Выбрать главу

Po godzinie cała niewielka trójkątna polana została dokładnie przekopana. Znaleziono ciała czterech kobiet. Gdzieniegdzie na próbę kopano głębiej, ale nic więcej nie odkryto.

Cztery zmarłe. Jedna całkiem niedawno, druga wcześniej, choć jeszcze tej samej wiosny, dwie pozostałe musiały leżeć w tym miejscu przez całą zimę. Jedna prawdopodobnie od jesieni, druga od lata.

Kim były? Skąd pochodziły? Kto pozbawił je życia i w jaki sposób?

Mattias i Kaleb stali wraz z ludźmi z Lipowej Alei nad ostatnim znaleziskiem, kiedy przywołał ich wójt. Pochylał się nad zwłokami kobiety, którą zamordowano najpóźniej.

Podeszli bliżej.

– Zobaczcie! – mruknął wójt. – I co wy na to?

Odrzucił wcześniej ziemię z jednej ręki ofiary i teraz sięgnął po znajdujący się tam brudny sznur.

– Był owinięty wokół jej dłoni – stwierdził.

Sznur był długi. Wójt uniósł rękę, a jeszcze spora część sznura leżała na ziemi.

Are ujął go w dłonie.

– Węzły – mruknął.

– Różne sznurki – powiedział wójt. – Dziewięć różnych sznurków. A więc to z taką ohydą mamy do czynienia!

Wszyscy poczuli się nieswojo.

– Zatrzymajcie to odkrycie dla siebie – powiedział Are stanowczo. – Jeśli ludzie się dowiedzą, histeria opanuje całą wioskę. Mieliśmy tu już dość procesów czarownic, więcej tego nie chcemy! Wystarczy nam wasz wilkołak.

– Ale mamy przecież niezbity dowód – oponował wójt. – A wczoraj w sąsiedniej wiosce schwytaliśmy czarownicę! Naprawdę mamy do czynienia z czarną magią!

– Tak. I dokładnie zbadamy tę sprawę. Jutro! Dziś wieczorem nie powinniśmy uczynić niczego, co sprawi, że ludzie podejmą działania na własną rękę. Wystawcie tu na noc straże, a pozostałych odeślijcie do domów!

Wójt zacisnął usta, ale poddał się.

Zapadła już noc, kiedy wielka gromada zaczęła schodzić łąkami w dół ku wiosce.

Jaspera nie było z nimi. Jego maleńka zagroda leżała głęboko w lesie, daleko od miejsca wydarzeń, tak że nie był świadkiem całego zamieszania. Wszyscy jednak pamiętali, że jest nieuleczalnym kobieciarzem.

Nattmann także się nie pokazał.

Gromada zaczęła się rozdzielać, ludzie po kolei rozchodzili się do domów, by wrócić tu nazajutrz.

Tak przynajmniej się wydawało. Nie wszyscy jednak udali się na spoczynek. W mroku krążyły ciemne sylwetki. To ci, którzy nie wiedzieli nic o sznurze czarownicy. Mieli swoje plany. Zaczaili się na rozstajach na nową ofiarę: Nattmanna.

Teraz nareszcie mieli okazję wyładować złość na znienawidzonym pomocniku kata. Któż lepiej pasował do roli wilkołaka? A poza tym… Czy może nie mieszkał najbliżej polany?

Dłonie „sprawiedliwych” mężczyzn i kobiet z wioski zakryły usta Nattmanna, by stłumić jego krzyki.

Nikt nie widział, co stało się na rozstaju dróg, gdzie spłynęły kłębki wieczornej mgły, by odtańczyć taniec elfów.

Nazajutrz wczesnym rankiem Andreas, który szedł do kowala podkuć konia, znalazł w przydrożnym rowie mężczyznę w pożałowania godnym stanie.

Natychmiast rozpoznał kaciego pomocnika, chociaż ten był straszliwie zmasakrowany. Andreas pochylił się nad leżącym, próbując go nieco unieść.

– Biegnij, sprowadź wóz – nakazał towarzyszącemu mu parobkowi. – Kołacze się w nim jeszcze resztka życia. Potem zaprowadzisz konia do kowala i pójdziesz do Mattiasa. Poprosisz, żeby przyszedł do chaty na skraju lasu. Ja odwiozę Joela Nattmanna do domu.

W oczekiwaniu na parobka i wóz Andreas przysiadł na trawie i przyglądał się leżącemu obok nieszczęśnikowi.

Jego myśli były pełne smutku.

To, co wczoraj znaleziono w dłoni zabitej kobiety, poruszyło wszystkich w jego rodzinie. To oczywiste, że tak bardzo byli czuli na tym punkcie. Na razie wiedział o tym tylko wójt, ale kiedy plotka rozniesie się po wsi…

Andreas spojrzał na Joela Nattmanna. Pewne było, że niegodziwego uczynku dokonano dziś w nocy, podobnie jak to, że miało to związek z makabrycznym odkryciem na leśnej polanie. Ludzie znaleźli kozła ofiarnego – kogoś, na kim łatwo było się zemścić. Ale nastawienie ludzi zmienia się bardzo szybko. Jeśli tylko upatrzą sobie nową ofiarę, będą gotowi do następnych bestialskich czynów.

To dopiero początek, pomyślał. To dopiero początek…

ROZDZIAŁ II

Hilda córka Joela weszła do małej, ciemnej chaty, zakończywszy poranny obrządek w oborze. Zabrało jej to niewiele czasu, ponieważ mieli tylko jedną krowę i trzy kury. I kota, służącego im na swój koci sposób.

Zmieniła fartuch, który nosiła w oborze, na sukienkę, opłukała twarz i dłonie w drewnianej balu. Poruszała się powoli, jakby nieobecna duchem, także podczas sprzątania izby, która była jednocześnie bawialnią, kuchnią i jej sypialnią. Jedyną dodatkową komorę zajmował ojciec.

Spostrzegła, że nie wrócił jeszcze do domu. Dzień wcześniej przysłano po niego z sąsiedniej wioski, gdzie trzeba było pogrzebać padłe sztuki bydła. To również należało do obowiązków hycla. Liczył, że wróci do domu wieczorem, ale widocznie nie zdążył.

Na miejsce fiołków, stojących dotychczas na stole, Hilda wstawiła kilka pierwiosnków.

Dzisiaj są moje urodziny, pomyślała. Może upiekę ciasto, żeby to jakoś uczcić?

Nie, nie upiekę.

Robiła tak, kiedy była młodsza, ale odkąd ojciec zaczął jej wypominać rozrzutność, zrezygnowała nawet z tej odrobiny przyjemności.

A w ogóle dwadzieścia siedem lat to żaden powód do radości. Najlepiej zapomnieć o swoim wieku.

Jej palce ostrożnie dotykały delikatnych płatków kwiatów. Pogrążyła się w myślach.

Lata upłynęły, odeszły donikąd. Zniknęły bez śladu. Kiedyś miała jeszcze marzenia. Tęskniła. Płakała w samotne noce.

Teraz już nie płacze. I z marzeniami się pożegnała.

Znów przypomniały jej się słowa matki, wypowiedziane na łożu śmierci: „Zostań z ojcem, Hildo! On ma teraz tylko ciebie. Bądź dla niego dobrą córką!”

Hilda przyrzekła to umierającej i naprawdę starała się dotrzymać obietnicy. Tylko że czasami było jej bardzo trudno, bo ojciec nigdy ale był zadowolony. Nie dostrzegał, kiedy przystrajała dom najpiękniej jak umiała, nie zwracał uwagi na codzienną troskliwość. Natomiast jeśli kończyło się piwo lub gorzałka, obsypywał ją wyzwiskami i nie mógł pojąć, dlaczego jego córka jest takim niedbaluchem.

I wszystkie te narzekania, które przez całe dnie mełł w ustach, nieustannie powtarzając, co ten czy tamten powiedział, jak pogardliwie na niego spojrzał. I groźby, że on im jeszcze pokaże. Przeżuwał dawne upokorzenia niczym stare, dawno wyschłe kości. To samo, cały czas to samo, i jeszcze nowe krzywdy. A Hilda musiała pokornie wysłuchiwać. Jeśli zdarzyło się jej przytaknąć lub zaprzeczyć w nieodpowiednim momencie, ojciec wpadał w złość i gniewał się przez wiele dni, wytykając jej coraz to nowe wady.

Hilda stała nieruchomo, zatopiona w myślach. Obietnica złożona matce była dla niej rzeczą świętą, nigdy nie dopuszczała do siebie myśli, by ją złamać. Ale…

Jej myśli powędrowały w przeszłość, do lat, które upłynęły w beznadziejnej szarości. Szare, wszystkie takie szare…

Uśmiechnęła się gorzko na pewne wspomnienie. Ojca odwiedzał kiedyś kolega po fachu, hycel z Christianii. Brudny, podstarzały, o odrażającym wyglądzie.

Czy ona w swej samotności przez pewien czas nie myślała o nim wieczorami? Ponieważ był żywą istotą; jedynym mężczyzną, którego dane jej było ujrzeć w ciągu wielu lat…

Jakże ubogi może stać się człowiek…

Hilda nie miała lustra, nie było nawet szyby, w której mogłaby się przejrzeć. Pozostawała tylko sadzawka w dolinie. Nie wiedziała więc dokładnie, jak naprawdę wygląda. Kiedy miała osiemnaście lat, uważała, że nie najgorzej. Teraz nie przeglądała się już w sadzawce.