W każdym razie w seminarium radziliśmy sobie z tym problemem na różne sposoby. Na pewno „najłatwiej” mieli ci, którzy pogodzili się z samogwałtem oraz żyjący w parach. Tych ostatnich niewątpliwie dobijało ciągłe ukrywanie się ze swoimi uczuciami. Te dwie grupy najczęściej „dogadzały” sobie w łaźni seminaryjnej. Kiedy wieczorami przed zamknięciem gasiłem tam światło widziałem zawsze strugi spermy na ściankach kabin prysznicowych, a w powietrzu unosił się mdły zapach męskiego nasienia zmieszany z unoszącą się parą. Z pewnością większość z nas starała się przynajmniej ograniczać te praktyki Ojcowie duchowni grzmieli na konferencjach, że najczęściej wyznawanym grzechem na kleryckich spowiedziach jest grzech samogwałtu. Wielu (w tym również ja sam) próbowało przytłumić jakoś popęd natury przez ćwiczenia fizyczne – kulturystykę, grę w tenisa, siatkówkę, biegi itp. Okazywało się to jednak na dłuższą metę niemożliwe. Być może byli i tacy, którzy – czy to siłą woli, czy też przez wejście na wyżyny życia duchowego – potrafili niejako złożyć ofiarę z siebie, ze swojego seksu i wytrwać przez lata w czystości. Podobno nie ma takiego, który by ani razu nie upadł, ale na pewno wielu próbowało.
Biskupi i nasi przełożeni mieli również inne, wspólne problemy. Jednym z nich była ciągła obawa o inwigilację seminarium ze strony władz komunistycznych. Obawiano się zwłaszcza agentów wśród samych kleryków. Były to obawy w pełni uzasadnione. Znane są udokumentowane przypadki działania takich agentów, którzy byli celowo kierowani na studia seminaryjne, a także takich, których werbowano spośród alumnów. Nasi przełożeni często ostrzegali nas przed „judaszami” – wilkami w kleryckiej skórze. Nierzadko przypisywano im różne numery ciężkiego kalibru, np. wspomniany napis na drzwiach garażu rektora. Faktem jest, że służba bezpieczeństwa dysponowała w tym czasie teczkami na każdego biskupa, profesorów seminarium, wielu księży i kleryków. Z tych kleryckich teczek czerpano później dane tworząc tzw. hak. Często była to znajomość z dziewczyną, jakaś wpadka na spacerze, a nawet obecność na wiejskiej zabawie, np. w czasie wakacji. Agenci bezpieki śledzili po prostu kleryków, zwłaszcza tych bardziej podejrzanych. Kiedy wyśledzili już coś, ich zdaniem niestosownego, zgłaszali się z takim hakiem do delikwenta proponując pójście na współpracę. Oczywiście w przypadku odmowy istniała realna groźba ujawnienia kleryckich grzechów władzom uczelni. Tak też nie raz się zdarzało. Podobną praktykę haków stosowano również w odniesieniu do księży diecezjalnych. Odmowa współpracy miała wówczas swój finał u biskupa ordynariusza, który otrzymywał stosowny donos. Nasi przełożeni dobrze wiedzieli o pozyskiwaniu informatorów dla S.B. spośród kleryków. Stąd też zapewniali nas, że jeśli nie damy się zwerbować, to nawet ciężkie przewinienia ujawnione przez bezpiekę będą nam darowane. Ja sam również miałem rozmowę z funkcjonariuszem służby bezpieczeństwa i poczułem smak jego agitacji.
W czasie wakacji, po pierwszym roku studiów, pewnego dnia do domu rodziców przyszedł pan „po cywilnemu”. Przedstawił się, że jest z milicji i chciałby ze mną porozmawiać. Zaprosił mnie na spacer do pobliskiego parku. Już na samym początku zaczął przechwalać się swoją znajomością środowiska seminaryjnego, regulaminu, wreszcie samych przełożonych i profesorów. Powoli przechodził przy tym od informowania do zasięgania informacji. Interesowali go zwłaszcza moderatorzy i profesorowie – czy nie wzywają do postaw i zachowań antypaństwowych? – czy nie szkalują władzy ludowej? itp. Już po kilku minutach zapytałem o sens rozmowy na takie tematy, a później odmówiłem udzielania jakichkolwiek informacji i chciałem wracać do domu. Na to on rozpoczął rozmowę na mój temat. Pytał, czy chcę naprawdę zostać księdzem. Okazało się, że życzy mi tego z całego serca, ale obawia się, iż mogę nie dotrwać do końca studiów gdyż obracam się w złym towarzystwie. I to był właśnie jego hak. Chodziło mu o to, że odwiedzam czasami, będąc w rodzinnej parafii, swojego dawnego kolegę (tego, z którym byłem na Mazurach i omal się nie utopiłem). Jacek wyraźnie nie podobał się mojemu rozmówcy. Był dla niego tzw. niebieskim ptakiem – nie pracował, nie uczył się; miał opinię lekkoducha i podrywacza. Wszystko to było prawdą. Prawdą jednak było i to, że ja miałem do chłopaka słabość. Znaliśmy się od dziecka. Razem jeździliśmy zawsze na ryby, jeszcze w podstawówce. Odpoczywałem w jego towarzystwie, wspominając dawne, zwariowane eskapady. Wysłuchałem wiec cierpliwie milicjanta i oznajmiłem mu twardo, że nie ma się czego obawiać. Ja, dzięki Bogu, uczę się i to nieźle, a na randce z dziewczyną nie byłem już parę lat. Mój rozmówca wydawał się nie być zaskoczony taką reakcją. Prosił mnie tylko na wszystko, żebym podpisał mu chociaż jedno zdanie – że przeprowadzał ze mną rozmowę. „To dla moich przełożonych, formalność” – zapewniał. Nieopatrznie podpisałem, ale nie miałem nigdy z tego powodu żadnych nieprzyjemności. Było mi trochę żal tego milicjanta, który z tak żałosnym hakiem postanowił zwerbować agenta.
Bez wątpienia moim największym przeżyciem w Seminarium Włocławskim było przywdzianie szaty duchownej czyli tzw. obłóczyny. Niektórzy nazywają nawet to wydarzenie pierwszymi święceniami. To szumne określenie tłumaczyć może imponująca oprawa zewnętrzna samej uroczystości obłóczyn, a także to wszystko, co niesie ze sobą zmiana wizerunku kandydata na księdza. Uroczyste, pierwsze założenie sutanny następuje na samym początku trzeciego roku i kończy tym samym dwuletni okres prób i przygotowań intelektualnych i duchowych. Jest to również pewne uwieńczenie studiów z zakresu wiedzy filozoficznej. W praktyce wygląda to tak, że kończą się wykłady z dziedzin filozofii – historia filozofii, metafizyka, teoria poznania i in., a zaczyna się cała teologia (nauka o Bogu), czyli podstawa wykształcenia każdego księdza. Student teologii powinien chodzić w szacie duchownej, która czyni go osobą duchowną. Zmienia się radykalnie jego pozycja w środowisku kleryckim, a zwłaszcza w rodzinnej parafii, gdzie pierwszy „występ” w sutannie przeżywany jest szczególnie głęboko.
Na uroczystą Mszę Świętą z obłóczynami zjeżdżają do katedry rodziny i znajomi. Delegacje parafian, zwłaszcza z południowych stron kraju, zajmują często kilka autokarów. Od rana – poruszenie i bieganina w całym seminarium – mycie, golenie, czyszczenie butów i garniturów, oczekiwanie na najbliższych. Wreszcie formuje się przed gmachem dwurzędowy orszak jeszcze portugalczyków – wychuchanych, wypachnionych, wbitych w ciemne garnitury. Każdy z nich trzyma przed sobą na wyciągniętych rękach specjalnie złożoną, nowiutką, czarną sutannę. Niejedni rodzice wydali ostatnie zaskórniaki żeby ich syn mógł chodzić od dzisiaj w „nowej kracji”. Materiał, oryginalne guziki z końskiego włosia, a zwłaszcza samo uszycie u specjalnego krawca – to wydatek grubo ponad tysiąca złotych. Orszak rusza wreszcie w stronę katedry. Przechodzi przez główną nawę przy blasku fotograficznych fleszy i szumie kamer video. Wielka, gotycka katedra jest tego dnia wypełniona po same brzegi, ale dla nich – dzisiejszych bohaterów jest przygotowane miejsce przy samym ołtarzu. Oni sami są podekscytowani i głęboko wzruszeni. Szukają wzrokiem, nie mniej wzruszonych rodziców i bliskich. Dźwięk dzwonka oznajmia, że z zakrystii wyrusza procesyjnie sam biskup ordynariusz w otoczeniu asysty. Na początku kleryk z kadzielnicą, następny z krzyżem, akolici ze świecami, lektorzy, kantorzy, ceremoniarze, a na końcu błyszczy złota, wysoka mitra biskupa w otoczeniu dwóch diakonów. Przechodzą przez całą katedrę. Biskup po drodze błogosławi zgromadzony lud, a gdy dochodzą do ołtarza – całuje go wraz z diakonami, okadza i rozpoczyna uroczystą Mszę Świętą. Wszystko tego dnia jest podniosłe i uroczyste. Wzruszają słowa w kazaniu pasterza diecezji i łzy matek, gdy zaraz potem ich synowie wypowiadają wspólnie tekst ślubowania. Zobowiązują się w nim do godnego noszenia szaty duchownej i obrony dobrego imienia Kościoła. Następnie biskup kropi sutanny wodą święconą, a ich właściciele nakładają je na siebie przy pomocy starszych kolegów.