Выбрать главу

Srebrny człowiek znikł z pola widzenia. Wszedł do śluzy.

Dobrze. Teraz zamknąć linię, odczekać… nie ma czerwonych obwódek? Otworzyć wewnętrzne drzwi. Powietrze ze świstem wtargnęło do śluzy. Srebrny człowiek wszedł do monta, podał miotacz Anthonowi i sięgnął do hełmu.

W głębi duszy Lawri miała nadzieję na bunt ze strony najtwardszego z żołnierzy Floty, ale nadzieja ta rozwiała się, kiedy srebrny człowiek odsłonił twarz. Oczywiście, Mark był karłem; rysy miał wprawdzie masywne i brutalne, ale teraz szczęka opadła mu miękko, oddychał szybko i był śmiertelnie blady z przerażenia. Rozbieganymi oczami szukał w kabinie jakiegoś punktu zaczepienia.

— Minya?

— Cześć, Mark — odpowiedziała ciemnowłosa kobieta. Mówiła bezbarwnym głosem, a jej twarz miała wrogi wyraz.

Mark smutno skinął głową. Dopiero teraz rozpoznał Lawri.

— Witaj, Asystencie Uczonego. Co słychać?

— Jesteśmy w rękach buntowników — odparła Lawri. — Wolałabym, żeby umieli lepiej latać tym, co ukradli.

Pierwszy oficer buntowników powiedział:

— Witaj w Plemieniu Quinna jako obywatel. Plemię Quinna nie trzyma manusów. Jestem Clave, Przywódca. A ty kim jesteś?

— Flota, człowiek i zbroja. Mam na imię Mark. Obywatel nie brzmi tak źle. Dokąd lecimy?

— Chyba nikt nie wie. Wiesz co, Mark, nie ufamy ci tak do końca, dlatego przywiążemy cię do krzesła. To musiała być niezła przejażdżka. Może rzeczywiście jesteś zrobiony z gwiezdnej substancji.

Mark pozwolił podprowadzić się do pustego fotela.

— Biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, chyba jednak wolę lecieć w środku. Chyba nie uderzymy w Golda, co?

Ale się zrobił spokojny! — pomyślała Lawri z obrzydzeniem. Poddał się buntownikom! Czy oni naprawdę zwyciężą?

I nagle nabrała pewności, że nie. Nie zwyciężą.

Ale zatrzymała to dla siebie.

Clave naliczył dziesięć foteli i trzynastu obywateli, w tym jeden martwy. Koń nie potrzebował fotela, podobnie jak trójka gigantów. Przeciwnie! Nawet jednak obszerna przestrzeń ładowni była zatłoczona.

Obywatele wydawali się dość spokojni. Clave domyślił się, że są zmęczeni i zbyt oszołomieni, żeby odczuwać lęk. On sam też tak to odbierał. Większość z nich — nawet człowiek w srebrze — wyglądała przez okno.

Niebo było prawie czarne i usiane tysiącami srebrnych punktów. Asystent Uczonego przerwała ponure milczenie, żeby powiedzieć:

— Słyszeliście o nich przez całe życie. Gwiazdy! Mówiliście o nich, nawet nie wiedząc, o czym mówicie. Cóż, oto i one. Umrzecie, ale przynajmniej zobaczyliście gwiazdy.

Rzeczywiście, były realne i imponujące, choć takie małe. Clave całą uwagę poświęcił Błękitnemu Duchowi i Dziecku Ducha. Ich także nigdy nie widział. Parzyste wachlarze intensywnego fioletowego światła były wyraźne i przerażające. Znajdowały się wewnątrz Dymnego Pierścienia, przepływając przez jego otwór.

Anthon i Debby byli zajęci. Umocowali poncha i oczyszczone wędzone mięso łososioptaka do ścian ładowni. Teraz odcinali cienkie płaty mięsa.

Clave pamiętał, że podobnie czuł się w dniu, kiedy drzewo uległo zniszczeniu. Nie wiedział wystarczająco dużo, aby podejmować decyzje! Wtedy gotów był udusić Terma za ukrywanie informacji. Teraz…

Term przyglądał mu się niepewnie. Czy myślał, że Clave zaatakuje więźniów? Clave uśmiechnął się lekko. Odszedł na rufę i pomagał gigantom podawać do przodu skręcone płaty mięsa.

Teraz było inaczej. Clave nie był tu Przywódcą. Jeśli umrą, nie będzie to wina Clave’a.

Na pewno giganci z dżungli bardziej niż inni — bardziej niż Clave! — bali się monta, ale robili wszystko, aby przeobrazić go w dom. Gurdy z wodą zaczęły krążyć między fotelami… trzy gurdy, na oko dość płaskie. Clave zaczął się zastanawiać, czy mont na pewno ma zapas wody.

Miał właśnie o to zapytać, kiedy odezwał się Term:

— Gavving, możesz tu przyjść na chwilę?

W głosie Terma brzmiało zdenerwowanie. Anthon zauważył to, ale nie przerywał swojego zajęcia. Clave również. Jeśli ich pomoc będzie potrzebna, poproszą o nią.

Gavving przecisnął się pomiędzy Lawri i Termem. Wezwanie przyniosło mu ulgę. Opowieść Minyi trochę go zdenerwowała, potrzebował trochę czasu, żeby pozbierać myśli.

Term pokazał palcem.

— Widzisz czerwoną obwódkę wokół tej liczby?

— Jasne.

— Czerwony oznacza awarię. Ta liczba to powietrze w kabinie. Czujesz coś? Nie masz ataku alergii?

— Właściwie to ostatnia rzecz, o jakiej bym pomyślał. — Gavving wsłuchał się w swoje ciało… tak, uszy i zatoki nie były w porządku… oczy trochę swędziały. — Może rzeczywiście…

Żółta liczba zmniejszyła się o jedną dziesiątą.

— Asystencie Uczonego, proszę o komentarz.

— Napraw to sam, Jefferze-Uczony.

— Term, co to znaczy?

— Och, przepraszam, Gavving. Wokół nas nie ma powietrza. Powietrze z monta przesącza się chyba na zewnątrz… do, eee, przestrzeni kosmicznej. Wiesz, zauważyłem, że zwracam się do ciebie, kiedy mam problemy. Może ty coś wymyślisz.

Gavving przez chwilę trawił te słowa.

— Kiedy Clave powiedział…

— Clave nie powiedział, że mont ma ponad czterysta lat i równie dobrze może się zaraz rozlecieć.

— Jak przekładnie bicykli… w porządku, jaka jest opinia Asystenta Uczonego?

Lawri zniosła uważne, badawcze spojrzenia z zaciśniętymi ustami i oczami wbitymi w Gavvinga. Term uśmiechnął się i rzekł:

— Lepiej zapytaj ją o opinię na nasz temat.

Gavving nie musiał.

— Czterech wojowników wroga, sześciu zbuntowanych manusów, jeden trup, jeden człowiek Floty, który oddał broń.

Wyraz twarzy Lawri trochę się zmienił. Czyżby zapomniała o srebrnym człowieku? Jeśli dobrze rozumie myśli obcej dziewczyny… Warto spróbować.

— Ciekaw byłem tylko, czy jest na tyle dobra, żeby nas uratować, oczywiście, jeśli zechce. Nie mamy zbyt wiele czasu do stracenia.

Term skinął głową.

— Lawri, gdyby Uczony tu był, czy dałby radę nas uratować?

— Może, ale na pewno by tego nie zrobił!

— Klance nie uratowałby monta? — Term uśmiechnął się lekko.

Wzruszyła ramionami tak energicznie, jak jej na to pozwalały więzy.

— No dobrze. Monta może by uratował, gdyby mógł.

— Jak? — Nie odpowiedziała. — A ty możesz nas uratować?

Tylko uniosła brew. Gavving uznał, że ładnie jej z tym, ale powiedział tylko:

— Blef, Term. Musimy to naprawić sami. Uczony mówił ci o gazach, prawda?

— Obaj uczeni. A jeśli o to chodzi… tlen? Chyba pobieramy powietrze ze zbiornika tlenu, bo zbiornik wodoru jest pusty. I… wkrótce będziemy mieć paliwo. Mont rozdziela wodę na dwie frakcje paliwa, a jedna z tych frakcji to tlen, którym oddychamy. Przynajmniej mamy trochę czasu.

Gavving obserwował twarz jasnowłosej dziewczyny. Co ona wie? Czego pragnie? Jeśli chce, żeby wszyscy zginęli, to tak, jakby już nie żyli. Chyba jednak jest coś, czego nienawidzi bardziej niż buntu.

Wszystko zależy od tego, jak szybko Term weźmie się do roboty, co i tak by nie zaszkodziło. Trzeba zadawać głupie pytania, to czasami przynosi pożądany skutek.

— Czy można znaleźć przeciek? Podpalimy coś i zobaczymy, dokąd idzie dym.

— Tak! Dzięki temu inni też się o tym dowiedzą, a przy okazji spalimy trochę powietrza. No to jak?