Wśród wielu kochanków znalazła męża – moją projekcję gwałciciela, mego animusa. Chyba podświadomie chciałam zająć jej miejsce, chciałam jego ciepła i czułości. I to wszystko stało się tamtej nocy. Zostałam „zgwałcona” ponownie, lecz bez tamtego okrucieństwa. Ewa doprowadziła do tej sytuacji, a ja się poddałam. Broniłam się przed tym, lecz Ewa nalegała, on był gotowy i poszliśmy do łóżka.
Rano chciałam się powiesić, było to miejsce święte dla mnie, domek babci, która mnie kochała.
Zbrukałam je.
Byłam opętana przez Animusa – gwałciciela i przez 16 lat szukałam go po to, by przekonać samą siebie, że mężczyzna nie jest okrutny. Gwałt byt bardzo brutalny, jedynie, czego nie zrobił gwałciciel, to nie zabił mnie na koniec.
Tym samym byłam przez całe życie okrutna wobec siebie, to było we mnie z Animusa.
Wszystko się połączyło – aborcja emocjonalna matki, animus – niszczyciel olus, ojciec znęcający się moralnie, i obojętny brat.
Ewa zaczęła niszczyć innych, ja niszczyłam siebie.
Czuję ulgę i ból. Jak unieść taką prawdę?
Miałam prorocze sny, topiłam się w gnojówce w domku babci, i tak się stało w rzeczywistości, w tym miejscu.
Na tym polega schizofrenia, jest się swoim ojcem i matką jednocześnie.
Tadeuszu, szukałam ciepła w mężczyźnie, a ona się mściła.
Ewa niszczyła mnie w każdym geście, ruchu, obdarzając czułością zadawała ból, raniła uśmiechem, poniżała w każdej sytuacji bezbronności.
14 lutego
Śnił mi się obóz koncentracyjny – mam ogromne poczucie bezradności, znowu element zagłady przez innych.
Kiedy byłyśmy kochankami, ja byłam kolejnym mężczyzną, na którym trzeba było dokonać aktu zemsty.
Czuję taką ulgę, przerażenie i ból. I poczucie winy, które mnie rozdeptuje.
Tak, tak było. Boże, jaka jestem udręczona. Jak to opanować, doszłam doprawdy i nie czuję ulgi.
Wiedziałam o wszystkim od dawna, a dopiero teraz sobie to uświadomiłam.
Boże, czyja to wytrzymam. Teraz kiedy tyle wiem, nie pozwól mi siebie unicestwić.
Nie, Panie, nie jestem gotowa. Teraz czas na miłość, proszę.
Tego dnia obudziłam się o trzeciej nad ranem w stanie skrajnego napięcia psychicznego i pytałam siebie, dlaczego śnię obóz koncentracyjny, dlaczego stale widzę zagładę, eksterminację. Pytałam siebie, skąd takie przeżycia, przecież nie było mnie w tamtych czasach, kiedy istniały obozy zagłady.
Bruno Bettelheim w swoim eseju o schizofrenii wyjaśnia ten stan rzeczy. Obóz koncentracyjny miał na celu zdezintegrowanie osobowości. Istnieją analogie między tą sytuacją a okolicznościami, które leżą u podłoża cierpień osoby psychotycznej. Ocalenie z obozu to ponowne zintegrowanie osobowości.
Wiąże się to z nieprawidłową więzią z matką od urodzenia. Jest to reakcja na sytuację całkowitej bezsilności, druzgocący wpływ na osobę, która była na nią absolutnie nie przygotowana, niemożność wyzwolenia się z niej, prawdopodobieństwo, że nigdy się nie skończy, a będzie to trwać do końca życia. Jest to fakt, że życie było w każdej chwili zagrożone, wreszcie to, że było się bezbronnym.
Skrajne doświadczenia prowadzą do radykalnych zmian w strukturze osobowości. Pojawiają się tendencje samobójcze, niemożność jedzenia, katatonia, depresja, urojenia prześladowcze, utrata pamięci. Więźniowie z obozów reagowali w sposób schizofrenopodobny.
Dziecko schizofreniczne czuje się i żyje dokładnie tak, jak więzień obozu koncentracyjnego, czuje się pozbawione nadziei i zdane na łaskę irracjonalnych i destruktywnych sił.
W takich okolicznościach ego nie jest w stanie uchronić osobowości przed niszczącym oddziaływaniem świata zewnętrznego – nie ocenia adekwatnie rzeczywistości, ani nie przewiduje przyszłości. Dla rozwoju schizofrenii dziecięcej wystarczy, by małe dziecko było przekonane, że jego życiem rządzą bezwzględne, irracjonalne moce, które mają totalną kontrolę nad jego egzystencją i dla których egzystencja nie przedstawia żadnych wartości.
Tak więc psychologicznym źródłem schizofrenii dziecięcej jest subiektywne poczucie dziecka, że żyje stale w sytuacji skrajnej, że jest całkowicie bezsilne wobec śmiertelnych zagrożeń, na łasce bezwzględnych mocy, pozbawione jakiejkolwiek więzi osobistej, przynoszącej mu zaspokojenie jego potrzeb.
Nie mogąc unieść ciężaru tego poranka, kiedy we mnie objawił się obóz koncentracyjny i poczucie totalnego zagrożenia, zadzwoniłam do Tadeusza o siódmej rano.
Rano zadzwoniłam do Tadeusza. Jeszcze nie otrzymał najważniejszych listów, lecz czuję, że idę do przodu.
I stało się.
Powiedział, że jeżeli jeszcze czuję się winna, to znaczy, że się nie narodziłam.
I Boże, w poczekalni u dentysty, półtorej godziny później, narodziłam się.
Od razu wysłałam kartkę do Tadeusza: Nie czuję się winna. Ostatnim i pierwszym poczuciem winy było to, że się urodziłam, że żyję. Tadeuszu, przegryzłam ścianę – macicę. Urodziłam się 14 lutego 1991 o godz. 8.24.
Boże, ja cały czas żyłam w potępieniu siebie za to, że żyję. Jestem. Amen.
Tadeuszu, czuję ogromną ulgę, radość i brak tego, który by mnie przytulił, nie ojca, nie kochanka, lecz przyjaciela, by byt blisko.
We wrześniu 90 roku pisałam „Kokainę" i misternie przygotowywałam się do śmierci.
Motyw powieści – jest to wyznanie dziewczyny, której śmierć daje miesiąc świadomości czasu.
Dziewczyna woli umrzeć niż pokochać, jest w ostatnim stadium kokainizmu – psychozie.
Opisałam mój cień.
I teraz rodzi się we mnie pytanie, dlaczego musiałam aż umrzeć, by się narodzić.
A może to pytanie o potęgę Boga, Basiu?
Dzisiejszy sen o obozie koncentracyjnym pokazał, że jeszcze tkwi we mnie poczucie winy.
To genialne. To niepojęte, to wspaniałe.
Pytanie – dlaczego tak? Skazano mnie, a ja poszłam w to nieświadomie.
I wykonałam za nich wyrok.
Wydawało mi się, że zakończyłam podstawową część analizy mego życia, że odkryłam najważniejszy jego aspekt. I tak było, nie przeczuwałam, co to za sobą niesie.
Od początku mego istnienia żyłam w panicznym poczuciu winy, że istnieję, że się narodziłam, wydrukowanym mi przez matkę, od chwili narodzin, a może nawet od momentu poczęcia w łonie. A później wszystko było już tylko konsekwencją, obwiniałam się o wszystko, co się zdarzyło pomiędzy rodzicami, za wszystko, co sama uczyniłam nieświadomie.
Jaka szczęśliwa byłam przez następne dni, biegałam po mieście, tańczyłam w pokoju, śpiewałam. Sądziłam, że już nic nie może mi zagrażać, przecież przyjęłam swój poród i widmo śmierci odsunęło się raz na zawsze, aż do jakiegoś naturalnego końca w dalekiej przyszłości.
Nigdy wcześniej nie byłam taka szczęśliwa w życiu, nigdy potem.
Już świadomie miałam poczucie pewnej wiedzy, chodziło tu o koncepcję Carla Gustava
Junga, na której opierałam się w autoanalizie. Wiedza ta nie dawała mi spokoju, przeczuwałam, że coś jeszcze istotnego dzieje się wewnątrz, coś nieuchronnego, czemu muszę się przyznać, wyjść naprzeciw, bo inaczej zostanę zmiażdżona.
Zniszczenie „ja” powoduje psychozę. Opierałam się na koncepcji cienia – personifikacji nieświadomości indywidualnej, sumy zaniedbanych i stłumionych, nie zrealizowanych właściwości psychicznych.
Zadaniem rozwoju ego jest optymalne uwolnienie się od jaźni i zachłannych mocy nieświadomości zbiorowej, to jest zdobycie pełnej autonomii i rozszerzenie pola świadomości.