We śnie pomagał mi przez chwilę brat, który mnie opuścił, zostawił w lesie.
Kiedy byłam mała, nie chciałam być dziewczynką, weszłam w męskość, bo to mój brat był wybrany przez matkę, on był jej wyczekiwanym dzieckiem, nie ja. Chciałam zająć miejsce brata, nie wystarczyła mi miłość ojca. A potem ojciec zaczął pić i już nikt mnie nie kochał, a do tego zdradził mnie przekleństwami, moralnym znęcaniem się. Obcy mężczyzna dopełnił gwałtu, brutalnego gwałtu seksualnego. A ja skamieniałam do końca. Ile projekcji było później.
Tadeusz i Czarek byli dla mnie ojcem i synem, czyli moim ojcem i bratem.
Jestem skrajnie wyczerpana. W ciągu 10 dni doszłam do zarodka samej siebie i być może się rozwinę, narodzę, urosnę. Jeżeli po drodze nie dokonam aborcji. Nie wiem, czy moja matka chciała mnie usunąć, nie pozwalał jej na to, na poziomie świadomym, nakaz religijno -moralny. Nie wiem, co czuła, co myślała.
Wiem, że mnie nie chciała. Teraz ja muszę siebie chcieć, by się narodzić.
To rodzice zapędzili mnie do pułapki – gwałtu.
Czy dokonam aborcji, czy wyrzucę z siebie całą resztę?
Oto, Boże, moje poczęcie, co z tym uczynię?
To początek, Boże, co dalej, co jest we mnie dalej pomiędzy aborcją, gwałtem, a ostatnią sceną bezmiłości, kiedy raniono mnie do końca i ostatecznie?
I na koniec ta psychopatka, przy której zaczęłam silniej odczuwać potrzebę czułości, zaczęłam przełamywać lęk przed ciałem człowieka. Za kawałek czułości pozwalałam sobie na utratę człowieczeństwa, na spełnienie aktu zniszczenia przez ponowny „gwałt”, tym razem przez mężczyznę i kobietę.
Boże, nie, a jednak stało się.
11 lutego
Tadeuszu, „gwałciciel” okazał się w końcu łagodny, ciepły i czuły. Projektowałam na męża Ewy, Adama – gwałciciela, po tamtym okrutnym i niszczącym gwałcie szukałam mężczyzny, który to odwróci.
Byłam dla Ewy kochankiem, a z jej mężem – rywalami, dopóki nie stałam się kochanką Adama na chwilę w tamten wieczór. Ona chciała tego, uczestniczyła, domagała się. Chciała kochać się z obu kochankami naraz, projektowała na mnie mężczyznę. Chciała się z nami kochać, by mnie poniżyć. Mnie – dawnego kochanka, bym odeszła. Już jej nie byłam potrzebna, mogła mnie zniszczyć do końca.
Tadeuszu, czy ja to wytrzymam?
Z Adama zdjęłam projekcję gwałciciela, z matki projekcję chęci zniszczenia mnie, czyli samozniszczenia. Co muszę zdjąć z ojca? Nałóg? Milczenie – ojciec milczał wobec mnie, a ja milczałam wobec innych.
Kim była Ewa? Moim cieniem, zgwałcona przez dziadka. Kim jeszcze była? Teraz tego nie rozwiążę.
Jednak przed samą śmiercią odzyskuje się świadomość. Odzyskałam ją na moment i zdziwiona stwierdziłam w myślach, że nie oddycham. W rzeczywistości byłam bez oddechu. I zapytałam Boga, dlaczego jeszcze żyję, zamiast zapytać, dlaczego umieram, a Bóg mi powiedział – masz wracać. A mnie było tam tak dobrze, nie chciałam zdrowieć, chciałam iść za światłem, którego poszukiwałam przez całe życie. Wiem, jak się umiera. Kiedy się wchodzi w stan śmierci klinicznej, jest pięknie, jest spokojnie, no właśnie spokojnie, nareszcie bez udręki duszy.
W końcu skrzywdziła mnie kobieta, najpierw matka, a na koniec Ewa.
Zniszczył mnie mój cień – 11.02.91, godz. 20.49!!!
12 lutego
Boże, ja po prostu chciałam umrzeć. W ostatnim akcie świadomości, kiedy na chwilę odzyskałam wewnętrzna świadomość, modliłam się do Boga, by to był koniec. Zaraz potem podłączono mnie do respiratora.
Ja dokonałam aborcji na sobie, Tadeuszu!
Udało mi się dojść do początku prawdy o sobie. Była ona wciąż niewyobrażalna, nie do przyjęcia. Zapisywałam wszystko w dzienniku, całą analizę krok po kroku, kiedy z minuty na minutę odkrywałam siebie i swoje wnętrze, kiedy prawda wychodziła z każdej szczeliny podświadomości, kiedyś tak mocno wypieranej. Objawiałam się sama dla siebie i stałam listy do Tadeusza, a on przyjmował wszystko i czekał na następne. Już wiedział, że idę właściwą drogą.
Zajęta analizą nie pojmowałam, że ona mnie dotyczy, wyglądało to tak, jakbym pisała o kimś zupełnie innym. Tylko w ten sposób mogłam na razie przyjąć prawdę. Jeszcze mi się nie uwewnętrzniała. Stała obok jak książka literacka, którą pisałam. Byłam w niej jedynie postacią literacką, jakąś tam Basią, którą analizuje inna Basia – psycholog. Gdybym nie była psychologiem, nie potrafiłabym tego dokonać. Widocznie tak miało być.
13 lutego
Aborcji siebie dokonałam na ginekologii!!! Zabiłam siebie na ginekologii. Boże, jak to się wszystko układa.
Tadeuszu, zrobiłam straszną rzecz wobec Ciebie. Walnęłam w Ciebie moim samobójstwem i jednocześnie z deklaracją milczenia. Wybacz mi to.
Boże, świadomość rozświetla się z każdą minutą.
Moje drzewo, które namalowałam przed aborcją – samobójstwem, kula ognista w korzeniach, rozszczepiająca drzewo – schizofrenia od początku istnienia! Śmierć od początku istnienia!
Chciałam to drzewo przestać Tadeuszowi, ale wtedy był „moim ojcem”.
Spośród trzech możliwych dróg, Tadeuszu: samorozwoju, samobójstwa, schizofrenii, wybrałam dwie – samobójstwo i schizofrenię. I ostatecznie, w psychozie, popełniłam samobójstwo.
Dlaczego tak się stało?
Byłam swoją matką i ojcem, i bratem, i nie było mnie. Mój cień mnie zniszczył, bo nie chciałam się z nim zintegrować, broniłam się przed nim zaciekle. I była to walka na śmierć i życie. I wzięłam z matki aborcję siebie, zamiast wybrać życie dane mi od ojca. Żyłam w piekle, wszystko robiłam, by się unicestwić, dlatego nie mogłam sobie poradzić z narkomanią, mimo że byłam w abstynencji, miałam „duszę narkomana", zależną od gestu matki, która jednym cięciem skalpela mogła mnie zniszczyć. I tak ja wycinałam siebie po kawałku, wyrostek, migdały, wreszcie jajniki, a kiedy nie udało mi się dobić ani operacjami, ani narkotykami, ani alkoholem, więc zrobiłam to ostatecznie.
Milczenie tak okrutne wobec siebie, tak jak ojciec milczał wobec mnie, a kiedy się odzywał, dopełniał aktu zniszczenia moralnego.
Gwałt, kiedy miałam 16 lat, chodziłam z chłopakami, miałam szansę stać się kobietą, lecz po gwałcie wszystko się we mnie zamknęło.
Wybacz, Czytelniku, pewien chaos w zapisie, pragnę wiernie odtworzyć krok po kroku etapy mego przebudzenia, jakże cennego, bez terapeutów, bez leków. Wszystko stało się dzięki poruszeniu podświadomości i mojej w końcu gotowości pracy nad sobą.
Powoli odkrywałam prawdę, oddzielałam od kłamstwa, od zafałszowania mechanizmami obronnymi. Pragnę wiernie w tekście odtworzyć autoanalizę. Dzień po dniu dowiadywałam się nowych rzeczy o moim życiu, przecież przeżytym, tylko zapomnianym.
Ewa miała wielu kochanków, a ja pozornie radziłam sobie z seksem i brakiem miłości. Akceptowałam, kiedy miała kochanka, nie była taka agresywna wobec mnie, nie raniła mocniej, jej tendencje do niszczenia mężczyzn słabły. I w końcu dwa lata temu, w sierpniu, spotkałyśmy się w łóżku. Nie był to akt homoseksualny. Nadal pragnę mężczyzny jako partnera, pragnę miłości mężczyzny i pragnę kochać.
Zostałyśmy kochankami na miesiąc. Już wtedy chciałam się zabić, jednak miałam przed sobą obóz higieny psychicznej i mówiłam sobie – może tam się uratuję. Jak było na obozie, wiesz, zrobiłeś wszystko, by mnie podnieść, wyczułeś, że jestem na skraju przepaści.
Po obozie powróciłam do mego cienia – Ewy, dręczyła mnie swoją agresją, chociaż czasami potrafiłam się obronić.