Выбрать главу

28 grudnia – Śniłam zaślubiny z morzem.

2 stycznia 1991 przyszła kartka od Ciebie, na drugi dzień wysłałam pierwszy list.

6 stycznia – Skojarzyłam, że list od Ciebie to zemsta.

16 stycznia – Wystałam Ci drugi list.

28 stycznia – List od Ciebie, który wywołuje ból, ból, ból. Zaczynam czuć, co mam robić.

Twoje słowa prawdziwie uderzają o skałę, w której schowałam się w dzieciństwie. Teraz mogę umrzeć lub zacząć nowe życie. Wybrnąłeś w tym liście, Tadeuszu. Nie powiedziałeś mi.

2 lutego – A jednak, Tadeuszu, zbrakło mi boskiej mocy tamtego dnia, by z sobą skończyć, i kilka lat wcześniej, kiedy powinnam odejść. Walczę, Tadeuszu, o każde tchnienie tutaj.

3 lutego – W kogo byt skierowany cios?

Słowo „szantaż”, które się rozrastało i eksplodowało bólem przerażającym. Usypiałam ze słowem „szantaż" i wybudzałam się z tym słowem.

Oto prawda, Tadeuszu, o mojej schizofreni, którą Ci ofiarowuję.

Rozdział V

Powoli zaczęłam dochodzić do całości prawdy o sobie. Pomogła mi w tym znajomość koncepcji Junga. Dzięki niemu zaczęłam poruszać się swobodniej w gąszczu projekcji i nieświadomości.

Moim cieniem kobiecym była prostytutka – Ewa, a także animą, kiedy psychicznie byłam mężczyzną.

W końcu dotknęłam swojego kobiecego cienia – dziwka, kurwa. Chyba wtedy, kiedy miałam stać się dziewczyną, w 14 roku życia, kiedy pozbawiłam się dziewictwa jako chwilowa córka. „Zgwałcił” mnie ojciec – szatan. Dokonałam gwałtu za ojca – szatana.

To już konsekwencja cienia, moim animusem stal się albo diabeł albo Chrystus.

Anka projektowała na mnie starszego brata, teraz jest to projekcja matki – alkoholiczki, dlatego chce mnie zniszczyć.

I na koniec, kiedy na ginekologii nie zabrała mnie jako córki matka – śmierć, stałam się ponownie synem, zabiłam w sobie ojca – alkoholika, a psychicznie chciałam ulecieć jako Chrystus.

Nareszcie to sobie ułożyłam w marcu 1991 roku.

Wygląda to tak: Jeżeli jestem kobietą, to Cień: kurwa – śmierć – autoagresja – Madonna Animus: diabeł – superfacet – Chrystus

I odwrotnie, kiedy utożsamiałam się z mężczyzną.

W marcu spotkałam się w Warszawie z Kasią, mieszkałyśmy przez tydzień razem i opowiadałam jej dalej swoją historię, w miarę jak sama poznawałam prawdę o sobie. Było to bardzo trudne, spędzałyśmy całe dni i noce na analizie mego życia, to znaczy, ja to robiłam, a Kasia dzielnie to przyjmowała, jak prawdziwy przyjaciel. Były to niesamowite godziny, kiedy odkrywałyśmy się dla siebie od nowa, lecz tylko szczerość mogła pokazać, na ile jesteśmy w stanie unieść swoje życie. Kasia udźwignęła wszystko i nasza przyjaźń jest nierozerwalna, jest tym, czego szukałam przez cale życie, prawdziwą przyjaźnią.

Także wtedy w Warszawie spotkałam się z Tadeuszem i Czarkiem. Przyjęłam od Czarka terapeutyczne kłamstwo, że zawsze spostrzegał mnie jako osobę normalną. Już wtedy wiedziałam, że wcześniej powiedział Ance, że jest to psychoza i że od tego są psychiatrzy. I chociaż nie godziłam się na takie traktowanie mnie, to kłamstwo było mi wtedy potrzebne.

Jeszcze nie zakończyłam pracy nad sobą, czułam, że coś jest pomimo tego, że Tadeusz dalej mnie zwodził, że jest OK. Wiedziałam, że nadal jestem chora, mimo że przeszłam autoanalizę, zdawałoby się, do końca.

W Warszawie halucynowałam, ale umiałam z tym walczyć. Kiedy szłam na spotkanie z

Tadeuszem do jego domu, nagle opadło na mnie bezsensowne urojenie, że Tadeusz jest tylko urojeniem, że go sobie wymyśliłam, a listy pisane do niego szły gdzieś w Kosmos.

W końcu stanęłam przed Tadeuszem, który okazał się przyjacielem z krwi i kości. Powiedział mi jedną ważną rzecz wtedy, że gdybym nie spotkała się z diabłem w Wenecji, to mogłabym uderzyć w rodziców zamiast w siebie. Nie powiedziałam nic, lecz to mnie mocno uderzyło, zmusiło do dalszych poszukiwań.

Tadeusz podjął terapeutyczną grę i dalej mi wciskał, że nie była to psychoza, tylko przeżycia z pogranicza. I ponownie dałam sobie to wsunąć. Nie wiedziałam, dlaczego wtedy tak postępowałam, po prostu bardzo chciałam mieć to za sobą i w tym momencie wierzyłam w to i czekałam na jego potwierdzenie, że chorobę mam już poza sobą.

Tadeusz na drugi dzień zorganizował mi spotkanie w Łazienkach z ludźmi, na których mogłam wypróbować dawne projekcje, głównie z superfacetem i matką. Mobilizowałeś mnie,

Tadeuszu, do walki o siebie. Nie mogłeś mi wtedy powiedzieć, że psychoza nadal podstępnie mnie toczy. Chroniłeś mnie przede mną samą.

Nie wytrzymałam napięcia, w jakim żyłam w Warszawie, powróciłam do domu i podjęłam dalszą analizę. Uciekłam znowu przed prawdą, ale mogłam do niej dalej dochodzić tylko w piekle.

W tym czasie moje wydawnictwo w Katowicach wystraszyło się tekstu „Kokainy” i odesłało mi rękopis. To mnie zdezintegrowało i miałam ten tekst w domu, ale panicznie bałam się do niego zajrzeć, przywoływał demona, powodował łęk.

Po powrocie z Warszawy ponownie w dzienniku zaczęłam dalszą część analizy, czyli przypominania sobie, co się w moim życiu wydarzyło. Niewiele tego było w mojej pamięci.

Nie zapisane w dzienniku, umknęło podczas lat narkomanii i psychotycznych przeżyć.

Zmuszałam moją pamięć do pracy i było to bardzo trudne. Nie potrafiłam sobie przypomnieć pozytywnych momentów z mego życia, wszędzie były tylko otchłanie, ból, rozpacz, negatywne zachowanie rodziców wobec mnie, obwinianie, samotność niekochanego dziecka.

A oto dalszy ciąg analizy, jaki w marcu 91 przeprowadziłam, pisząc to oczywiście później Tadeuszowi w listach.

Z bratem zaczęłam rywalizować od początku o matkę, ojej miłość, rywalizowałam w nauce, potem poprzez choroby, by matka się mną zajmowała.

Byłam ukochaną wnuczką dziadka, jedyną wtedy, jak żył, i dla ciotki byłam ważna, bo akceptowałam jej picie, kocham ją taką, jaka jest, zawsze mi się zwierzała, broniłam jej, ukrywałam, chroniłam.

W dzieciństwie to ojciec się mną zajmował, ale i on mnie surowo karał, bił, chciał, bym była według jego wyobrażenia idealną córką.

W przedszkolu tęskniłam za bratem, musiał być w moim polu widzenia, inaczej popadałam w rozpacz. Już w przedszkolu chciałam się zabić, kiedy zamknięto mnie w ciemnym pokoju.

W 7 roku życia przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania w nowej dzielnicy, nie miałam się z kim bawić, od tej pory zawsze byłam sama. Brat chodził do szkoły matki, a ja do szkoły ojca – znowu nas rozdzielono. W szkole były stale jakieś problemy ze mną, znałam program z wyprzedzeniem na dwa lata, byłam nadpobudliwa, nie słuchałam nauczycieli.

W czwartej klasie zmieniono mi szkołę, byt to 11 rok życia. Klasa mnie nie zaakceptowała, górowałam nad nimi wiedzą i w sporcie. Piąta i szósta klasa to najlepsze świadectwa, wielka cisza przed burzą, okres pewnego wyciszenia.

W domu były koszmarne awantury, najpierw stawałam w obronie matki, potem zaczęłam uciekać z domu, byłam już psychotyczna, oczywiście nie wiedziałam o tym, nikt nie wiedział.

Brat w ogóle się mną nie interesował, nie kocha mnie i nie obchodziło go to, co się ze mną działo.

W 13 roku życia po wielu anginach miałam ciężką postać choroby reumatycznej, był taki okres, że nie chodziłam, miałam zapalenie mięśnia sercowego i od razu uszkodzoną zastawkę mitralną.

W 14 roku życia byłam ponownie w szpitalu z powodu choroby reumatycznej. W szpitalu miałam poważną próbę samobójczą, trułam się lekami, zostało to odczytane jako atak histerii.

W domu dochodziło do największych spięć z ojcem. Psychoza się rozwijała. Wyrzucono mnie ze szkoły w siódmej klasie, poszłam do szkoły ojca, gdzie był dyrektorem. Na początku roku szkolnego poważna próba samobójcza, zatrułam się alkoholem. Gdyby nie obrona organizmu, rano by mnie znaleziono martwą, lecz przedawkowałam.