Выбрать главу
*

„Minął mniej więcej rok, odkąd Tony pojawił się w mieście – wspomina Frank Rosenthal. – Pewnego dnia zadzwonił do mnie z więzienia.

– Musisz za mnie poręczyć – mówi. – Musisz zaświadczyć o mojej nieposzlakowanej opinii.

Okazało się, że jego aresztowanie ma związek z zabójstwem dokonanym przez mafię w Chicago jeszcze w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym trzecim roku.

– Kurwa mać, Tony, przecież pracuję w kasynie – jęknąłem. – Staram się o licencję.

– Kurwa mać, Tony, przecież pracuję w kasynie – jęknąłem. – Staram się o licencję.

Próbuję mu uświadomić, że pójście do sądu i poręczenie za niego w sprawie o morderstwo dokonane przez mafię może się dla mnie okazać niezbyt fortunnym posunięciem. Dla Komisji ds. Nadzoru nad Grami Hazardowymi stanowiłoby to pretekst do nieprzyznania licencji.

– Bardzo potrzebuję twojej pomocy – mówi Tony. – Musisz to zrobić.

Poszedłem więc do sądu. Poręczyłem za niego i Tony wyszedł za kaucją w wysokości dziesięciu tysięcy dolarów. Przysięgał, że nie jest zamieszany w tę sprawę. Był bardzo przekonujący. Następnego dnia od rana wertowałem gazety, by sprawdzić, czy moje nazwisko pojawiło się w związku ze sprawą. Miałem szczęście. O mnie nie wspomniano ani słowem”.

*

„Zabrali go z powrotem do Chicago, by stanął przed sądem – wspomina agent FBI, Bill Roemer. – Gdy został oskarżony, nie przyznał się do winy i powiedział, że nie ma pojęcia, gdzie przebywał w dniu zabójstwa. Pamiętał tylko, że prezydent Kennedy został zamordowany tydzień później i obiecał, że postara się odtworzyć na tej podstawie wydarzenia z dnia, w którym zamordowano Foremana.

Zachowywał się nienaturalnie miło. Powiedział, że poprosi krewnych, by poszukali w rodzinnych archiwach. Miał nadzieję, że może znajdą coś, co pozwoli dowieść, że nie był na miejscu zbrodni.

Po czym, na mniej więcej miesiąc przed rozpoczęciem procesu, jeden z trzech współoskarżonych, Szalony Sam DeStefano, zostaje zastrzelony w swym garażu. Dwa szybkie strzały z dubeltówki. Żona i goryl Sama dziwnym trafem pojechali pół godziny wcześniej w odwiedziny do krewnych.

Tony obawiał się zeznań Szalonego Sama. Jego prawnicy usiłowali doprowadzić do wyłączenia go ze sprawy DeStefano. Sam dopiero co dostał trzy lata za grożenie świadkowi w sprawie o handel narkotykami i pojawił się w sądzie na wózku inwalidzkim, w pidżamie i z megafonem w ręku. Tony obawiał się, że Sam zrazi do nich ławę przysięgłych. Chodziły również słuchy, że ma raka i ze strachu przed śmiercią w więzieniu zdradzi współoskarżonych, czyli swego brata Mario i Tony'ego. Spilotro zwrócił się ponoć w sekrecie do mafijnego bossa, Anthony'ego Accarda, twierdząc, że Szalony Sam ma zamiar go zadenuncjować”.

Spilotro wygrał sprawę. Jego szwagierka Arlene zeznała w sądzie, że wraz z mężem, Nancy i Tonym spędzili cały dzień, w którym dokonano morderstwa, kupując meble i dodatki, jedząc razem lunch i dyskutując o właściwym doborze kolorów. Ława przysięgłych oddaliła zarzuty przeciwko Tony'emu.

„Byłem tamtego dnia na sali rozpraw – wspomina Roemer. – Gdy ogłoszono wyrok, Tony uniósł ręce w triumfalnym geście. Potem spojrzał na nas, grupę funkcjonariuszy wymiaru sprawiedliwości. Miał na twarzy szeroki szyderczy uśmiech. Przez chwilę utkwił we mnie wzrok.

Gdy jako wolny człowiek wychodził z sali rozpraw, stanąłem w przejściu i bardzo cicho powiedziałem:

– Nadal jesteś małym szczylem. Jeszcze cię dostaniemy.

Tony spojrzał na mnie, uśmiechnął się i wycedził:

– Pies cię jebał”.

CZĘŚĆ 2

RYZYKOWNA GRA

ROZDZIAŁ 10

„Nie wiesz, w co się pakujesz”.

W 1971 roku, gdy Frank Rosenthal rozpoczął pracę w Starduście, hotel i kasyno wystawiono na sprzedaż.

„Były własnością Recrion Corporation, która posiadała również Fremont – powiedział Dick Odessky, dyrektor biura prasowego hotelu Stardust – i najwięksi udziałowcy próbowali je sprzedać. Podbili cenę akcji i teraz starali się zdyskontować zyski. Lecz Komisja Papierów Wartościowych nabrała podejrzeń i zmusiła ich do podpisania zobowiązania, że nie sprzedadzą swych udziałów.

Przypominało to sytuację, w której ma się na talerzu wielki stek i nie można go zjeść. Gdyby którykolwiek z nich usiłował sprzedać swoje akcje, miałby poważne kłopoty w sądzie. Tak więc jedynym sposobem odzyskania zainwestowanych pieniędzy była sprzedaż całej spółki.

Del Coleman [prezes Recriona] reprezentował wielkich inwestorów i znajdował się pod silną presją zwolenników zyskownej sprzedaży.

Presja nie zelżała nawet po objęciu stanowiska dyrektora przez Ala Sachsa. I akurat w tym czasie na scenie zdarzeń pojawił się Allen Glick”.

*

Allen Glick nie wyglądał na człowieka tak twardego i nieustępliwego, jakim był w rzeczywistości. W 1974 roku, gdy trzydziestojednoletni inwestor budowlany z San Diego nagle stał się drugim największym właścicielem kasyn w dziejach Las Vegas, wielu członków stanowych instytucji nadzorujących hazard oraz wielu właścicieli kasyn przyjęło to ze zdumieniem. Do tego czasu wpływy Glicka w mieście były znikome. Przybył do Las Vegas zaledwie rok wcześniej, gdy wraz z trzema wspólnikami uzyskał trzy miliony dolarów kredytu na rozbudowę parkingu dla furgonetek i przyczep turystycznych na miejscu doprowadzonego do bankructwa kasyna hotelu Hacienda. Hotel mieścił się w taniej dzielnicy, przy głównym bulwarze Las Vegas.

Styl i powierzchowność Glicka – niskiego, łysiejącego mężczyzny o sowiej twarzy – były zaprzeczeniem jego nieustępliwości. Niewiele osób z jego otoczenia wiedziało, że młodzieńczy i wytworny w obejściu Glick – który mówił tak cicho, że czasem ledwie było go słychać – przez dwa lata latał jako strzelec na pokładzie helikoptera HU – 1 w Wietnamie, gdzie zdobył Brązową Gwiazdę.

„Wietnam nauczył mnie, że życie trwa krótko – powiedział Glick. – Pamiętam, jak pisałem do szwagra, że chyba nie wrócę do domu żywy. Kiedy więc wróciłem, stwierdziłem, że nie będę robił tego, czego nie chcę robić. Po pierwsze, nie chciałem być adwokatem. Uzyskałem tytuł licencjata na Uniwersytecie Stanowym Ohio oraz magisterium z prawa w Case Western Reserve, ale wiedziałem jedno – że nie chcę pracować jako adwokat. Po drugie, wolałem mieszkać w San Diego niż w rodzinnym Pittsburghu. Przyjaciel mojej siostry załatwił mi pracę w American Housing, największej firmie budującej domy wielorodzinne w San Diego, i pojechałem tam z Kathy i dziećmi. Tak zaczęła się moja edukacja w branży budowlanej.

W lutym 1971 roku, po rocznej pracy w American Housing, zacząłem działać w spółce inwestorskiej z Dennym Wittmanem, sympatycznym i trochę szalonym człowiekiem. Zagospodarowywaliśmy duże tereny i budowaliśmy obiekty handlowe.

W Las Vegas znalazłem się po raz pierwszy w 1972 roku. Denny Wittman dowiedział się o sześćdziesięcioakrowej działce na południowym krańcu głównego bulwaru miasta, która wspaniale nadawała się pod osiedle domów – przyczep. Jedyny problem polegał na tym, że na działce stał doprowadzony do bankructwa hotel Hacienda, a jego kasyno objęte było trzykrotnym prawem zastawu na korzyść IRS. Nie wiem dlaczego, ale pomyślałem, że zamiast wszystko wyburzać, moglibyśmy zebrać pieniądze i reaktywować hotel i kasyno. Jednak Denny nie chciał inwestować w kasyno. Był bardzo religijnym człowiekiem. Nie potrafił rozwiązać tego dylematu i się wycofał.