– To zbyt mała próbka reprezentacyjna.
– Jo się nie zabiła. Dlaczego miałaby się zabijać?
– Powody by się znalazły. Życie niezbyt się jej ułożyło. Nie miała żadnych krewnych i bardzo niewielu przyjaciół. Cierpiała na bezsenność, nie czuła się szczęśliwa. A kiedy w końcu była bliska ukończenia wymarzonej szkoły pielęgniarskiej, okazało się, że jest w ciąży. Wiedziała, że jej kochanek nie będzie chciał tego dziecka, że nie może liczyć na jego pociechę i wsparcie.
Dowson gwałtownie zaprotestował:
– Ona nigdy nie oczekiwała od nikogo pociechy i wsparcia! To właśnie usiłuję panu powiedzieć. Spała ze mną, bo tak chciała. Nie jestem za nią odpowiedzialny. Nie jestem odpowiedzialny za nikogo. Za nikogo! Tylko za siebie. Wiedziała, co robi. Nie była małą dziewczynką, którą się trzeba opiekować.
– Jeśli sądzisz, że tylko ludzie bardzo młodzi i niewinni potrzebują pociechy i wsparcia, to myślisz stereotypami. A kiedy zaczynasz myśleć stereotypami, kończysz na ich wypisywaniu.
Chłopak rzekł chmurnie:
– Może. Ale tak uważam.
Raptem wstał i podszedł do ściany. Kiedy wrócił, trzymał w ręce duży, gładki kamień. Obły kształt pasował jak ulał do jego dłoni. Kamień był jasnoszary, nakrapiany jak jajko. Upuścił go na stół, gdzie kolebał się łagodnie przez chwilę, nim znieruchomiał. Dowson usiadł i pochylił się do przodu, z głową na rękach. Obaj wbili wzrok w kamień. Dalgliesh się nie odezwał. Nagle chłopak powiedział:
– Dała mi go. Znaleźliśmy go razem na plaży w Ventnor, na Isle of Wight. Pojechaliśmy tam w październiku. Ale pan to oczywiście wie. Dzięki temu pan mnie wytropił. Niech pan go podniesie. Jest zdumiewająco ciężki.
Dalgliesh wziął kamień do rąk. Był miły w dotyku, gładki i zimny. Wygładzony przez morze i krągły, przyjemnie wpasowywał się w dłoń.
– W dzieciństwie nigdy nie byłem nad morzem. Ojciec umarł, kiedy byłem małym chłopcem, a staruszka nie miała pieniędzy. Zawsze chciałem tam pojechać. Jo wymyśliła, że fajnie będzie wybrać się tam razem. W zeszłym roku w październiku było bardzo ciepło. Pamięta pan? Wzięliśmy prom z Portsmouth, oprócz nas płynęło tylko kilka osób. Wyspa też była pusta. Chodziliśmy na spacer z Ventnor do latarni morskiej, nie spotykając żywej duszy. Było tak ciepło i pusto, że można się było kąpać nago. Jo znalazła ten kamień. Uznała, że nada się na przycisk do papieru. Nie zamierzałem obciążać sobie nim kieszeni w drodze do domu, ale Jo i tak go wzięła. Później, kiedy wróciliśmy, dała mi go na pamiątkę. Chciałem, żeby go zatrzymała, ale powiedziała, że zapomnę o tych wakacjach o wiele szybciej niż ona. Rozumie pan? Umiała być szczęśliwa. Nie jestem pewien, czyja umiem. Ale Jo umiała. Tacy ludzie się nie zabijają. Wiedzą, jak cudowne potrafi być życie. Colette to wiedziała. Napisała o „zniewalającym i sekretnym związku z ziemią i wszystkim, co tryska z jej piersi”. – Spojrzał na Dalgliesha i dodał: – Colette była francuską pisarką.
– Wiem. I sądzisz, że Josephine Fallon umiała tak to czuć?
– Wiem, że umiała. Niezbyt długo i niezbyt często. Ale gdy była szczęśliwa, umiała się cieszyć całym sercem. Kiedy się raz pozna ten rodzaj szczęścia, człowiek się nie zabija. Póki się żyje, zawsze jest nadzieja, że to się powtórzy. Po co się pozbawiać tej nadziei?
– Żeby się pozbyć także bólu. W jakimś momencie to może być ważniejsze. Ale myślę, że masz rację. Nie wierzę, że Josephine Fallon popełniła samobójstwo. Uważam, że została zamordowana. Dlatego pytam, czy masz mi do powiedzenia coś jeszcze.
– Nie. W noc jej śmierci byłem na dyżurze w centrali. Dam panu adres. Pewno zechce pan sprawdzić.
– Z różnych powodów to mało prawdopodobne, aby to był ktoś, kto nie zna dobrze Nightingale House. Ale sprawdzimy twoje alibi.
– Proszę bardzo.
Oderwał róg gazety przykrywającej skrzynkę, wyjął ołówek z kieszeni i nagryzmolił maczkiem adres, dotykając niemal głową papieru. Później złożył ten skrawek, jakby przekazywał tajną wiadomość, i podsunął mu przez blat.
– Niech pan weźmie też ten kamień. Chciałbym, żeby pan go miał. Nie, proszę wziąć. Pomyśli pan, że jestem bez serca i nawet jej nie opłakuję, ale to nieprawda. Chcę, żeby pan znalazł tego, kto ją zabił. To już jej nic nie pomoże, ale naprawdę tego chcę. I bardzo mi przykro. Po prostu nie mogę pozwolić sobie na zbytnie zaangażowanie emocjonalne. Nie mogę się rozpraszać. Rozumie pan?
Dalgliesh wziął kamień do ręki i wstał.
– Tak – powiedział. – Rozumiem.
III
Adwokatem Josephine Fallon był Henry Urquhart z kancelarii Urquhart, Wimbush i Portway. Dalgliesh miał spotkanie z nim wyznaczone na dwunastą dwadzieścia pięć, co miało zapewne podkreślać, że każda minuta prawnika jest cenna i może poświęcić policji nie więcej niż pół godziny przed lunchem. Wprowadzono go natychmiast. Wątpił, aby jego sierżant został przyjęty tak szybko. Była to jedna z drobnych korzyści, jakie przynosił mu upór, by samodzielnie prowadzić śledztwo, miast dyrygować zza biurka małą armią policjantów, techników, fotografów i ekspertów, którzy przydawali zwierzchnikowi ważności, lecz skutecznie odcinali go od wszystkich osób zamieszanych w zbrodnię, oprócz głównych protagonistów. Wiedział, że jest znany z szybkiego rozwiązywania spraw, choć nigdy nie szczędził własnego czasu na zadania, które jego koledzy zleciliby raczej swoim podwładnym. W rezultacie udawało mu się czasem wyłapać informacje, które mniej doświadczony śledczy mógłby przeoczyć. Nie spodziewał się jednak takiego prezentu od Henry’ego Urquharta. To przesłuchanie zapowiadało się na nudną i formalną rutynę. Ale i tak musiał być w Londynie. Miał pewne sprawy do załatwienia w Scotland Yardzie. I zawsze miło było przejść się spacerkiem w kapryśnym, zimowym słońcu do tych ustronnych kątów City.
Kancelaria Urquhart, Wimbush i Portway należała tu do jednej z najbardziej znanych i szacownych firm prawniczych. Dalgliesh podejrzewał, że niewielu klientów pana Urquharta było kiedykolwiek zamieszanych w morderstwo. Mogli od czasu do czasu mieć kłopoty w sprawach spadkowych lub rozwodowych. Mogli, wbrew dobrym radom, wdać się w nierozważny spór sądowy albo upierać się przy spisaniu niemądrego testamentu. Mogli też potrzebować porady adwokackiej w wypadku przyłapania najeździe po pijanemu lub mogli oczekiwać pomocy przy wyciąganiu z różnych tarapatów, w jakie się głupio wpakowali. Ale jeśli zabijali, to w majestacie prawa.
Pokój, do którego go wprowadzono, mógł śmiało służyć za dekorację sceniczną przedstawiającą dobrze prosperującą kancelarię. Na kominku jarzył się stos polan. Portret założyciela patrzył aprobująco znad półki na swojego prawnuka. Biurko, przy którym prawnuk siedział, było z tego samego okresu co portret i reprezentowało trwałość, solidność i dyskretną zamożność. Na drugiej ścianie wisiał mały olejny obraz. Dalgliesh pomyślał, że wygląda jak jedno z płócien Jana Steena. Oznajmiało ono światu, że firma zna się na dobrym malarstwie i może sobie pozwolić na stosowny zakup.
Henry Urquhart, wysoki, ascetyczny, lekko posiwiały na skroniach, z miną pełną wyniosłej rezerwy, był dobrze obsadzony w roli uznanego prawnika. Miał na sobie doskonale skrojony tweedowy garnitur, jakby się obawiał, że bardziej tradycyjny materiał w prążki zakrawałby na karykaturę. Przyjął Dalgliesha bez większej ciekawości czy zaniepokojenia, ale komisarz nie omieszkał zauważyć, że teczka Josephine Fallon leżała już na biurku. Dalgliesh przedstawił krótko powód swojej wizyty i zakończył: