Выбрать главу

Balistrieri powiedział, że Bill Presser nadal się sprzeciwia, a do zatwierdzenia całego pakietu zostały tylko dwa tygodnie. Zrozumiałem, że próbuje wywrzeć na mnie presję.

Po chwili przypomniał mi, że obiecałem, iż jego synowie otrzymają posady w nowej korporacji – mieliśmy rozstrzygnąć tę sprawę, gdy tylko zawrę umowę kupna – i poprosił, bym pojechał z nim do Milwaukee i zobaczył się z Johnem i Josephem.

Zgodziłem się. Nazajutrz spotkaliśmy się w kancelarii prawniczej jego synów. Balistrieri zażyczył sobie, byśmy dokonali formalnych ustaleń w pewnej sprawie, po czym opuścił gabinet. Joseph i John przedstawili mi warunki porozumienia, będącego w istocie umową opcyjną, zgodnie z którą za dwadzieścia pięć lub trzydzieści – dokładnie nie pamiętam – tysięcy dolarów uzyskają prawo wykupienia połowy udziałów w nowej spółce, gdybym zdecydował się je sprzedać.

– Bez tej klauzuli – zauważył jeden z nich – twój wniosek zostanie jutro odrzucony.

Zapytałem, czy moglibyśmy porozmawiać o tym później, po zawarciu umowy.

Zaprzeczyli.

Przed Komisją ds. Nadzoru nad Grami Hazardowymi zaświadczyłem pod przysięgą, że nie mam wspólników. Wiedziałem, że bracia Balistrieri nigdy nie otrzymają licencji.

Odparłem, że chętnie bym się zgodził, ale podpisałem się już pod oświadczeniem dla komisji stanowej. Zaproponowali, bym postdatował opcję.

Byłem ciekaw, czy myślą, że mogliby uzyskać licencje. Uważali, że nie powinni mieć z tym żadnych problemów. Zrozumiałem, że ci ludzie żyją w świecie fantazji. Zdawali się nie wiedzieć, kim są ani jaki niosą ze sobą bagaż. Być może nie wiedzieli, że ja wiem, i po prostu bawili się ze mną w jakąś szaradę. Jakkolwiek było, czułem się niczym Alicja w krainie czarów.

Powiedziałem, że podpiszę porozumienie, ale oni w zamian muszą obiecać, że nie uczynią nic z uzyskaną w ten sposób opcją. Wyrazili zgodę.

Tego wieczoru rozmyśliłem się. Zadzwoniłem do Josepha i powiedziałem, że nie zdołam uzyskać zatwierdzenia transakcji, podpisawszy umowę opcyjną. Jeżeli Komisja ds. Nadzoru dowie się o niej, mogę wszystko stracić.

Gdyby więc uzyskanie pożyczki było uzależnione od opcji, z ogromną przykrością musiałbym się wycofać. Szanuję jego ojca i jestem wdzięczny za to, co zrobił, ale nie mogę narażać wszystkiego, co mam, z Haciendą włącznie. Dodałem, że mogę ich zaangażować jako prawników – w końcu zatrudniłem ich w roli radców prawnych za pięćdziesiąt tysięcy rocznie – ale opcja mogłaby wszystko zaprzepaścić.

Joseph oddzwania po paru minutach i mówi:

– Mój tato zadzwoni do ciebie i przedstawi się jako «Wujek John». Chce z tobą porozmawiać.

Wujek John! Balistrieri nie używał dotąd pseudonimów. Dlaczego teraz to robił?

Balistrieri zatelefonował, przedstawił się jako Wujek John i rzekł:

– Nie możesz się wycofać.

– Nie mogę załatwić tego w taki sposób – odparłem.

– Jesteś pewien?

Jestem i będę musiał ponieść konsekwencje.

– Sprawiasz mi zawód – oświadczył. Sprawiał wrażenie rozgoryczonego.

Po jakimś czasie dzwoni Joseph i mówi, że podrą opcję, a po zawarciu transakcji coś wymyślimy.

Powiedziałem, żeby nie darł opcji, tylko odesłał mi ją. Sam zniszczyłem już swoją kopię i nie chciałem, by druga krążyła gdzieś i dotarła do Komisji ds. Nadzoru.

– Nie ufasz mi? – zapytał, wyraźnie dotknięty.

Odparłem, że to nie jest kwestia zaufania. Chodziło o interesy. Obiecał, że prześle mi kopię, ale oczywiście tego nie zrobił.

Mniej więcej tydzień później pożyczka została zatwierdzona przez wszystkich członków rady powierniczej funduszu. Dyskusja nie trwała dłużej niż dwie minuty. W końcu Bill Presser, chicagowski szef związku, członek rady najbardziej niechętnie odnoszący się do mojego wniosku, powiedział: «Powodzenia» i to wszystko.

W ten oto sposób w ciągu sześćdziesięciu siedmiu dni otrzymałem sześćdziesiąt dwa miliony siedemset tysięcy dolarów pożyczki”.

*

25 sierpnia 1974 roku ponad 80 procent akcjonariuszy Recriona zaoferowało swe udziały Spółce Allena Glicka – Argent. Jej nazwa była akronimem utworzonym z wyrazów: Allen R. Glick Enterprises i oczywiście oznaczała „pieniądze” w języku francuskim, którym nie władała biegle żadna z osób związanych z transakcją.

„Wpadłem w euforię – wspomina Glick. – Joseph Balistrieri zadzwonił do mnie z informacją, że jego ojciec przyjeżdża do Chicago i chce uczcić zawarcie transakcji kolacją.

Nie sądziłem, by był to dobry pomysł, ale Joseph obstawał przy nim.

– Nie możesz odmówić mojemu ojcu – powiedział.

Nie chciałem, by widziano nas w restauracji, nawet gdyby mieściła się na uboczu, ale w końcu wylądowaliśmy w Sali Zdrojowej hotelu Ambassador w Chicago. Balistrieri był tam dobrze znany. Wszyscy kelnerzy i kierownicy sal przyszli go powitać. Zamówił dom perignon, a ja przez całą kolację myślałem o tym, że jeżeli agenci FBI śledzą go tego wieczoru, to w Vegas jestem skończony.

Pod koniec kolacji Balistrieri powiedział, że gdybym miał jakieś pytania odnośnie pożyczki – a zwłaszcza dodatkowych sześćdziesięciu pięciu milionów na renowację i rozbudowę hotelu – powinienem zwracać się tylko i wyłącznie do niego. Nie powinienem próbować omawiać niczego, co zrobiliśmy, z innymi członkami rady powierniczej ani ze związkowymi oficjelami. Stworzyliśmy we dwójkę skuteczny model współpracy i tak już powinno pozostać.

Po czym, gdy wychodziliśmy, Frank rzekł:

– Musisz mi wyświadczyć przysługę. W Las Vegas mieszka pewien człowiek. W tej chwili pracuje dla ciebie. Byłoby dobrze, gdyby doczekał się większego uznania. On może ci pomóc.

– Kto taki?

– Nie mogę ci teraz powiedzieć.

Tak zakończył się ten wieczór.

Tydzień później zadzwonił Wujek John. Powiedział, że chce, bym spotkał się z człowiekiem, o którym wspominał. Byłem wtedy w La Jolla.

– Przyjdzie się z tobą zobaczyć. Chcę, żebyś go awansował. I dał podwyżkę. Okay?

– Kto to taki?

– Nazywa się Frank Rosenthal. Jeżeli ci się nie spodoba, możesz do mnie zadzwonić, a ja już go ustawię – odparł i dodał, że we władzach funduszu zasiadają ludzie, którzy spojrzą przychylnym okiem na mój wniosek w sprawie pozostałej części pożyczki, jeżeli awansuję Rosenthala. Gdy zawahałem się przez chwilę, ton jego głosu uległ zmianie. Balistrieri sprawiał wrażenie rozgniewanego. Gdy wyraziłem zgodę, poprosił, bym spotkał się z Rosenthalem jak najszybciej.

Zatelefonowałem do niego tuż po rozmowie z Balistrierim. Rosenthal powiedział, że spodziewał się mojego telefonu.

Przyjechał do La Jolla. Przyszedł do mojego domu. Na wstępie oświadczył, że Al Sachs to głupek. Jego zdaniem moja spółka miała olbrzymie możliwości. Wydał mi się bardzo kompetentny i bardzo mądry. Być może jest diabłem – w co osobiście nie wątpię – ale z pewnością należy do ludzi bardzo inteligentnych.

Powiedziałem, że wiem, iż jest znawcą gier hazardowych i zamierzam uczynić go swym asystentem lub doradcą. Początkowo był nastawiony bardzo przyjaźnie i pojednawczo. Stwierdził, że docenia ten awans i dołoży wszelkich starań na nowym stanowisku. Poprosił o potwierdzenie awansu w notatce służbowej i o podwyżkę. Dałem mu jedno i drugie.