Nie mam już więcej naboi. Zastanawiam się, co zrobić. Chwytam za jakiś kabel i owijam mu go wokół szyi. Kabel pęka. Szedłem już do zlewu, by wziąć nóż i skończyć tę zabawę, gdy zjawił się Wayne z dodatkowymi nabojami.
Lisner jeszcze dyszy.
– Moja żona wie, że tu jesteś – mówi.
Opróżniłem magazynek, strzelając mu prosto w oczy. I dopiero wtedy osunął się, jakby uszło z niego powietrze. Wiedziałem, że skonał.
Chciałem posprzątać w domu. Wszędzie było pełno krwi. Trup też był zakrwawiony. Obawiałem się, że mogłem zostawić odciski palców na jego ciele lub ubraniu.
Nie włożyłem rękawiczek, ponieważ Lisner nie był głupi. Nie wpuściłby mnie do domu, gdyby zobaczył, że mam rękawiczki. Starałem się więc niczego nie dotykać. Wiedziałem, że dotykałem jedynie ściany – w momencie gdy uderzyłem go koło chłodnicy. Gdy tylko osunął się na ziemię, wytarłem wszystko do czysta.
Istniało jednak ryzyko, że pozostawiłem odciski palców na jego ciele. Chwyciłem Lisnera za kostki, a gdy Wayne rozsunął drzwi, zaciągnąłem trupa na brzeg basenu i wrzuciłem do wody nogami do przodu. Wśliznął się do niej jak deska. Jakby pływał.
Wiedziałem, że krew rozpuści się w wodzie i znikną odciski moich palców. Spojrzałem w dół i spostrzegłem, że krew zaczyna wypływać na powierzchnię.
Potem przeszukaliśmy dom. Chciałem sprawdzić, czy Lisner nie nagrywał naszej rozmowy. Ja szukałem na dole, a Wayne poszedł na piętro. Znalazłem notes z telefonami i wziąłem go ze sobą.
Wróciliśmy do mnie. Wziąłem prysznic, używając płynu do czyszczenia, by usunąć ślady krwi. Potem pozbyliśmy się ubrań. Pocięliśmy je na kawałki, wsadziliśmy do kilku toreb i pojechaliśmy na pustynię, rozrzucając je po drodze.
Wayne dotarł taksówką na lotnisko i wrócił do Chicago. Przejechałem później obok domu Lisnera, ale nic się tam nie działo. Więc pojechałem do My Place. Gdy parkowałem, pod klub podjechali Tony i Sammy Siegel.
Zapytałem Tony'ego, czy ma chwilę.
Odeszliśmy na bok.
– Załatwione – powiedziałem.
– Załatwione? – zdziwił się.
– Zająłem się tym.
– Czy pozbyłeś się wszystkiego?
– Jasne. Wpakowałem w niego dziesięć kul i wrzuciłem go do basenu.
Tony popatrzył na mnie i rzekł:
– Świetnie. To nasza ostatnia rozmowa na ten temat. Później nigdy już o tym nie wspominaliśmy”.
„Przeczytałem w gazecie, że ktoś został utopiony w basenie – wspomina Mańkut. – Wyglądało to podejrzanie. Byłem ciekaw szczegółów. Wiozłem Tony'ego na kolację do małej restauracji położonej sześćdziesiąt mil za miastem; ze względu na jego kłopoty z policją i moje z uzyskaniem licencji nie chcieliśmy, by widziano nas razem w mieście.
Pamiętam, że zapytałem Tony'ego, czy znał zamordowanego. A on zamiast powiedzieć, kim był ten facet, wyjawia nazwisko człowieka, który go zabił. Nie musiałem o tym wiedzieć. Nie musiałem wiedzieć o wielu rzeczach, o których mówił mi Tony, ale niewiele mogłem na to poradzić. Tony robił właściwie to, co chciał.
Powiedział, że facet znaleziony w basenie to łobuz; był mu winien pieniądze i miał zamiar pójść na współpracę z FBI. Później dowiedziałem się, że to nieprawda.
Tony wykorzystał moją osobę, by otrzymać zgodę na to morderstwo. Zabrał Gene'a Cimorellego, który był jednym z moich dyrektorów w kasynie oraz zięciem Bobby'ego Stelli, do Chicago, by Gene mógł powiedzieć bossom, że słyszał, jak Jerry Lisner groził, iż mnie zabije. To było kłamstwo. Lisner nigdy nie wypowiadał gróźb pod moim adresem. Ale gdy dowiedziałem się o tym, niewiele mogłem zrobić.
Kiedy dotarliśmy do restauracji, Frank Schweihs i Joey Hansen już na nas czekali. Lokal był mały. Zajęli boks w głębi sali.
Ledwie usiedliśmy, a do stolika podchodzi jakiś człowiek.
– Panie Rosenthal, pozwoli pan, że się przedstawię. Jestem właścicielem tego lokalu. Widziałem pana zdjęcie w gazecie i chcę, żeby pan wiedział, że wszyscy trzymamy za pana kciuki. Jest pan zadowolony z obsługi? Mam nadzieję, że smakuje panu kolacja?
Odparłem, iż wszystko jest w najlepszym porządku i podziękowałem, choć okropnie żałowałem, że mnie rozpoznał.
Właściciel, zamiast odejść, zwrócił się do Tony'ego, przekręcając jego nazwisko:
– Czy pan też pozwoli, że się przedstawię, panie Spilotraj?
Tony wstaje, obejmuje restauratora i odprowadza go jakieś dwadzieścia stóp dalej, poza zasięg mojego słuchu.
Widzę, jak ściska mu rękę, a właściciel restauracji uśmiecha się, potem blednie, odwraca się i pośpiesznie idzie do kuchni.
Gdy Tony siada przy stole, jest cały w uśmiechach.
– Co, u diabła, mu powiedziałeś? – pytam.
– Nic takiego.
Okazało się, że Tony odprowadził go i rzekł:
– Nie nazywam się Spilotraj, ty matkojebco. Nie znasz mnie. Nigdy mnie nie widziałeś. Franka Rosenthala też tu nie było. A jeżeli się dowiem, że coś powiedziałeś, urządzimy tu kręgielnię, a ciebie obedrzemy ze skóry”.
Spilotro był podsłuchiwany, śledzony, nękany, aresztowany, oskarżany. Nigdy jednak nie został skazany. W ciągu pierwszych pięciu lat jego pobytu w Las Vegas popełniono więcej morderstw niż w poprzednim ćwierćwieczu. Został oskarżony o zamordowanie kasjera z Caesar's Palace nazwiskiem Red Kilm, ale sprawa nigdy nie trafiła do sądu. Podejrzewano go o zabicie męża Barbary McNair, Ricka Manziego, który był zamieszany w nieudaną transakcję narkotykową, ale skończyło się na podejrzeniach. Spilotro wchodził do sądu ze swym adwokatem Oscarem Goodmanem, machając ręką i śmiejąc się do kamer telewizyjnych.
„Im więcej reporterów widział Oscar, tym dalej parkował swój samochód – wspomina Frank Cullotta. – W ten sposób miał więcej czasu na udzielanie wywiadów. Tony uwielbiał Oscara. Przez te wszystkie lata nigdy nie siedział w więzieniu dłużej niż parę godzin, czekając na poręczenie. Gdy ostrzegałem go przed Goodmanem, który według mnie był spragnionym rozgłosu łajdakiem, Tony tylko kiwał głową i obgryzał kciuk. Miał taki zwyczaj. Jego prawy kciuk zawsze był poobgryzany do krwi.
Później, gdy Oscar się wzbogacił, Tony spoglądał na wielki murowany budynek, który Goodman postawił przy Czwartej Ulicy i mawiał: «To ja go zbudowałem». Jakby był z tego dumny. Nigdy nie zrozumiałem, dlaczego Tony tak bardzo lubił Oscara. Ten facet był prawnikiem. Zrobił na Tonym majątek. Nie mógłbym ufać człowiekowi, który nosi podrobionego rolexa”.
ROZDZIAŁ 12
„To jeden z problemów z ożenkiem z piękną lub nawet bardzo ładną dziewczyną”.
Po dwóch, trzech latach małżeństwo Mańkuta zaczęło przypominać nie trafiony zakład. Geri urodziła syna, Stevena; uwielbiała go. Uznała jednak, że życie w domowym zaciszu, do jakiego chciał ją zmusić Mańkut, zanadto ją ogranicza, tym bardziej, iż on sam nie chciał poddać się regułom, których przestrzegania oczekiwał od niej. Całymi dniami i nocami pracował w kasynie i Geri zaczęła podejrzewać, iż spotyka się z innymi kobietami. Powiedziała swej siostrze, że znajdowała rachunki za biżuterię i prezenty w kieszeniach jego garniturów oddawanych do czyszczenia. Gdy oskarżyła Mańkuta o to, iż ją zdradza, powiedział, że zwariowała. Zarzucił jej pijaństwo i zażywanie zbyt wielu prochów.
Więc Geri zaczęła bywać. Czasem nie wracała do domu na noc. Czasem znikała na cały weekend. Mańkut nieraz wynajmował prywatnych detektywów, by ją śledzić. Zjawiał się w jej ulubionych barach i żądał, by natychmiast wracała do domu. W końcu zagroził, że się z nią rozwiedzie. Spotkał się z Geri w kancelarii Oscara Goodmana i przedstawił pisemne oświadczenia potwierdzające jej uzależnienie od alkoholu i narkotyków. Dał Geri wyraźnie do zrozumienia, że czasy jej świetności i dobrego zdrowia skończyły się i że w przypadku rozwodu straci także prawo do opieki nad synem.