Выбрать главу

Rosenthal czekał na mnie na lotnisku. Przyjechał samochodem. Przedstawił mnie kierowcy, Carlowi DeLunie, gburowatemu, ordynarnemu mężczyźnie. Zwracając się do niego, używał przydomka «Twardziel».

Pojechaliśmy okrężną drogą – zauważyłem, że raz po raz mijaliśmy te same miejsca. Jazda trwała około dwudziestu minut. Krążymy tak i krążymy, nikt nic nie mówi. W końcu dotarliśmy do jakiegoś hotelu. Wchodzimy na drugie piętro, do apartamentu z uchylonymi drzwiami łączącymi go z pokojem przejściowym.

W apartamencie było dość ciemno. Gdy wszedłem do środka, Rosenthal przedstawił mnie siwowłosemu starcowi nazwiskiem Nick Civella. Nie miałem wówczas pojęcia, kim jest ten człowiek. Później okazało się, że to szef mafii w Kansas City. Wyciągnąłem dłoń, a on rzekł:

– Nie mam ochoty podawać ci ręki.

W pokoju stał fotel i mały stolik z lampą. Civella kazał mi usiąść. Spostrzegłem, że Rosenthal wychodzi. Zostałem z DeLuną i Civella. Słyszałem, jak ktoś wchodził i wychodził z pokoju, ale siedziałem odwrócony plecami do drzwi, więc nikogo nie widziałem.

Civella wyzwał mnie od najgorszych, a potem rzekł:

– Nie znasz mnie jeszcze, ale gdyby to zależało ode mnie, nie wyszedłbyś stąd żywy. Ale ze względu na pewne okoliczności ocalisz życie, jeżeli nas posłuchasz.

Gdy poskarżyłem się, że światło razi mnie w oczy, powiedział, iż może mi wyświadczyć przysługę i je wydłubać, a potem oświadczył:

– Odstąpiłeś od umowy. Jesteś nam winien milion dwieście tysięcy dolarów. Poza tym masz dać Mańkutowi wolną rękę.

Byłem kompletnie zaskoczony. Powiedziałem, że nie wiem, o czym mówi. Naprawdę nie wiedziałem.

Civella patrzy na mnie i, kładąc na stole broń, mówi:

– Albo zaczniesz gadać prawdę, albo nie wyjdziesz stąd żywy.

Zapytał mnie o umowę z Balistrierim, a gdy odparłem, że nie wiąże nas żadna umowa, bardzo się zdziwił. Uparcie żądał jednak informacji o porozumieniu, które zdaniem jego ludzi zawarłem z Frankiem.

Wyjaśniłem, że porozumieliśmy się wyłącznie w sprawie zatrudnienia jego synów. Powiedziałem mu również o opcji, ale zaznaczyłem, że została anulowana i mieliśmy dopiero coś opracować.

Później dowiedziałem się, że Civella nie miał pojęcia ani o zatrudnieniu przeze mnie synów Balistrieriego, ani o opcji dającej im prawo pierwokupu połowy udziałów. Sądził, że Balistrieri dostał milion dwieście tysięcy dolarów prowizji za załatwienie pożyczki. Ponieważ uważał, że sam również pomógł mi w jej uzyskaniu za pośrednictwem swego człowieka w radzie powierniczej, Roya Williamsa – szefa Związku Kierowców w Kansas City i przyszłego przewodniczącego całego związku – miał tym samym prawo do identycznej prowizji.

Balistrieri zabronił mi rozmawiać z kimkolwiek o naszych ustaleniach, ale uznałem, że w tych okolicznościach nie mam wyboru. Zacząłem również rozumieć, dlaczego wymagał ode mnie zachowania tajemnicy.

Civella to bandyta, ale nie był głupi. Gdy zadawał mi pytania, widziałem, że wszystko kojarzy. Wtedy nagłe zadzwonił dzwonek i siwy mafioso wstał. Powiedział, że mam wobec niego zobowiązanie i żąda zwrotu pieniędzy.

Gdy oświadczyłem, że nie wiem, w jaki sposób korporacja mogłaby wypłacić mu taką sumę, odparł:

– Niech Mańkut się tym zajmie.

Ponieważ nie wzbudziłem jego sympatii, obiecał, że osobiście dopilnuje, bym nie dostał z funduszu dodatkowych pożyczek na renowację i rozbudowę hoteli.

– Zabierzcie go stąd – mruknął na odchodnym. Kazał DeLunie odwieźć mnie na lotnisko, a potem «jechać do Milwaukee, wywlec tego wystrojonego sukinsyna z wyra i sprowadzić go tutaj».

Tym razem jazda na lotnisko trwała zaledwie pięć minut. Przez cały ten czas DeLuna narzekał, że musi jechać aż do Milwaukee po Balistrieriego. Mówił o tym tak, jakby chodziło o odebranie worka z praniem.

Gdy nazajutrz rano spotkałem się z Rosenthalem, powiedziałem mu, że nie mogę przyjąć warunków Civelli. Odparł, że nie mam już żadnej władzy i nie mogę decydować o swoim losie.

Dowiedziawszy się o spotkaniu z Civella i groźbie wstrzymania dodatkowych pożyczek, Balistrieri powiedział, że nie jest w stanie mi w niczym pomóc, ponieważ stracił wpływ na decyzje funduszu emerytalnego”.

ROZDZIAŁ 11

„Czy wiesz, kiru jestem? Panem tego miasta”.

Gdy Tony Spilotro pojawił się tu w 1971 roku, Las Vegas było stosunkowo spokojnym miejscem. Mafijni bossowie zarabiali tyle pieniędzy na swych nielegalnych przedsięwzięciach, takich jak nielegalny totalizator, lichwa i okradanie kasyn, że zgodnie dbali o to, by miasto było czyste, bezpieczne i spokojne. Reguły okazały się proste. Spory należało rozstrzygać na drodze pokojowej. Żadnych strzelanin i wysadzania samochodów. Żadnych trupów pozostawionych w bagażnikach aut na lotnisku. Usankcjonowanych morderstw dokonywano albo poza miastem, albo ciała ofiar znikały na zawsze na rozległej pustyni otaczającej Vegas.

Gdy Tony przybył do Vegas, mafia zarządzała wszystkim w sposób tak delikatny, że Jasper Speciale, największy lichwiarz w mieście, kierował swym procederem z Krzywej Wieży swej pizzerii, a jego kelnerki dorabiały sobie po godzinach pracy jako poborczynie. Miejscowi drobni przestępcy: sprzedawcy narkotyków, bukmacherzy, alfonsi, a nawet szulerzy karciani – nie musieli opłacać się mafii. Las Vegas było miastem otwartym: gangsterzy z rozmaitych rodzin z całego kraju nie potrzebowali pozwolenia, by złożyć tu wizytę, wymusić pieniądze od grubych ryb hazardu, wyłudzić kredyt w kasynie i wrócić do domu. Nie znano tu podatku ulicznego nakładanego przez gangi w rodzinnych stronach.

„Tony położył temu wszystkiemu kres – wspomina Bud Hall junior, emerytowany agent FBI, który przez wiele lat śledził życie Spilotra. – Zmienił zasady, na jakich w Vegas prowadzono interesy. Przejął kontrolę. Rozpoczął od sprowadzenia paru swoich ludzi i nałożenia podatku ulicznego na wszystkich miejscowych bukmacherów, lichwiarzy, sprzedawców narkotyków i alfonsów. Paru – na przykład bukmacher nazwiskiem Jerry Dellman – odmówiło zapłaty. Skończyli jak on – zastrzelony w biały dzień w garażu za swoim domem. Zabójcy nawet nie próbowali ukryć zwłok. Zakomunikowali w ten sposób, że w mieście pojawił się prawdziwy gangster.

Tony bardzo szybko zrozumiał, że może rządzić Las Vegas w dowolny sposób, gdyż mafijni bossowie byli daleko i nie posiadali w Las Vegas takich wtyczek, jakie mieli w Elmwood Park”.

*

„Gdy Tony sprowadził się do Las Vegas, niewielu ludzi wiedziało, kim jest – wspomina Mańkut. – Pamiętam, że pracami budowlanymi i działem zakupów w hotelu kierował naprawdę arogancki gość, John Grandy. Nikt nie próbował go prowokować. Gdy ktoś go o coś prosił, Grandy mówił:

– Po co, do kurwy nędzy, zawracasz mi dupę? Spadaj!

Obchodziłem się z nim jak z jajkiem.

Pewnego rana miał mnie odwiedzić Tony. Grandy był ze mną, kierował pracą paru robotników składających stoły do black jacka. W rękach trzymał stertę listew. W pewnym momencie obejrzał się i zobaczył Spilotra.

– Hej, ty, chodź no tutaj! – woła do niego. – Trzymaj! Potem powiem ci, co z tym zrobić.

Nigdy tego nie zapomnę. Listwy ważyły ze trzydzieści, może czterdzieści funtów. Tony był tak zaskoczony, że dopiero po długiej chwili wcisnął je z powrotem Grandy'emu.

– Proszę – powiedział. Sam je sobie trzymaj. Myślisz, że kim, kurwa, jesteś? Następnym razem, gdy odezwiesz się do mnie w ten sposób, zrzucę cię z okna! – Powtarzam słowo w słowo.

Grandy patrzy na mnie. Ja na Tony'ego. Tony jest wściekły jak osa. Grandy posłusznie odbiera listwy i nie mówi ani słowa. Tony oświadcza, że spotka się ze mną w barze na dole i wychodzi.