Выбрать главу

Kiedy nie ma miłości – jest śmierć.

Nie wierzyłam, że można wyjść ze schizofrenii, bo nie sądziłam do końca, że jestem chora.

I dawałam sobie boskie prawo poczucia kontroli.

Posłałam Ci tę moją schizofrenie, pracę magisterską, i trzymałeś ją i czekaliśmy. Ty czekałeś, a ja pięknie w to wchodziłam. Po szpitalu krążyłam koło poradni zdrowia psychicznego i czułam, że jest to jakieś gówno, w które chcę znowu się władować. I sama, w pokoju, w czterech ścianach podjęłam straszliwą walkę o życie. W królestwie nie z tego świata, w szklanej kuli. Z Twoją pomocną dłonią -początek to Twój list, który już wszystko we mnie rozpieprzył, ale tak, bym mogła się jeszcze ratować.

W lutym nad ranem ponownie się zapętliłam i telefon rozpaczy i nadziei do Ciebie. Twoje jedno zdanie – jeżeli czujesz się winna, to się nie narodziłaś. I narodziłam się półtorej godziny później. W ten telefon do Ciebie włożyłam wszystko. Drugi raz doszłam do kresu, lecz teraz nie dałam się.

Jaka potężna może być sita bezmiłości. Jaką potęgą jest miłość i prawda. Dobrze, że jest jeszcze Bóg, który po prostu czuwa.

Tadeuszu, Tadeuszu, Tadeuszu.

Rozdział III

Wszystko teraz zaczęło się sypać lawinowo, z minuty na minutę opowiadałam sobie swoje życie, jeszcze chaotycznie, bojąc się sięgania do najboleśniejszych wspomnień, do stale krwawiących ran. Przeskakiwałam lata, zdarzenia, pamięć mnie wciąż zawodziła. Rwałam z siebie po kawałku własne życie, jak obdziera się ze skóry zwierzę, kalecząc czułe miejsca.

Nie miałam już czasu, podświadomie czułam, że muszę się teraz spieszyć, by w końcu wiedzieć, w jaki sposób przegrałam życie i kto mi to zafundował. Napięcie emocjonalne było tak silne, że wypychało mnie ponad prawdę, ponad kłamstwa, w sam środek nieświadomości.

Budziłam się jak po stuletnim śnie, powoli odradzałam.

19 lutego

Nie, Tadeuszu, najtrudniej wybacza się brak miłości. Teraz już potrafię się zaprzyjaźnić z rodzicami.

Dowiedziałam się, że w pracy mnie skasowali jako człowieka, zaczynając od tego, że byłam narkomanką.

Wiesz, Tadeuszu, ja od urodzenia miałam chorobę sierocą do 14 roku życia.

Zwiodłam wszystkich oprócz Ciebie, przecież tutaj funkcjonowałam. I nawet teraz, kiedy wróciłam ze szpitala, wszyscy dali się nabrać, że wracam do zdrowia, oprócz Anki, która wiedziała, że trzyma mnie śmierć za rękę, a ja nie chcę jej wypuścić. Chciałam wrócić do łona matki, pod respirator. I na szczęście Anka była cały czas przy mnie i wyczuwałam jej miłość. I w moim psychotycznym umyśle to się utrwalało, że jednak ktoś mnie kocha.

20 lutego

Nareszcie odkryłam sens milczenia terapeutycznego. Teraz jestem spokojna, jestem na Początku, poznawszy Kres. Teraz wiele przede mną.

Nie byłam kochana przez rodziców i brata, a Bóg nie mógł mnie kochać, bo w psychozie to ja byłam Bogiem.

Boże, 18 lat byłam w schizofrenii, tak dobrze zamaskowanej, a wcześniej 14 lat w chorobie sierocej – kołysałam się jak dzieci w domach dziecka.

Tadeuszu, tak wiele się zdarzyło, mogłam umrzeć w nieświadomości. Zawarłam pakt ze śmiercią, lecz Bóg nie lubi potajemnych knowań i powiedział swoje nie.

21 lutego

W zasadzie od razu rozpoznano u mnie schizofrenie, lecz rodzice w to nie wierzyli, ani ja.

Byłam ponad to – Bóg. Maskowałam się narkotykami i to jeszcze było do przyjęcia, no tak, uzależniona. Marek Kotański podejrzewał, że coś się dzieje, lecz tłumaczono to początkiem padaczki, która w zasadzie nie odegrała roli w moim życiu. Miałam mi jedynie pomóc w jego zakończeniu.

Na studiach komunikowano mi, że jestem autystyczna, lecz tego nie przyjmowałam. A kiedy szłam w śmierć, wszyscy się tylko obawiali, by to ruszyć – i słusznie, każdy gest mógłby być katastrofą. W Lublińcu, w pracy, byłam dobrze zamaskowana, pacjenci lgnęli do mnie, byłam przecież jedną z nich. Na neurologu weszłam całkowicie w śmierć. I brakowało mi ostatecznego posunięcia, kiedy wchodzi się albo w całkowita chroniczność, albo w samobójstwo.

Udało mi się i jedno, i drugie.

A w Wenecji rozmawiałam z diabłem.

Bóg jest teraz Bogiem, ojciec – ojcem. Kim był gwałciciel? Jaki jest mój animus? Czy gwałciciel był takie moim cieniem, jak Ewa? Czy po prostu tamtej nocy nie spotkałam się z moim rozszczepionym cieniem?

Wszystko wiedziałam, tego ze mam psychozę, nie potrafiłam sobie uświadomić. Nie mogłam tego uczynić, bo chciałam wrócić z Ziemi do siebie, jak Maty Książę, jak Bóg oczywiście.

Gdybym w psychozie była Matką Boską, byłoby mi łatwiej. Nie, coś pieprzę.

Kim byłam w czasie gwałtu?

Noc. Coś mi się przypomina, Tadeuszu, walka, straszliwa walka w czasie gwałtu. Dwa lata później zaczęłam trenować karate w celu samoobrony. Czy w celu ataku? Muszę przejść przez ten gwałt, inaczej przez to nie przebrnę. Walczyłam jak Mężczyzna? Co robi w takiej sytuacji kobieta? Czy była to walka „dwóch mężczyzn”? Od urodzenia chciałam być chłopcem. Potem, na moment, byłam dziewczyną, kiedy chodziłam z chłopakiem, miałam szansę na właściwą identyfikację z własną płcią. Po gwałcie w ogóle nie mogłam się zbliżyć do mężczyzny. W tym czasie zaczęła się moja psychoza, ojciec stał się kolejnym zagrożeniem ze strony mężczyzny.

Sam jego dotyk wzbudzał we mnie wstręt. Zupełnie uciekłam w męskość. Zaczęłam czasami powracać do stanu kobiety po poznaniu Ewy, która i tak projektowała na mnie mężczyznę.

Co było w łóżku, kiedy byliśmy we troje? Byłam mężczyzną i kobietą? Paranoja.

To niepojęte, jak potrafiłam przez ostatnie lata ukrywać halucynacje, oprócz ostatniej fazy.

Odwiedzała mnie śmierć, a raczej była wzywana boską mocą. Na obozie terapeutycznym czułam, że eksploduję, chciałam iść w topiel, w morze. Czułam się winna, że żyję z kobietą, a nie byłam homoseksualna. Ten dziennik zniszczyłam.

22 lutego

Noc – kolejne listy do Tadeusza. Drugi obóz terapeutyczny, włączam Ankę w psychotyczną rodzinę, w rywalizację siostrzaną. Wtedy zorientowałam się, że mam problem różnicowania płci u siebie. I sny – chciałam zniszczyć ojca – alkoholika. Sen mi pokazał, że nie potrafię kochać się jak kobieta.

Byłam bardziej boska po pierwszym obozie, po drugim pojawiło się uczucie prześladowania, opętania. Motyw lustra – osaczenia przez samą siebie. Bałam się powrotu picia ojca. Na początku życzyłam mu śmierci, a to wzbudzało poczucie winy.

Nic nie mogło mnie powstrzymać od dalszej analizy. To była szansa, chociaż Jung był przeciwny głębokiej analizie w psychozach, nie miałam już nic do stracenia. Miałam wszystko do wygrania. Z fragmentów analizy powoli wyłaniał się spójny obraz, który dawał szansę na wyzdrowienie.

Nie liczył się koszmar prawdy, liczyło się jej poznanie, jakakolwiek by ona nie była.

Dlaczego ludzie stale mnie ranili? Nie potrafiłam się obronić żyjąc w świecie fantazji i rojeń, stawałam się łatwym łupem dla osobowości psychopatycznych. Ludzie żyją projekcjami i mszczą się na innych za nieudane życie.

Piszę ten tekst, jest to obrachunek ze wszystkimi, którzy chcieli mnie zniszczyć. Obrachunek z całą moją naturą. Z paranoją, w którą dałam się wmanipulować. Niestety, dałam się im, pokonali mnie do końca, lecz mimo to wygrałam. Doszłam do jądra świadomości, doszłam do prawdy. I nie mogłam się z nią pogodzić. Nie mogłam w nią uwierzyć. Była dla mnie samej zbyt mocna. Nic dziwnego, że niektórzy się odwrócili, z zazdrości, z zawiści, doskonale egoistyczni, sądzili, że to ich życiorysy są tragiczne. Tak było z Anką.