Выбрать главу

W tym czasie miałem na koncie dwadzieścia jeden tysięcy dolarów, ale stwarzając pozory i śrubując przy pomocy Denny'ego wartość wszystkiego, co było własnością naszej małej korporacji, zdołaliśmy uzyskać trzy miliony dolarów kredytu z First American Bank w Tennessee, z którym wcześniej współpracowaliśmy i w którym mieliśmy przyjaciół.

Jako właściciel kasyna w Las Vegas musiałem uzyskać licencję stanowej Komisji ds. Nadzoru nad Grami Hazardowymi, no i proszę, w wieku dwudziestu dziewięciu lat zostałem prezesem kasyna. Nie upłynął dzień, a wszyscy w mieście mieli do mnie jakąś sprawę.

Pięć miesięcy później Chris Caramanis, prowadzący firmę wynajmu samolotów, z której usług korzystały hotele, powiedział mi, że King's Castle w Lake Tahoe również stał się niewypłacalny, po tym jak Fundusz Emerytalny Związku Zawodowego Kierowców wniósł zastrzeżenie hipoteczne. Chris zaproponował, byśmy zebrali pieniądze i przejęli King's Castle tak samo, jak przejęliśmy Haciendę.

W ten właśnie sposób poznałem Ala Barona, zarządzającego majątkiem Międzystanowego Funduszu Emerytalnego Związku Zawodowego Kierowców. Chris przedstawił mu mnie. Spodziewałem się, że człowiek sprawujący pieczę nad wielomiliardowym majątkiem funduszu emerytalnego będzie kimś w typie bankiera. A tymczasem spotykam gburowatego gościa z ogryzkiem cygara w ustach, który patrzy na mnie i pyta:

– Co ty tu, kurwa, robisz?

Al był wtedy wściekły, gdyż właśnie stracił szansę na zawarcie długo przygotowywanej transakcji przejęcia niewypłacalnego kasyna z rąk związku.

Gdy dowiedział się, że niedawno zebrałem pieniądze na wykup Haciendy, zapytał:

– Masz forsę?

– Nie, ale może mógłbym pożyczyć – odparłem.

Baron tak bardzo pragnął usunąć King's Castle ze związkowego rejestru, że zaproponował, bym za dwa tygodnie przedłożył ofertę wykupu.

Gdy się zjawił w Las Vegas, przedstawiłem mu ofertę. Rozsierdził się.

– Nie mam czasu tego czytać – warknął. Chciał jedynie, żebym zebrał pieniądze na spłatę długu hipotecznego i wybawił związek z kłopotu.

Tak czy owak transakcja nie doszła do skutku, ale niedługo potem zaangażowałem się w budowę dużego kompleksu biurowego w Austin, w Teksasie, w którym miały się mieścić biura IRS, komisji Kongresu i rozmaitych agencji rządowych. Skala przedsięwzięcia była zbyt duża, byśmy mogli je sfinansować jak zwykle z kredytów bankowych, więc pomyślałem, że skontaktuję się z Baronem. Telefonowałem do niego trzykrotnie, zostawiałem wiadomości. Nie oddzwaniał. W końcu, po czterech dniach prób, jego sekretarka powiedziała, żebym więcej nie zawracał mu głowy.

Obiecałem, iż nie będę dzwonił i poprosiłem, by mu tylko przekazała, że skontaktowali się ze mną ludzie z rządu i muszę z nim pogadać. Oddzwonił natychmiast. Gdy się dowiedział, że chodzi o budowę wielkiego biurowca dla agend rządowych, sklął mnie z góry na dół. Użył przy tym wszystkich wulgarnych słów, jakie tylko można sobie wyobrazić.

Ale w przerwach między przekleństwami musiało do niego dotrzeć, że to projekt realizowany na zlecenie rządu federalnego i wielka szansa, bo w końcu powiedział:

– No dobra, sukinsynu, złóż dokumentację kredytową.

Interes, który zaproponowałem, spodobał się Baronowi i szefom związku, bo po pierwsze był całkowicie legalny, a po drugie Denny Wittman, nasi wspólnicy z Austin i ja odwaliliśmy całą robotę, związek zaś miał pełnić rolę właściciela i najemcy.

Potem przyszła transakcja z Recrionem. Dowiedziałem się, że Recrion jest do kupienia i że Morris Shenker, właściciel hotelu Dunes, prowadzi negocjacje w tej sprawie z Delem Colemanem. Okazało się, że Shenker proponował mu tylko czterdzieści dwa dolary za akcję. Moi księgowi przeliczyli wszystko dokładnie i okazało się, że transakcja jest opłacalna. Przy tej cenie można pożyczyć sumę potrzebną na wykup hoteli Stardust i Fremont i jeszcze zostaną środki na pokrycie kosztów remontu.

Taki interes mógł się więcej nie trafić. Natychmiast zadzwoniłem do Colemana w Nowym Jorku, żeby umówić się na spotkanie. Złapałem nocny samolot na Wschodnie Wybrzeże i w piątek, z samego rana, spotkaliśmy się w jego domu przy Wschodniej Siedemdziesiątej Siódmej Ulicy. Del Coleman okazał się człowiekiem światowym. Wydaje mi się, że był wówczas żonaty albo zaręczony z jakąś sławną modelką.

Powiedziałem, że chcę kupić jego korporację i że jestem już właścicielem Haciendy, a moi wspólnicy wsparli ofertę wykupu za cenę co najmniej o dwa dolary wyższą od zaoferowanej przez Shenkera. Dodałem, że potrzebuję trochę czasu na zebranie pieniędzy, ale z pewnością nie będę miał z tym problemów.

Coleman oświadczył na samym wstępie, że prowadzi negocjacje z Morrisem Shenkerem. W rzeczywistości, w chwili gdy to mówił, prawnicy przepisywali dokumenty na maszynie, ale ja nie miałem o tym pojęcia. Gdybym więc posiadał pieniądze, on byłby zmuszony powiedzieć o tym akcjonariuszom, co znaczyło, że mógłbym złożyć publiczną ofertę kupna.

O powadze mojej propozycji świadczyłaby wpłata do poniedziałku, do dwunastej w południe, bezzwrotnej zaliczki w wysokości dwóch milionów dolarów. Dałby mi wówczas sto dwadzieścia dni na zgromadzenie reszty pieniędzy. Przystałem na te warunki, choć uczyniłem to ze ściśniętym gardłem. Najpóźniej w poniedziałek w południe musiałem dostarczyć Colemanowi dwa miliony w gotówce i nawet gdybym zdołał je jakoś załatwić, było piątkowe popołudnie i banki zamknięto do poniedziałku. Zadzwoniłem do Denny'ego Wittmana z informacją, że muszę natychmiast pożyczyć dwa miliony dolarów. Denny wiedział, o co chodzi i zaproponował, bym wykorzystał dwa półmilionowe depozyty, jakie nasza spółka miała w First American Bank w Nashville, w Tennessee. Dodał, że dzięki bardzo dobrym stosunkom z dyrekcją tego banku mógłbym może uzyskać w nim akredytywę w wysokości miliona dolarów.

Zadzwoniłem do Stevena Neely'ego, prezesa banku, i wyłuszczyłem swoją sprawę.

– Jesteś szalony – usłyszałem.

Wyjaśniłem, że chodzi o interes mojego życia.

– Jeżeli mówisz poważnie, musisz się tutaj zjawić dziś wieczorem – powiedział.

Rozłączyłem się, zadzwoniłem do biura linii lotniczych i dowiedziałem się, że tego dnia nie odlatują już samoloty do Nashville.

Pojechałem więc samochodem na lotnisko Teterboro i wyczarterowałem samolot z firmy Learjet. Nie miałem przy sobie pieniędzy i dałem obsłudze swą kartę kredytową. Dzięki Bogu posiadałem na koncie dostatecznie dużo pieniędzy, by pokryć koszty podróży.

Gdy samolot wylądował, Neely widział, jak wysiadam. Zapytał, skąd wziąłem samolot. Odparłem, że pożyczył mi go przyjaciel. Nie zamierzałem go wtajemniczać, że właśnie przed chwilą przepuściłem swą kartę kredytową. Pojechaliśmy do jego domu i pracowaliśmy całą noc, przygotowując aktywa finansowe i dodatkowe zabezpieczenie dla akredytywy.

Wittman przyleciał następnego dnia. Zobowiązał się do wszystkiego, co trzeba, i bank dał mi akredytywę. W niedzielę rano wszystko było załatwione. Poleciałem z powrotem do Nowego Jorku.

Do Colemana zadzwoniłem z lotniska.

– Del, mam już pieniądze i nie chcę czekać aż do poniedziałku.

– Masz dwa miliony dolarów?

– Są w mojej teczce.

Pojechałem do niego, wypełniliśmy dokumenty określające warunki zdeponowania pieniędzy i Coleman powiedział, że w poniedziałek rano powiadomi Komisję Papierów Wartościowych i wstrzyma obrót akcjami Recriona.

W poniedziałek rano poleciałem z powrotem do San Diego. Dotarłem na miejsce przed świtem i zacząłem zestawiać listy potencjalnych inwestorów. Zadzwoniłem do Ala Barona, ponieważ związek miał hipotekę na oba hotele, a w dodatku wiedziałem, że spodobał im się udział w finansowaniu budowy biurowca dla rządu, który im załatwiłem. Pomyślałem, że być może zechcą zaangażować się w wykup.