Jednym z podstawowych celów wychowawczych w formacji moralnej było wychowanie kleryka – przyszłego księdza – do ubóstwa. W dzisiejszym, zmaterializowanym świecie, ubóstwo – jako cel sam w sobie – nie ma racji bytu. Jednak dla idei kapłaństwa służebnego i zdecydowanego pójścia za Chrystusem, ubóstwo materialne ma swój sens i co najważniejsze – jest osiągalne, jak nam ukazują konkretne przykłady. Oczywiście trudno jest przekonać dwudziestolatka, choćby nie wiem jakie miał powołanie, że ma chodzić w podartych spodniach czy dziurawych butach. Nie o to zresztą chodzi. Ksiądz nie powinien (i tu wszyscy są zgodni) przywiązywać się zbytnio do dóbr materialnych. Nie wolno mu traktować swojej parafii jak dochodowego folwarku, a parafian jak dojne krowy. Niestety, często tak to właśnie wygląda w praktyce. Do tego tematu jeszcze powrócę. Tymczasem chciałbym sięgnąć do przyczyn takich postaw wśród kleru. Źródeł takiego stanu rzeczy trzeba upatrywać właśnie w błędach wychowania seminaryjnego. Jeśli chodzi o tzw. wychowanie do ubóstwa to funkcjonuje tutaj, jak w niemal całej formacji przyszłych kapłanów, ciągła rozbieżność słów z czynami, oczekiwań z efektami, a wszystko w końcu sprowadza się do pobożnych życzeń. Pustosłowie i brak „żywych przykładów dla stada” – o czym mówił Jezus, nie może owocować.
Seminarium to szkoła życia, to miejsce gdzie kształtują się sumienia, serca i charaktery młodych ludzi, którzy po kilku latach staną się autorytetami moralnymi dla rzesz wiernych. Dla wielu z nich kapłan jest wciąż niemal wyrocznią. Ludzie tracąc zaufanie do zgniłego, zmaterializowanego świata; pełnego nienawiści, kłamstwa i wyzysku – zwracają się w stronę Boga i Jego sług, księży. Chcą usłyszeć, że życie jest więcej warte niż dom ich marzeń, którego nigdy nie wybudują; najnowszy mercedes, którego nigdy nie kupią. Ludzie chcą to usłyszeć, ale w rzeczywistości chodzi im o to, aby zobaczyć na własne oczy, że można żyć inaczej – bez chciwości, zdzierstwa i oszustwa. Chcą się przekonać, że są inni ludzie, którzy znajdują radość w dawaniu, a nie w braniu; szczęście – w służeniu potrzebującym i pokrzywdzonym; sens życia – w miłości Boga i bliźniego. Wierni Kościoła mają prawo oczekiwać takiej postawy od swoich kapłanów! Nie mogą wymagać od nich świętości, nieomylności, skrajnego ubóstwa, biczowania się czy innych umartwień, a tym bardziej życia niezgodnego z ludzką naturą – czystości, celibatu, bezdzietności. Mają jednak prawo i powinni żądać od uczniów Chrystusa – uczciwego życia, w którym dominują wyższe wartości.
Cały dylemat polega jednak na tym, że młody człowiek przychodząc do seminarium i poznając stopniowo realia panujące w kręgach duchowieństwa – nie znajduje dla siebie wzorców godnych naśladowania, a żywy przykład ma w tym przypadku znaczenie decydujące. Biskupi, księża w parafiach, a zwłaszcza przełożeni i profesorowie w seminarium, na których spoczywa największa odpowiedzialność – swoim postępowaniem udowadniają coś wręcz odwrotnego. Ich zachowania demaskujące filozofię życiową, wskazują na to, że oni – w odróżnieniu od Jezusa – nie przyszli do biednych i potrzebujących, ale do bogatych i wpływowych. Współcześni uczniowie Pana wolą politykować i rządzić niż duszpasterzować swoim owczarniom. Zastrzegam, iż ta bardzo negatywna opinia nie dotyczy wszystkich księży w Polsce, ale z całą pewnością – większości z nich.
W każdym seminarium duchownym (tak było również we Włocławku) jest przynajmniej kilkunastu kleryków pochodzących z innych diecezji oraz przeniesionych z innych seminariów. Wymiana poglądów na powyższe tematy była więc nieunikniona i przekonywała nas o tym, że Kościół jest rzeczywiście powszechny i wszędzie dzieje się podobnie. Nie każdy znajduje w sobie dość siły aby wyrwać się z obowiązujących schematów i zwyczajów. Księża żyjący skromnie pod względem materialnym uważani są za dziwaków i traktowani przez swoich współbraci z przymrużeniem oka. W czasie 6-ciu lat studiów klerycy wysłuchują setki konferencji moderatorów, ojców duchownych i rekolekcjonistów na temat konieczności życia w ubóstwie.
Kiedy byłem na drugim roku, nasz ksiądz rektor – Marian Gołębiewski (dzisiejszy biskup) wygłosił przez parę miesięcy cały cykl wykładów na ten temat. Każdego wtorku całe seminarium zbierało się w ogromnej auli aby słuchać, przez co najmniej godzinę – naprawdę mądrych, przemyślanych i popartych przykładami wywodów księdza rektora. Nasz zacny, jak go nazywaliśmy – Ezechiel, nie ustrzegł się jednak od pewnych niedorzeczności Jedna z takich „wpadek” została skwitowana salwą śmiechu. Mianowicie ksiądz rektor, jedną ze swoich dłuższych wypowiedzi, skonkludował tym, że księdzu – zwłaszcza wikariuszowi – w ogóle nie potrzebny jest samochód (sam jeździł wtedy peugeotem). Polecał natomiast kupno roweru – bo trzeba jednak, zwłaszcza w wiejskich parafiach kolędować i dość często spieszyć z posługą kapłańską do chorych oddalonych o wiele kilometrów czy też do sal katechetycznych. Pieniądze, za które księża kupują „zachodnie wozy” radził przeznaczyć na porządny, długi kożuch – aby przetrwać ciężkie zimy w nieopalanych kościołach i zimowe kolędy. Przed naszymi oczami pojawił się obraz księdza przemierzającego na rowerze śnieżne zaspy, ubranego w długi, ciężki kożuch. Ta rewolucyjna wizja, jakże odmienna od realiów panujących w tzw. terenie – tyleż samo utopijna i nierealna co komiczna – wywołała niepohamowany ogólny śmiech. Po niespełna tygodniu od wspomnianej konferencji, ksiądz rektor przyprowadził prosto z salonu najnowszy model nissana w kolorze srebrny metalik. Zakończył tym faktem swój kilkumiesięczny cykl konferencji na temat ubóstwa. Może doszedł do wniosku, że jest za stary na jazdę rowerem, choć miał dopiero 50 lat, albo że rower mu się nie przyda – bo nie pracuje na wiejskiej parafii. Obawiam się jednak że nie zastanawiał się nad tym co zrobił. Obchodził niedawno 25-cio lecie kapłaństwa. Miał więc bardzo dużo czasu aby przyzwyczaić się, że w Kościele – jak w życiu: mówi się swoje i robi się swoje. W każdym razie w kożuchu nigdy go nie widziałem.
Mógłbym mnożyć podobne przykłady na to, jak faktycznie przebiegała formacja duchowa kleryków i ich wychowanie do ubóstwa. Nasi przełożeni zdawali się o tym nie wiedzieć, ale do nas przemawiały tylko żywe przykłady – to one formowały i wychowywały; niestety – najczęściej gorszyły i zniechęcały. Różne były nasze reakcje na takie podwójne wychowanie. Większość przejęła w końcu filozofię przełożonych i uznała dwulicowość za konieczny atrybut kapłańskiego życia. Inni, po cichu się buntowali. Jeszcze inni próbowali usprawiedliwiać nasze „wzory życia kapłańskiego”. Bardzo rzadko ktoś odważył się na jakąś formę sprzeciwu. Osobiście pamiętam tylko jeden taki drastyczny przypadek. Dotyczył on właśnie przedstawionej wcześniej historii Otóż jeden z kleryków, po tym jak ksiądz rektor sprawił sobie nowego nissana, uznał to zapewne za przegięcie i w nocy na garażu Ezechiela napisał wielkimi literami – „UBÓSTWO”!!!
Były jeszcze dwie inne sprawy, o których chciałbym wspomnieć, a które miały również negatywny wpływ na szerzenie ubóstwa wśród braci kleryckiej. Jak już wcześniej zaznaczyłem, seminarium utrzymywało się z czesnego, które płacił każdy z nas, a także z ofiar zbieranych przez nas w parafiach. Kilka razy w roku, w wyznaczone niedziele przydzielano nam parafie do których jechaliśmy z pomocą i po pomoc. Diakoni z 6-tego roku głosili kazania, akolici – rozdzielali Komunię, a wszyscy mieli obowiązek zebrać tacę na seminarium. Po wszystkich niedzielnych Mszach zebrało się tych ofiar, w zależności od wielkości parafii, od kilkuset złotych do kilku tysięcy (nowych złotych). Bardzo rzadko pieniądze te były liczone w obecności proboszcza parafii. Zazwyczaj cały worek „moniaków” dawano nam do ręki. Było w tym z pewnością wiele, godnego podziwu, zaufania. Jednak w konsekwencji praktyka przyczyniła się do mimowolnej, z pewnością niezamierzonej deprawacji wielu z nas a zwłaszcza) którzy mieli w domu trudną sytuację finansową, „odbijali sobie” przy tej okazji płacone czesne i nie tylko. Podejrzewam, że w mniejszym lub większym zakresie, brali niemal wszyscy. Kilku przyznało mi się do tego w zaufaniu, a wielu mówiło o tym, już na luzie, po święceniach.
Drugim, podobnym problemem były dary z zachodu, które w latach 80-tych przychodziły masowo do kurii biskupich, oddziałów caritasu, seminariów i parafii. Niewielu ludzi w Polsce, chyba oprócz celników, zdaje sobie sprawę jak ogromne ilości różnych produktów zalewały wtedy wszystkie instytucje Kościoła. Ubrania, lekarstwa, sprzęt medyczny, a przede wszystkim produkty żywnościowe wypełniały wszystkie magazyny, piwnice, sale katechetyczne, garaże itd. W seminarium, niemal każdego dnia rozładowywaliśmy po parę kontenerów najróżniejszych towarów. Księża diecezjalni, przyjeżdżający z parafii, nabijali po dachy swoje samochody. Niektórzy nawracali po kilka razy dziennie. Aż prosiło się, żeby nadwyżki towarów od razu kierować do domów dziecka, szpitali czy szkół (dużą część darów stanowiły słodycze, ubranka dziecięce i lekarstwa), jednak „władza duchowna” postanowiła inaczej. Zapewne nie chciano ujawniać skali zjawiska. Rozprowadzano jedynie niewielką część leków do miejskiego szpitala i nadwyżki żywności do punktów caritasu. To, czego nie mogły pomieścić żadne pomieszczenia parafii zostawało w seminarium. W czasach, kiedy półki w sklepach spożywczych zajmował ocet i musztarda, a mamy robiły swoim dzieciom słodycze z palonego na patelniach cukru – w magazynach naszego gmachu psuły się rarytasy, o których wszyscy mogli tylko marzyć. Podstawowe produkty spożywcze, takie jak: mąka, kasza, cukier, ryż, masło, zupy i mleko w proszku – stanowiły podstawę naszego wyżywienia. Nie wiadomo tylko gdzie podziewały się wielkie szynki i inne konserwy mięsne, których przychodziły całe kartony. Większość z zachodnich produktów, które trafiały na nasze stoły, była niestety nieświeża, gdyż trzymano je zbyt długo, często w nieodpowiednich warunkach. Mieliśmy swoje własne określenia na różne przeleżałe specjały, np. żółty, cuchnący już ser ochrzciliśmy „reganem”, choć dawno rządził już Bush itp. Duża część żywności psuła, się bezpowrotnie. Wywożono ją wieczorami do lasów i zakopywano. Żal było patrzeć na ciężarówki wypełnione zepsutym, deficytowym towarem. Klerycy pracujący przy rozładunku kontenerów otrzymywali zwykle jakieś „podziękowanie”. Najczęściej był to karton batonów lub czekolad. Dziekani – najważniejsi klerycy na poszczególnych rocznikach, wyznaczali takich tragarzy, niestety często „po znajomości”.