Выбрать главу

Podstawowym źródłem zaburzeń psychicznych są sytuacje, w których jednostka zostaje pozbawiona swej życiowej roli i wartości; w których przeważa poczucie pustki, absurdu.

Schizofrenia jest odbiciem sytuacji życiowej, w której zawiodły wszystkie punkty oparcia, w której każdy projekt wydaje się już niepotrzebny, a każdy wolny wybór prowadzi w ślepą uliczkę.

Schizofrenia to następstwo kryzysu wolności w nierozwiązywalnej sytuacji, a jednocześnie próba jego zrozumienia i przełamania.

Jest ona jednym ze sposobów odpowiedzi na skrajne zagrożenie psychiczne, gdy człowiek nagle pozbawiony sensu istnienia, przyszłości, nadziei znalazł się w skrajnej sytuacji życiowej lub nawet został zmuszony do ucieczki od życia.

Schizofrenia jest określoną odpowiedzią na pytanie: – po co iść dalej? Psychoza jest szansą tymczasową, wyimaginowanym przeniknięciem nieprzekraczalnych w rzeczywistości ścian świata.

W psychozie człowiek nie ma dostatecznej możliwości do świadomej obrony. Jego odporność na przeciążenia jest znacznie zmniejszona w następstwie długotrwałego wyczerpania psychicznego i fizycznego. Świadomość jest zawężona, przeważają mechanizmy podświadome.

Psychotyk jest przytłoczony lawiną nieświadomości, autonomicznych procesów; narażony jest nieustannie na inwazję stłumionych urazów i konfliktów, które ożywają i narastają.

Pojawia się panika. całkowity brak poczucia bezpieczeństwa.

Tam, gdzie zawiodą psychotyczne mechanizmy obronne, eksploduje lęk, uwalnia się nie związana energia niemożliwych do przyjęcia, destruktywnych, niszczących przeżyć – sytuacja przerasta wytrzymałość chorego. W miejsce tendencji samozachowawczych pojawiają się siły niszczące, które deformują i opanowują świat wewnętrzny i zewnętrzny. Mogą pojawiać się momenty krytyczne, kiedy zamiast tendencji samozachowawczych występuje agresywna nienawiść do życia, w których śmierć, zniszczenie, destrukcja są dla psychotyka łatwiejsze do przyjęcia niż życie, które czasem odrzuca z niespotykaną łatwością.

W psychoterapii pacjentów psychotycznych musimy zadawać sobie pytanie, do jakiego stopnia jest w ogóle możliwe i celowe rozbijanie ich świata urojonego. Wolno nam to robić dopóty, dopóki chory nie cierpi z tego powodu bardziej niż wtedy, kiedy żyje swoimi urojeniami i omamami, oraz dopóki nie uniemożliwiają mu one funkcjonowanie w społeczeństwie.

Początkowo musimy respektować głęboki lęk pacjenta przed rzeczywistością, którą uważa za obcą i wrogą. Musimy też pogodzić się z jego ucieczką do autystycznej wieży, w której szuka ocalenia.

Autyzm tylko do czasu spełnia funkcję ochronną. Człowiek wytwarza wokół siebie próżnię, wygaszając związki i kontakty, natomiast otoczenie odrzuca go, omija jako zbędny element.

Autyzm staje się „śmiercią psychiczną”.

Schizofreniczne halucynacje, iluzje nie mogą być uważane za izolowane złudzenia zmysłowe.

Są one częścią nieodłączną całościowo rozumianej, zaburzonej komunikacji chorego ze światem, elementem jego patologicznie zmienionej sytuacji i roli życiowej.

Nie odreagowana agresja w następstwie wzmożonego, realnego i długotrwałego zagrożenia jednostki (której motywacje własne i urazowe tło sytuacyjne pozostają poza świadomością) powoduje nieznośne narastanie napięcia, które spontanicznie zmierza do rozładowania.

W omamach dokonuje się subiektywne przeorganizowanie rzeczywistości, z zachowaniem zgodności z nieświadomymi motywami chorego. Powstaje jakby stan nowej równowagi między podmiotem a środowiskiem. Narastająca wrogość i agresja szuka pseudoobiektu, tarczy, która ma umożliwić rozwiązanie pierwotnie nierozwiązywalnej sytuacji stresowej.

Mój świat byt modelowany strachem i nienawiścią. Nierzadko nawiedzały mnie myśli o śmierci rodziców. Byty to Jednocześnie myśli, których nie mogłam dopuścić do świadomości, obwarowane wyrzutami sumienia i poczuciem winy. W ten sposób powstała sytuacja bez wyjścia. Nienawiść, której nie można było rozładować na rzeczywistym obiekcie, zwróciła się przeciwko podmiotowi. Ukryty zamiar zabicia rodziców zamienił się w otwarty autoagresyjny akt samobójczy. Narastająca, nieodreagowana potrzeba zemsty wymagała ujścia, groziła bowiem zniszczeniem.

W urojeniach prześladowczych dochodzi do uprzedmiotowienia wrogich uczuć chorego, do ich ekstrapolacji poza osobowość, do projekcji niebezpiecznych, agresywnych motywów na środowisko zewnętrzne. Za pomocą tych mechanizmów chory „wciąga do gry” w swoim urojeniowym spektaklu inne osoby, które mogą być całkowicie neutralne, obce, nie znane choremu.

Chory dzięki mechanizmowi projekcji uwalnia się od nienawiści w ten sposób, że staje się ofiarą ekspansywnego i paranoidalnego pseudospołeczeństwa. Ale jednocześnie przenosi na nie swoje lęki i pragnienie usprawiedliwienia własnej agresji, znajdując w nim obiekt, na którym może agresję rozładować. Urojeniowa interpretacja sytuacji pozwala na zachowanie pewnej integralności osobowości, chroni przed rozpadem psychicznym. Stworzenie urojeniowej konstrukcji zmierza do ekspansji, wywołuje powstanie kolejnych urojeń, powoduje konstruowanie nowych ról, tworzenie nowych urojonych prześladowców.

Gdyby udało się we właściwym czasie uwolnić chorego od nieopanowanego, narastającego lęku, który sygnalizuje nadejście choroby psychicznej, gdybyśmy częściej dostrzegali jego panikę i strach, pojawiające się w wyniku wyciągnięcia w grę nieznanych sil, którymi chory, zwłaszcza na początku choroby, jest przytłoczony, można byłoby zapobiec wielu gwałtownym czynom psychotycznym, samo okaleczeniem lub okaleczeniom innych osób, samobójstwom i zabójstwom.

POST SCRIPTUM – 1

Drogi Czytelniku, w listopadzie 1994 roku ponownie znalazłam się w szpitalu psychiatrycznym w Częstochowie, na oddziale dr Marka Sternalskiego. Nie rozumiałam, co się ze mną dzieje, sądziłam, ba, byłam przekonana, że choroba już nigdy nie wróci. Całkowicie ogarnął mnie lęk i opanowały halucynacje, chociaż nie wiedziałam, że nimi są. Do tego dołączyły urojenia, o których też nic nie wiedziałam. Żyłam w wyimaginowanym świecie, zupełnie zamknięta w szklanej kuli i nie można było ze mną porozumieć się. Rozmawiałam z głosami, głównym rozmówcą był Tadeusz, który domagał się mojej śmierci. Zupełnie tego nie rozumiałam, a lęk ponownie prowadził mnie ku samozagładzie. Już wcześniej wyczuwałam wrogość Tadeusza, po tym, jak mu wyznałam prawdę. Tadeusz nienawidzi psychotyków. Nie wiem dlaczego, ale niszczy ich i nie ja pierwsza padłam jego ofiarą.

Przez ostatnie dwa lata usiłowałam wyżebrać akceptację dla swojej osoby, co było kolejnym absurdem, bo od nikogo nie można w ten sposób uzyskać żadnego uczucia. Miałam tylko niejasne informacje od ludzi z ekipy Tadeusza, że mnie niszczy, i trwałam w tym dwa lata do kolejnej eksplozji poczucia winy. Targały mną nienawiść, żal, wściekłość i nie umiałam sobie z tymi emocjami poradzić. Nie przytoczę tutaj faktów, bo o tym, Drogi Czytelniku, innym razem.

Do momentu konfliktu z Tadeuszem wszystko zdawało się być na swoim miejscu, byłam silna, spokojna, realizowałam się w pracy jako psycholog, pracowałam z rodzicami narkomanów i nikt nareszcie nie wypominał mi mojej przeszłości, wręcz odwrotnie, moja wiedza i doświadczenie były tutaj bardzo cenne. I rozsypałam się. Przez 5 tygodni pobytu w szpitalu usiłowałam sobie wytłumaczyć, dlaczego ponownie jestem w psychozie. Nie była to już schizofrenia, tylko stan psychotyczny wywołany konkretnymi sytuacjami. Bratam więc leki i modliłam się, by wizja pętli oddaliła się. Lekarze troskliwie zajmowali się mną, leki łagodziły lęk, a ja się bałam.

Miałam bardzo dużo czasu do myślenia.

Zrozumiałam, że ponownie muszę przewartościować moje życie. Pierwszym krokiem była rezygnacja z życia publicznego, które mnie rozstrajało, kosztowało zbyt dużo emocji. Potrzebowałam prywatności, spokoju, ciszy, by ponownie nie sprzeniewierzyć się Bogu, który też gdzieś mi się oddalił, przestałam z nim rozmawiać i zostałam całkowicie osamotniona.