Następnego dnia skontaktowałem się z przewodniczącym Komisji ds. Nadzoru nad Grami Hazardowymi. Dowiedziałem się od niego, że Rosenthal to geniusz loterii, mistrz typowania wyników, alfa i omega gier hazardowych. Dowiedziałem się również, że przypuszczalnie nigdy nie uzyska licencji”.
Frank Rosenthal wrócił do Las Vegas z nowym zakresem obowiązków i podwyżką z 75 tys. do 150 tys. dolarów rocznie. Natychmiast zaczął wprowadzać zmiany w działaniu kasyna.
„Prawie wszyscy dyrektorzy uważali go za człowieka dysponującego władzą – wspomina Glick. – Miał wszystko ustalać ze mną, ale nie robił tego. Na początku, gdy spytałem go o wprowadzone zmiany, nie okazał lekceważenia. Ale każdego dnia dowiadywałem się, że uzyskał odrobinę więcej władzy. Podobno gdy szedł przez salę kasyna, krupierzy stawali na baczność. Potrafił zwolnić krupiera za to, że nie stał przed nim ze złączonymi rękami – nawet przy pustym stole. Zatrudniał, kogo tylko chciał. Zrezygnował z pewnych dostawców. Z nie wyjaśnionych powodów zmienił firmę wynajmu samochodów, agencję reklamową i usiłował rozprowadzać bilety na Lido Show za pośrednictwem własnej firmy.
Gdy zwracano mi na to uwagę, kładłem kres tym praktykom lub uchylałem jego zarządzenia, ale trudno było za nim nadążyć. Gdy wyjaśniałem jedną jego decyzję, Rosenthal tłumaczył kucharzom w kuchni, jak mają gotować.
Kursowałem pomiędzy domem w San Diego a Las Vegas i ilekroć docierałem do miasta, wysłuchiwałem opowieści o tym, co Rosenthal zrobił podczas mojej nieobecności. A potem przez parę dni niemal codziennie dochodziło do scysji. Widziałem go w akcji. Należał do osób, które wyciągają papierosa i oczekują, że ktoś poda ogień. Potrafił peszyć ludzi. Nie przeklinał. Nie podnosił głosu. Ale człowiek wolał dostać w twarz, niż wysłuchiwać jego pouczeń.
Urządził sobie gabinet, którego mógłby mu pozazdrościć sam Mussolini – cztery razy większy od największego gabinetu w budynku. Nie spodobała mu się drewniana boazeria, którą zamówił. Kazał ją zerwać i zastąpić inną. A wszystko przez egotyzm. Rosenthalowi nie wystarczała rola szarej eminencji – musiał pokazać ludziom, kto tu rządzi.
W końcu, w październiku 1974 roku, wezwałem go do swego gabinetu. Właśnie przyjechałem z Kalifornii. Był poniedziałek. Znowu dowiedziałem się, że w sobotę i niedzielę zaszły w kasynie pewne zmiany, i uznałem, iż nadeszła pora, by ukrócić zapędy Franka.
Spotkałem go w hotelowym barze zwanym Salą Palmową.
– Chodźmy na zaplecze. Chcę ci wyjaśnić parę spraw – powiedziałem.
Powtórzyłem to, co mówiłem przy wielu okazjach – iż musi zapanować nad swymi poczynaniami – i przypomniałem, że miał działać w granicach, które określiłem na naszym wrześniowym spotkaniu w Kalifornii.
Oskarżyłem go o wielokrotne okłamywanie mnie i stosowanie wybiegów. Powiedziałem, że wiem, iż polecił mojej sekretarce, by codziennie informowała go o moich posunięciach, o tym, dokąd się wybieram i co zamierzam robić. Oświadczyłem, że uważam to za niedopuszczalne.
Rosenthal sprawiał wrażenie zaskoczonego. Zapytał, czy dowiedziałem się o tym od sekretarki. Potwierdziłem. A on zamiast przeprosić mnie za szpiegowanie, powiedział, że ją zwolni.
Wtedy właśnie zdałem sobie sprawę, że nie mam do czynienia z normalnym człowiekiem. Siedzieliśmy na zapleczu baru, dostępnym tylko dla personelu. Rosenthal zawahał się, a potem wstał i odszedł od stolika. Gdy wrócił, widziałem, że krew się w nim burzy.
– Chyba już czas, byśmy porozmawiali, Glick – oznajmił. Zwrócił się do mnie po nazwisku. Dotąd zawsze mówił mi Allen. Miałem wrażenie, że w ten sposób przygotowuje sobie grunt. – Czas, byś zrozumiał, co tu się dzieje, skąd przychodzę i gdzie jest twoje miejsce – rzekł. – Zostałem obsadzony na tym stanowisku nie dla twojego dobra, ale dla dobra innych. Polecono mi, bym nie tolerował żadnych głupich wyskoków z twojej strony. Nie mam również obowiązku słuchać twoich poleceń, bo nie ty jesteś moim szefem.
Zacząłem protestować, na co rzekł:
– Pozwól, że ci przerwę. Gdy mówię, że nie masz wyboru, nie chodzi mi jedynie o twoje możliwości administracyjne. Chodzi o twoje zdrowie. Jeżeli będziesz się mieszał do kierowania kasynem albo próbował zepsuć cokolwiek z tego, co chcę tutaj zrobić, ostrzegam, że nie wyjdziesz z tego żywy.
Poczułem się jak przybysz z obcej planety. Byłem biznesmenem i wszystkie interesy prowadziłem w poważny sposób, a teraz zetknąłem się z zupełnie obcą mi subkulturą. Nie wiedziałem, jak mam zareagować. Przypomniałem sobie rozmowę z Jerrym Solowayem na temat Franka Balistrieriego i zdałem sobie sprawę, że znalazłem się w pułapce.
Zażądałem, by wyniósł się z hotelu.
– Słyszę, co mówisz, radzę jednak, byś mnie jeszcze raz uważnie wysłuchał. Gdy powiedziałem, że nie wyjdziesz z tego żywy, chodziło mi o to, że ludzie, których reprezentuję, mogą to załatwić. To i nie tylko to. Powinieneś potraktować moje ostrzeżenie bardzo poważnie. Jesteś inteligentnym człowiekiem, więc nie poddawaj mnie próbie.
Gdy doszedłem do siebie po tej rozmowie, byłem w lekkim szoku. Zadzwoniłem do Franka Balistrieriego.
– Wpakowałeś mnie w coś, na co nie byłem przygotowany i czego bym nigdy nie zaakceptował. Nominacja twoich synów na radców prawnych korporacji została załatwiona w rzeczowy sposób i z tym nie ma problemów, ale inne sprawy są nie do przyjęcia – powiedziałem i przytoczyłem mu treść rozmowy z Rosenthalem. Balistrieri usiłował mnie uspokoić. Obiecał, że do mnie zadzwoni. Przypomniał jednak, że to on, Frank Balistrieri, jest jedyną osobą, z którą mogę poruszać tę sprawę, i nie życzy sobie, bym rozmawiał o niej z kimś innym, nawet gdyby mnie nagabywano. Powiedział to bardzo stanowczo. Nie drążyłem już tego tematu.
Zatelefonował po paru dniach. Wyjaśnił, że rozumie moją sytuację, ale w tym momencie nie może w niczym pomóc, tak więc powinienem przyjąć radę «pana Rosenthala» i pozostawić go na stanowisku.
Poruszyłem sprawę «wspólników», o których wspomniał Rosenthal, i przypomniałem, że kupiłem tę korporację dzięki własnym staraniom. Przyznałem, że pomógł mi w uzyskaniu pożyczki z funduszu emerytalnego, ale nie było i nie ma mowy o żadnych «wspólnikach».
Lecz Balistrieri odparł:
– To, co powiedział pan Rosenthal, jest zgodne z prawdą”.
Przez kilka miesięcy Glick toczył wojnę podjazdową z Rosenthalem. Bał się otwartej konfrontacji, więc usiłował ograniczyć pole jego działania. Wykluczył go z udziału w naradach. Starał się trzymać go z dala od strefy wpływów. Odwoływał jego polecenia i odrzucał propozycje. Lecz w końcu, pewnego marcowego wieczoru w 1975 roku, ziścił się najkoszmarniejszy sen Allena Glicka. Jadł właśnie kolację w Restauracji Pałacowej w hotelu Stardust, gdy zadzwonił Rosenthal.
Powiedział, że to nagły wypadek i że muszę udać się z nim na spotkanie. Zapytałem, o co chodzi. Odparł, że nie może wyjaśnić mi przez telefon, ale muszę się z nim spotkać. Stwierdziłem, że wolałbym tego nie robić i że możemy się z tym uporać rano.
– To nagły wypadek. Nie masz wyboru – oświadczył.
W porządku. Gdzie mamy się spotkać?
– W Kansas City.
Pomyślałem, że to absurd, i powiedziałem, że nie zdołam dotrzeć do Kansas przed trzecią, czwartą rano.
– Albo przyjedziesz dobrowolnie, albo my przyjedziemy po ciebie – odparł i dodał, że spotka się ze mną na lotnisku. Korporacja miała wówczas parę samolotów i przed drugą trzydzieści lub trzecią nad ranem wylądowałem w Kansas City.