„Sheryl miała koło dwudziestki, ale wyglądała młodziej – wspomina Rosa Rojas, jej najlepsza przyjaciółka. – Była mormonką z północnego Utah, śliczną i świeżą. Gdy Tony ją poznał, nazwał Sheryl swą wiejską dziewczyną. Była tak naiwna, że gdy zaprosił ją do restauracji, powiedziała, iż pójdzie tylko z przyjaciółką.
Pracowałyśmy w szpitalu, w którym Spilotro leczył się na serce i tam właśnie się poznali. Chodzili razem do restauracji, ale Tony nigdy się do niej nie dobierał. Bardzo długo trzymał się od niej na dystans.
Zanim zaryzykował bliską znajomość, dowiedział się o Sheryl wszystkiego, czego można było się dowiedzieć. Kazał Joeyowi Cusumano wybadać, skąd pochodzi, kim są jej przyjaciele i jak długo mieszkała tam, gdzie mieszkała. Chciał wiedzieć o niej wszystko, zanim się zaangażował i uznał, że może jej zaufać.
Upłynęło dużo czasu, nim Sheryl zrozumiała, kim jest jej znajomy. Zaczęła coś podejrzewać, bo ilekroć gdzieś wychodzili, śledzili ich policjanci w cywilnych ubraniach. Brat Tony'ego wyjaśnił, że powstały pewne problemy prawne i śledzą go z tego właśnie powodu. Tony uprzedzał, że przeczytamy o nim w gazetach i twierdził, iż dziennikarze nie zawsze mają rację.
Zaczęli ze sobą sypiać dopiero po bardzo długiej znajomości. Tony zawsze był dżentelmenem; bardzo spokojny, bardzo powściągliwy. Czasem wpadał w szał, ale nigdy nie słyszałam, by przeklinał lub używał brzydkich słów.
W końcu kupił jej piętrowy dom koło Eastern i Flamingo Avenue. Miał dwie sypialnie i kosztował sześćdziesiąt dziewięć milionów. Z pełnym wyposażeniem: lodówką, żaluzjami, zmywarką i suszarką do naczyń. Był również garaż i małe patio oraz rozsuwane drzwi prowadzące na parter. Na piętrze mieli sypialnie i duży pokój z najlepszą aparaturą stereo i telewizorem. Właśnie w nim spędzali większość czasu – oglądając mecze w telewizji i słuchając muzyki.
Tony był bardzo szczodry. Co tydzień zostawiał jej tysiąc dolarów w słoju na ciasteczka, który stał w kuchni. Nigdy nie mówił o pieniądzach i nigdy nie było mowy o tym, że ją utrzymuje. Gdy jednak kupił jej długie futro z norek, uznała, że w końcu zaangażował się uczuciowo. Pokochała go całym sercem.
Dość długo nie wiedziała, że Tony jest żonaty. Gdy odkryła prawdę, był to dla niej ciężki cios. Uwierzyła, że Tony nie ożenił się z nią tylko dlatego, że jest ortodoksyjnym katolikiem i trudno mu opuścić żonę. Przez pewien czas nakłaniał nawet Sheryl do nauki zasad wiary katolickiej. Dał jej do czytania książki o tematyce religijnej. Sam dobrze znał Biblię.
Nigdy nie powiedział złego słowa o swojej żonie. Pobrali się w kościele i sytuacja nie była łatwa. A w dodatku Tony kochał swego syna. Vincent był dla niego wszystkim. Sensem życia. Tony zawsze wracał do domu o wpół do siódmej rano, żeby móc przygotować Vincentowi śniadanie. Sheryl mówiła, że robił to nawet po nocy spędzonej z nią.
W końcu kupił jej samochód – nowego plymoutha fury. Wóz nie był zbyt efektowny.
Gdy Nancy odkryła, co się dzieje, sytuacja zrobiła się nieprzyjemna. Pewnego dnia Sheryl wstąpiła do sklepu, by zobaczyć się z Tonym. Na szyi miała wysadzany diamentami naszyjnik z literą S, który podarował jej Tony. Gdy Nancy weszła do sklepu i ujrzała Sheryl w naszyjniku, wpadła we wściekłość i próbowała go zerwać.
Dotarłam do sklepu akurat w tym momencie i ujrzałam, jak walczą ze sobą na podłodze. Sheryl nie pozwoliła odebrać sobie naszyjnika. Tony wyszedł z pokoju na zapleczu i przerwał walkę. Dzięki temu mogłyśmy z Sheryl uciec.
W końcu, gdy Tony i Sheryl rozstali się, Tony nie odpowiadał na jej telefony. Sheryl naprawdę szalała za nim, ale chyba za bardzo się narzucała. Gdy zerwali ze sobą, Tony miał sporo problemów z policją i być może próbował oszczędzić jej kłopotów.
Brat Tony'ego powtarzał Sheryl, by nie próbowała się z nim kontaktować.
– Nie dzwoń do niego – mówił. – Oszczędź sobie kłopotów.
Lecz Sheryl oglądała w telewizji, jak pojawiał się w sądzie i widziała, że tyje i źle wygląda. Zarzucała Nancy, że nie opiekuje się nim. Sheryl dbała o to, by Tony odżywiał się prawidłowo, a jej lodówka zawsze była pełna owoców, sałaty i zdrowej żywności odpowiedniej dla ludzi mających kłopoty z sercem.
Po zerwaniu z Tonym dostała pracę barmanki w nocnym lokalu. Tony nie był tym zachwycony. Ale Sheryl przyzwyczaiła się do jego stylu życia. Potrzebowała pieniędzy. Potem została krupierem. Pracowała w dawnym MGM, w Bally's, przy stole do black jacka. Miała najlepszą zmianę i doskonałe zarobki. Zaczęła się spotykać z ludźmi grającymi o najwyższe stawki. Zmądrzała. Nauczyła się żyć i zaczęła szukać następnej opoki, na której mogłaby się wesprzeć”.
„Stoimy pewnego dnia na tyłach klubu My Place, na parkingu, i Tony mówi mi, bym zabił Jerry'ego Lisnera – wspomina Frank Cullotta. – Jerry Lisner był drobnym sprzedawcą narkotyków i kanciarzem.
– Frankie, musisz się zająć tym gościem. Wykiwał mnie. To złodziej.
Powiedziałem Tony'emu, że trudno mi będzie to zrobić, ponieważ niedawno wydusiłem z niego pięć tysięcy dawek LSD i Lisner, i jego żona mi nie ufają.
Tony dostał szału.
– Zakatrupię tego skurwysyna – mówi. – Tylko go tutaj sprowadź.
Tłumaczyłem mu, że wcale się nie wymiguję. Sęk w tym, że Lisner się mnie boi. Trudno by mi było go dopaść.
– Chcę, żebyś załatwił to teraz! – zawołał. – Natychmiast!
To wszystko, co powiedział. Wrócił do klubu. Śledzono nas wtedy bez przerwy, więc wsiadłem do samochodu i pojechałem do domu. Spakowałem torbę, pojechałem na lotnisko w Bur – bank, skąd poleciałem do Chicago. Nikt nawet nie wiedział, że wyjechałem z miasta.
W Chicago skontaktowałem się z Wayne'em Matekim. Następnego wieczoru odlecieliśmy pod fałszywymi nazwiskami do Burbank, wsiedliśmy do samochodu i wróciliśmy do Vegas.
Przyjechaliśmy do mnie. Pomyślałem, że zaryzykuję i zadzwonię do Lisnera. Mówię sobie: spróbuj. Sprawdź, czy jest w domu. Jest.
– Mam dzianego frajera. Kogoś, kogo możemy nieźle oskubać – informuję i dodaję, że facet jest w mieście. I że chodzi o kupę forsy.
Lisner każe mi go sprowadzić. Korzystamy z wozu dostawczego, w którym mamy policyjną antenę przeszukującą i automat kaliber dwadzieścia pięć. Nie miałem tłumika, więc opróżniłem łuski do połowy z ładunku prochowego, żeby nie powodowały zbyt dużego hałasu.
Zostawiłem Wayne'a w samochodzie i wszedłem za bramę. Powiedziałem Lisnerowi, że chcę z nim porozmawiać, zanim wejdzie nasz klient. Chcę upewnić się, czy nikogo nie ma w domu. Wiem, że jego stara pracuje. Wiem, że Lisner ma dwóch synów. Wiecznie skarżył się, że grają mu na nerwach.
Gdy wchodzimy do domu, pytam:
– Na pewno nikogo nie ma? Jesteś pewien? Gdzie są twoje dzieci? Gdzie twoja żona? – Odpowiada, że jest sam, a ja wyjaśniam, iż chcę się upewnić, zanim przyprowadzę klienta.
Spacerujemy po domu.
– Słyszę jakiś hałas – mówię, a Lisner zapewnia, że nic nam nie grozi. Wyjrzałem przez okno salonu na basen i zamknąłem żaluzje. Razem wychodzimy z małej izdebki, wyciągam gnata i strzelam mu dwa razy w potylicę.
Lisner odwraca się i spogląda na mnie.
– Co robisz? – pyta i rzuca się do ucieczki przez kuchnię w stronę garażu.
Spojrzałem na pistolet, jakbym mówił: co to, do kurwy nędzy, ma znaczyć? Ślepe naboje? Biegnę więc za nim i opróżniam resztę magazynka. Każdy strzał przypomina eksplozję.
Ale Lisner nie pada na ziemię. Skurwiel zaczyna biec. Jak w komedii pomyłek. Gonię go dokoła domu i pakuję mu w łeb następne kule.
Doganiam go w garażu. W tym samym momencie uderza w przycisk zamka u drzwi, ale trafiam go, zanim zaczynają opadać. Widzę, że słabnie. Wciągam go z powrotem do kuchni.