował mnie i wszystkich, którzy choć trochę go poznali. Był on bez wątpienia niezwykłą osobowością – genialny umysł (m.in. kilka opanowanych biegle języków) i wszechstronna wiedza, wielka kultura osobista i prawność charakteru – rzadko spotykana, nawet w takim miejscu jak seminarium. Stasiu stanowił żywe zaprzeczenie teorii, iż nie ma ludzi doskonałych, a przy tym cechowała go autentyczna skromność. W czasie gdy mieszkaliśmy razem tj. przez pół roku nasz pokoikowy geniusz opanował język hiszpański. Nie krył, że fascynuje go ten kraj i bardzo chciałby tam kiedyś pojechać. Tak się szczęśliwie złożyło, iż zapoznał się wkrótce z hiszpańskim księdzem, który przyjechał do Łodzi, a Stasiu był jego tłumaczem podczas spotkania z biskupem Ziółkiem. Chłopak przypadł do gustu Hiszpanowi, który po niedługim czasie zaprosił go do swojej parafii. Wizyta miała dojść do skutku podczas najbliższych wakacji. Jednak wcześniej zdarzyło się coś, co kompletnie zdruzgotało naszego Stasia, a w konsekwencji doprowadziło do jego rychłego odejścia z seminarium. Ktoś z bliskiej rodziny obdarował go większą kwotą pieniędzy; było tego coś około 100 DM. Dla chłopca, który pochodził z biednej, wiejskiej rodziny była to niemal fortuna. Kwota ta była ponadto rozwiązaniem jego największego wówczas problemu – sfinansowania wyprawy do wyśnionej Hiszpani. Stasiu był szczęśliwy jak nigdy dotąd i swoim zwyczajem zaczął dzielić się swoim szczęściem z innymi. Skutek tego był taki, że ktoś go bezczelnie okradł. Podobne wypadki zdarzały się i niestety wcale nie należały do rzadkości. Pokoje na długich korytarzach były zazwyczaj otwarte. Na posiłki i modlitwy chodzili zazwyczaj wszyscy, ale złodziej mógł się łatwo zadekować i buszować po wyludnionych mieszkaniach. Potwornie żal nam było kolegi Zebraliśmy większą część pieniędzy które stracił, ale nikt nie potrafił zwrócić mu utraconej wiary w drugiego człowieka i podkopanych ideałów, którymi wcześniej wprost emanował. W rozmowie ze mną, z niezwykłą szczerością wyznał, że on po prostu nie rozumie, jak ktoś mógł zrobić coś podobnego i to w takim miejscu. Nie myślał przy tym o swojej stracie, ubolewał tylko nad sumieniem tego, który to zrobił. Przykład Stasia był jednym z wielu klasycznych przykładów niszczenia najbardziej wartościowych jednostek przez samą wspólnotę. Faktem było, iż niektórzy jej członkowie mogli być równie dobrze członkami gangu czy mafii, a chwilowe zaniedbania w tej dziedzinie nadrabiali pospolitym złodziejstwem.
W ciągu trzech lat pobytu w Łodzi spotkałem kilku byłych kolegów z Włocławka. Od jednego z nich dowiedziałem się o tym, że po 4-tym roku studiów zrezygnował mój przyjaciel Tomek. Ożenił się ze wspaniałą dziewczyną i wspólnie zamieszkali we Włocławku. Kiedy nadeszły wakacje pojechałem do nich w odwiedziny. Byli bardzo zakochani i szczęśliwi. Żona Tomka urzekła mnie mądrością życiową i wróżbami na mój temat, które spełniają się jedna po drugiej. Niestety Tomek, który pochodził ze wsi, „stracił” (oby nie na zawsze) rodziców. Nie mogli pogodzić się z decyzją syna.