Do tej prostej prawdy doszłam w końcu i stała mi się pewnym objawieniem. Zaczęłam brać odpowiedzialność za to, co robię.
Wydawnictwo w Katowicach zaakceptowało książkę pt. „Kokaina”, którą pisałam na miesiąc przed samobójstwem. Ta wiadomość dodała mi sił, pewność, że nie wszystko w moim życiu było klęską, że mogę chociaż liczyć na swój talent i twórczość, która jest wspaniałym lekarstwem, kiedy jest się do końca samotnym.
To wszystko musiało się wydarzyć. W końcu udało mi się dotknąć dna ciemności. Teraz zapragnęłam wyruszyć na poszukiwanie siebie w stronę światła.
28 stycznia przyszedł list od Tadeusza. Przemówił do mnie, zaczął ze mną rozmawiać.
„Droga Basiu,
dziękuję za list i medytacje, zwłaszcza za nie. Mam wrażenie, że to, co piszesz, jest rozdarte tak jak tamta decyzja, którą powzięłaś przeciwko sobie. Masz delikatną pretensję do mnie, że nie powiedziałem Ci tego, co mógłbym. Hm – ale czy mogłem, czy tego chciałaś? Piszesz – „Wiem, że pacjentowi nie mówi się wiele” itd. Ale przecież wiesz także, że nigdy, ale to nigdy nie uznałby Cię za „pacjenta". Nawet teraz, kiedy zrobiłaś wszystko, aby nim zostać. Być pacjentem to być Dzieckiem, które nie chce być Dorosłym, bo dba o to, aby nie rozpadła się rodzina, aby rodzice się nie rozstali. Więc musi w sobie trwać jako Dziecko, chorujące, zatruwające się, walczące z sobą, zabijające się. Tego wymaga od Ciebie Twoje delikatne Dziecko, które ratuje układ między Rodzicami, ale samo popada w psychotyczny impas. Stać Cię na tak wielki gest wobec bezmiłości, która Cię otacza, a której nie chcesz uznać, bo jest lustrem śmierci. Wolisz wybrać śmierć niż spojrzeć w lustro. OK.
Gdy czytałem Twój „Pamiętnik”, uderzyło mnie to, że nie możesz powiedzieć prawdy. Pełno tam stylistycznych piękności i miodu posmarowanego na kwaśnym chlebie, który nie przemienia się niestety w nic pożywnego. Ponieważ w SSHP nie mogłaś nic zrobić z sobą, bo byłaś wpisana w ten pamiętnikowy miód, podjęłaś rolę pacjenta, który nim nie jest. Nie mogłem w to ingerować. Mogłem tę decyzję tylko poprzeć, zdając sobie sprawę z tego, że jest to „rola”.
Czasem trzeba ją zrealizować do końca, aby przekonać się, że jest to rola wymagająca większego ładunku histerii. Tobie go zabrakło, gdyż rozbudowałaś swoje cierpienie i wyobraźnię za cenę cielesnego bólu, sztywnienia, znieczulenia. Przy Twoim wybitnym intelekcie (nie znam lepszej niż Twoja analiza schizofrenii w języku polskim!) masz zawsze możliwość bycia tym, kim chcesz, jak też tym, kim być nie chcesz. Nikt nie jest w stanie narzucić Ci wyboru.
Masz też pewną pretensje, że wypytuję Ankę o Ciebie. Ale to właśnie Ona zaangażowała w ratowanie Ciebie Czarka, Magdę i oczywiście mnie. Od razu zdiagnozowaliśmy Twój gest jako samobójczy. Więc może niezbyt doceniasz wiedzę Anki. Postanowiłem nie odzywać się bezpośrednio do Ciebie, bo Twoja próba, gdyby się udała, byłaby oskarżeniem lekarza, który
Cię leczył. A więc znowu próba zrzucenia odpowiedzialności na kogoś, kto Ci pomaga. Na szczęście ta próba się nie udała. Mówię tu o szczęściu dziecka, które ma teraz szansę przewartościować to, co w nim z Ojca i Matki. Ale szansa może być tylko szansą. Muszę Cię zmartwić – nasze pierwsze spotkanie, choć zakończone próbą podniesienia Ciebie, było pełne niepokoju o depresyjne, automatyczne reakcje, które zaprzeczały optymistycznym wypowiedziom prowadzących zajęcia kolegów. Powiedziałem im wtedy, czego się obawiam. I niestety te obawy zmusiły mnie do milczenia wobec Ciebie. Teraz już ich nie mam. Są w Tobie, wyjawiły Ci się w akcie rozpaczy.
Basiu, jeżeli jesteś pacjentką, to tylko samą dla siebie. I tylko sama możesz siebie wyleczyć.
Może pod warunkiem, że nie będziesz tak bardzo się przejmować kontaktami z ludźmi. Mam wrażenie, że uwewnętrzniłaś ich karcące spojrzenia, etykiety i utożsamiłaś się z pacjentem”.
Twój gest zamknął rolę pacjenta. Nie możesz już nim być bardziej niż jesteś. Musisz wybrać inną rolę lub inna rola musi wybrać Ciebie.
Musisz opłakać swój ból i klęski, jakie poniosłaś. Abyś nie musiała się czuć Panem Bogiem otoczenia, Super – Rodzicem, jakąś Nad – Osobą. Abyś mogła być Dzieckiem i Dorosłym jednocześnie.
A więc kimś, kto daruje siebie innym za nic. Co nie znaczy, że ma siebie za nic.
Możesz być wybitną terapeutką. Ale do tego trzeba porzucić istniejący układ, trzeba znaleźć miejsce dla siebie i w sobie wśród obcych. Tam, gdzie nikt Cię nie usprawiedliwi z powodu Twojej osobistej historii, bo nie będzie jej znał. A jeżeli pozna – machnie ramionami. Po negatywnym potrzebny jest Ci gest pozytywny. Wykonasz go sama albo zostaniesz nieporadnym Dzieckiem, które nie chce się narodzić. I zbuntujesz się przeciw Bogu, narzucając mu ponownie swoje nie.
Pozdrawiam Cię serdecznie
T.K.”
Rozdział II
Otrzymałam wyczekiwany list od Tadeusza. Powiedział w nim tyle, ile mógł, zachowując resztę w tajemnicy, która mogła mnie powalić. I chociaż sprawa wydawała się beznadziejną, zdecydował się na pomoc.
Zapisałam w dzienniku:
Tak, Tadeuszu, już najwyższy czas przyjąć odpowiedzialność za to, co zrobiłam.
I znowu ten sam błąd, hamuję płacz, a wyć mi się chce, hamuję, bo oni są w drugim pokoju.
Nie mogę jeszcze spalić dzienników. Tam, w nich, wszystko się kryje, część prawdy o mnie.
Nie ma losu i przypadku. Są nasze wybory.
Trzeba być odpowiedzialnym do końca, nawet za własne samobójstwo.
Twoje słowa prawdziwie uderzają o skałę, do której schowałam się w dzieciństwie i być może wydrążę niewielki otwór, poprzez który zacznę się rozszerzać.
Łzy, łzy, Tadeuszu, nareszcie prawdziwe.
Teraz mogę umrzeć lub zacząć nowe życie. Jutro, jutro podejmę decyzję.
Wybrnąłeś w tym liście, Tadeuszu. Nie powiedziałeś mi!!!
Jestem już na tym etapie, że nikt inny nie jest w stanie mi pomóc.
Może psychoza jest jedyną formą istnienia, bym w ogóle tu pozostała.
Pytanie – po co? Może i psychotycy są potrzebni. Może i ja powstanę z absurdu.
29 grudnia
Tadeuszu, chyba nie potrafię sobie pomóc. Każdy może sobie pomóc sam, lecz czy ma być w tym tak osamotniony?
Najpierw broniłam się, by nie zostać pacjentką, zamykano mnie w psychiatrykach, etykietowano, aż w końcu poddałam się i nie potrafiłam zmienić roli. I kiedy wydawało mi się, że już wiem, zadałam ostateczny cios.
Niewiele jest nadziei, niewiele nadziei daję sobie. Znowu trzymam zamiast ryknąć tupnąć, zadławić się płaczem i przemówić.
A ja miałam poczucie, że traktujesz mnie jak śmierdzące gówno. Dlatego nie byłam w stanie do Ciebie podejść. Nie mam zamiaru na nikogo zwalać odpowiedzialności. Nawet nie wiesz, jak koszmarnie czuję się za to wszystko odpowiedzialna.
Jesteś, Tadeuszu, dla mnie najważniejszą osobą, dlatego Twoje milczenie było takie okrutne.
Czasami chciałam Ci coś bez lęku opowiedzieć.
Muszę jednym ciosem miecza rozciąć pępowinę, węzły, kajdany, spętanie, opętania.
Tadeuszu, cały czas z Tobą rozmawiam.
Bezsenność. Ciężar, którym się przywaliłam, powoduje miażdżenie klatki piersiowej i brzucha, rozpłatuje czaszkę, wyłamuje kończyny.
Dławienie się rozpaczą.
To już chyba gryzienie ścian. Łamię zęby, opluwam się i wbijam paznokcie.