To prawda, co pisze Kępiński, że psychotycy mają bardzo dużą odporność na choroby i urazy, których by nie zniósł zwykły człowiek. Bo to jest nie do uniesienia.
Sama dokonałam na sobie gwałtu za ojca szatana. Mój Boże, teraz byłam już w pełni potępiona.
Ojciec Boski, Ty, Tadeuszu, potępiłeś mnie. Anka w szpitalu powiedziała mi, że jesteś na mnie wściekły.
Szukałam Boga – ojca, by mnie wyzwolił spod władzy szatana, bym mocniej weszła w boskość – i tak się stało na obozie.
Do Ciebie zawsze pisałam w chorobie, kiedy zawodziło mnie ciało. I Twoje wiersze skierowane do mnie i medytacja o samotności. To wszystko układa się w całość, niepojęte. Nie znam się na religii, lecz jest coś takiego jak „serce Chrystusa”. I mój opór w tej sprawie – syn boży zesłany na ziemię, kuszony przez szatana. Ojej!!!
Padaczka stanowiła również element opętania, miałam nad nią całkowitą kontrolę. Była mi potrzebna po to, by ojciec ziemski – profesor, mną się interesował.
I stałeś się ziemskim ojcem, któremu teraz dopieprzyłam. Ja stałam się kobietą.
Nie miałam Cię pokonać w czasie wartościowania, lecz miałam Cię przekonać, że jestem synem bożym, swego Boga – ojca.
A więc ja, syn – boży, miałam Matkę Boską, która czuwała, szatana – kusiciela i śmierć, która miała stać się spełnieniem, miałam powrócić do Boga – ojca. Wniebowstąpienie.
Dlatego nie znosiłam Bożego Narodzenia, wolałam Wielkanoc.
Ale numer, Tadeuszu, ja rzeczywiście cierpiałam za miliony. Kiedy czytałam Kępińskiego, nie potrafiłam sobie tego wyobrazić jak jest to możliwe.
Popatrz, mam 32 lata. Gdyby nie było „przyspieszenia”, odeszłabym za rok, jak Chrystus.
Ta granica mego ziemskiego bytowania już gdzieś się przewija, poszukam tego.
W nocy drugiego gwałtu stałam się kobietą. Nie powiesiłam się od razu, bo babcia z zaświatów czuwała nade mną. W domu piłam alkohol, ten cień był do przyjęcia. I czekałam, i pisałam „Kokainę”. Tekst „Kokainy” od razu postałam wydawnictwu, jej ciężar byt nie do uniesienia w Królestwie Bożym. I już byłam gotowa odejść, wszystko zostało zakończone.
W końcu przełamałam lęk i położyłam przed sobą stos dzienników, by rok po roku przeanalizować zapis. Wyruszyłam w tę podróż zupełnie sama, nie przewidując, co się wydarzy, co mnie zaskoczy i jakie tajemnice mego istnienia jeszcze odkryję.
R.D. Laing tak podchodzi do tej wewnętrznej podróży zwanej schizofrenią. Człowiek wkracza w inny świat, gubi się w nim całkowicie i pada ofiarą lęku, spotykając się u innych jedynie z niezrozumieniem. Jedni ludzie rozmyślnie, inni mimo woli wkraczają lub też zostają wrzuceni w totalną wewnętrzną czasoprzestrzeń.
Czasami ktoś po przejściu na drugą stronę zwierciadła, po przejściu przez ucho igielne, w krainie, gdzie się znalazł, odnajduje własną utraconą ojczyznę, ale większość tych, którzy wkroczyli w wewnętrzną czasoprzestrzeń, znajduje się w krainie im nie znanej, toteż popada w przerażenie i dezorientację.
Ludzie ci czują się zagubieni. Zapomnieli, że kiedyś tu byli, walczą z narastającym chaosem, uciekają się do projekcji i introjekcji. Nie wiedzą i nie rozumieją, co się dzieje, i nie ma nikogo, kto by ich oświecił.
W doświadczeniu utraty ego nie ma nic z patologii, ale znalezienie żywego kontekstu dla wewnętrznej podróży, z którą wiąże się ta utrata, może okazać się bardzo trudne.
Jest to podróż, którą przeżywa się jako posuwanie się coraz dalej w głąb, jako cofanie się ku początkom dziejów własnego życia, jako posuwanie się w głąb i wstecz poprzez doświadczenie całej ludzkości praczłowieka (archetypy), a być może także wyjście poza nie i wkroczenie w sferę istnienia zwierząt i roślin.
W tej podróży jesteśmy wiele razy narażeni na utratę drogi, dezorientację, częściowe niepowodzenia, a nawet całkowitą klęskę, przychodzi nam przeżyć wiele lęków i spotkać wiele duchów i demonów, które możemy pokonać lub które mogą pokonać nas.
Zamiast szpitala psychiatrycznego potrzeba miejsca, gdzie ci, którzy w swej wyprawie dotarli dalej i wskutek tego mogą być bardziej zagubieni, byliby w stanie znajdować dalszą drogę w głąb wewnętrznej czasoprzestrzeni, jak i drogę powrotną.
Potrzebują oni ceremoniału inicjacji – przy jego pomocy i zachęcie ze strony społeczeństwa, ludzie, którzy byli w wewnętrznej czasoprzestrzeni i z niej powrócili, wprowadzą do niej następnych.
Oznacza to przedsięwzięcie podróży:
I. ze świata zewnętrznego do wewnętrznego
II. za życia pewien rodzaj śmierci
III. przejście od progresji do regresji
IV. od ruchu czasu do zatrzymania się czasu
V. z czasu doczesnego w czas eoniczny
VI. od ego do jaźni, do łona wszystkich rzeczy – do świata prenatalnego – a następnie podjęcie podróży powrotnej:
1. ze świata wewnętrznego do świata zewnętrznego
2. ze śmierci do życia
3. przejście od regresji do ponownej progresji
4. od nieśmiertelności z powrotem do śmiertelności
5. z wieczności w czas
6. od jaźni do ego
7. od kosmicznej fetalizacji do egzystencjalnego odrodzenia.
Być może powinniśmy zachować tę – dziś już starą nazwę, i zrozumieć ją w znaczeniu zgodnym z jej etymologią – schiz – pęknięty, złamany, phrenos – dusza, serce.
Doświadczenia transcendentalne, które są czasami dostępne w psychozie, to doświadczenia świata boskiego, które stanowią źródło wszelkich religii. Największemu wstrząsowi ulegają same postawy ontologiczne. Byt zjawisk ulega zmianie, a zjawiska bytu zdają się prezentować nam zupełnie inną twarz. Tracimy wszelkie oparcie, wszystko, czego zazwyczaj trzymamy się kurczowo, i nie pozostaje nam nic innego jak zaledwie parę szczątków naszego umysłu, kilka wspomnień i nazw, jedna lub dwie rzeczy, które pozwalają nam zachować więź ze światem dawno utraconym. A w tej pułapce pojawia się coś nowego – wypełniają ją teraz wizje i głosy, widma i dziwne kształty i zjawy.
Kiedy człowiek popada w obłęd, wówczas dochodzi do zmiany głębokiej w jego stosunku do wszystkich dziedzin bytu. Ośrodek jego przeżyć przesuwa się z ego do jaźni. Czas doczesny traci znaczenie, liczy się jedynie sfera wieczności. Jednak człowiek obłąkany jest zdezorientowany.
Ego myli mu się z jaźnią, świat wewnętrzny z zewnętrznym, naturalny z nadprzyrodzonym.
Wygnany ze sceny bytu, teraz jest obcym, dającym nam rozpaczliwe znaki z pustki zamieszkanej przez dziwne istoty.
Człowiek obłąkany stracił poczucie siebie, swych uczuć, swego miejsca w świecie. Mówi nam, że umarł. Jednakże obłąkanie nie musi być wyłącznie załamaniem. Może być także przełomem! Potencjalnie jest ono zarówno wyzwoleniem i odnową, jak niewolą i śmiercią egzystencjalną.
Egoiczne doświadczenie jest złudzeniem, stanem snu, śmierci uznanego społecznie obłędu, łonem, które trzeba opuścić, a więc dlań umrzeć, i z którego trzeba się narodzić.
Człowiek, który przechodzi przez doświadczenie utraty ego, to jest przez doświadczenie transcendentalne, może, ale nie musi ulec dezorientacji. Jeśli traci orientację, to słusznie może zostać uznany za obłąkanego. Doświadczenie bycia wchłoniętym może być dla niego prawdziwą manną z nieba.
Ale również nie każdy wraca do nas z wyprawy ze świata wewnętrznego.
Mnie prawdziwie udało się przejść przez wszystkie etapy, po całkowite odrodzenie. Miałam szczęście, nie umarłam wtedy w październiku, stał się prawdziwy cud w medycynie, że przeżyłam niemożliwe. Wierzę, że musiałam tu powrócić, by powrócić z jeszcze dalszej podróży, z moich Kosmosów, ba – z Nieba, od boskiego ojca.
Oto, Czytelniku, dalsza wspólna podróż przez moje życie, otworzyłam dzienniki na kolejnym roku – 19 roku życia.
Po wyjściu z Garwolina złapałam się kurczowo rozpoznania padaczki, która maskowała prawdziwe oblicze mego stanu ducha. Jest jakimś sensownym wytłumaczeniem moich doznań.