Bardziej doświadczeni dyrektorzy kasyna, którzy podejrzewali, że ma miejsce skimming, byli na tyle sprytni, by rozumieć, że wyjaśnianie takich spraw nie leży w ich interesie.
Wszyscy oni wiedzieli, że nawet niezamierzone zagrożenie bezpieczeństwa kradnących mogłoby okazać się fatalne w skutkach.
Edward „Marty” Buccieri, daleki kuzyn Fiorego, był szefem zespołu stołów w kasynie Caesar's Palace. Ten dawny oszust i były bukmacher poznał Allena Glicka w 1972 roku, w czasie gdy Glick próbował kupić King's Castle nad jeziorem Tahoe.
Buccieri przedstawił Glicka Alowi Baronowi i Frankowi Ranneyowi, oficjelom ze związkowego funduszu emerytalnego, którzy przyczynili się do nabycia przezeń hotelu i kasyna Stardust w 1974 roku. W 1975 roku, gdy zagarniana z kasyna gotówka zaczęła pełnymi torbami trafiać do mafijnych bossów, którzy załatwili pożyczkę, Buccieri począł nękać Glicka. Zażądał dla siebie udziału w wysokości od trzydziestu do pięćdziesięciu tysięcy dolarów.
„Buccieri był wkurzony na Glicka przez całe lata – wspomina Beecher Avants, ówczesny szef wydziału zabójstw policji metropolitalnej. – Każdemu, z kim rozmawiał, oświadczał, że on pierwszy załatwił pożyczki z funduszu emerytalnego, a Glick go potem wykolegował. Oto Glick posiadał cztery kasyna, trzy hotele, odrzutowce, domy w całym mieście, a Marty sterczał przy stole w Caesar's Palace przez osiem godzin dziennie”.
Pewnego majowego popołudnia Glick spotkał się z Buccierim w hotelu Hacienda. Buccieri znowu poruszył sprawę udziału. Rozmowa przerodziła się w kłótnię. Buccieri chwycił Glicka za gardło i groził mu. Rozdzielili ich ochroniarze.
„Pamiętam, jak Glick wrócił potem do kasyna – wspomina Rosenthal. – Był czerwony jak burak. Cały w nerwach.
– Muszę z tobą porozmawiać – mówi. – To pilna sprawa. Znasz Marty'ego Buccieriego?
Nie znałem faceta. Jego imię obiło mi się o uszy, ale nie znałem go osobiście. Wiedziałem, że jest dalekim krewnym mojego przyjaciela, Fiore Buccieriego, kuzynem lub kimś w tym rodzaju. Nigdy jednak go nie spotkałem.
Glick był okropnie zdenerwowany. To do niego niepodobne. Mówi mi:
– Frank, nie pozwolę, by to się powtórzyło. Musisz mi pomóc.
Zapytałem, co się stało, a on opowiedział, jak Marty chwycił go za gardło i zaczął popychać. Zapytałem, dlaczego Buccieri miałby coś takiego zrobić, ale Glick chciał tylko opisać całą sytuację. Wcisnął mi jakiś list, ale mało co z niego zrozumiałem. Później odkryłem, że bał się, iż go sprzątną”.
Tydzień po tym incydencie Buccieri uruchamiał samochód na parkingu dla pracowników kasyna Caesar's Palace, gdy dwaj mężczyźni uzbrojeni w automaty kaliber 25 z tłumikami strzelili mu pięć razy w głowę.
„Poszedłem porozmawiać z Glickiem o tym morderstwie – wspomina Beecher Avants. – Miał bogato wyposażony gabinet z masą luster. Wszędzie stał najnowocześniejszy sprzęt elektroniczny. Wszędzie były półki z książkami. Elektroniczne maszyny wyświetlające kursy akcji na giełdzie. Drogie lampy, wazy wypełnione kwiatami. Gabinet prezesa. Nie było takiego miejsca, w którym siedzący nie widziałby swego odbicia w lustrze. Glick należał do tych bardzo niskich facetów, którzy kryją się za wielkimi biurkami.
Potwierdził, że «posprzeczał» się z Buccierim, ale zaprzeczył, by Marty napadł na niego.
Gdy mówił, siedział nieruchomo. Był bardzo opanowany. Na każde pytanie miał rzeczową odpowiedź. Przypominał żywego trupa. Cyborga. A lustra w całym pokoju ukazywały tę samą zwielokrotnioną postać. Po pewnym czasie zacząłem się zastanawiać, który z tych cyborgów jest prawdziwym Glickiem.
Mańkut był zupełnie inny. Jego gabinet nie miał żadnych luster. Był bez skazy. Blat biurka pusty. Za biurkiem wisiał plakat z wielkim NIE!, zajmującym górne dziewięć dziesiątych jego powierzchni, i małym «tak», wciśniętym u dołu.
Mańkut stał za biurkiem. Jedyną ruchomą rzeczą był ołówek, którym się bawił. Rosenthal należał do ludzi, którzy nie chcieli puścić pary z ust, ale musiał dać do zrozumienia, że wie znacznie więcej, niż kiedykolwiek wyjawi”.
Beecher Avants i ludzie z wydziału zabójstw przez wiele miesięcy usiłowali obarczyć odpowiedzialnością za morderstwo Tony'ego Spilotra, którego tydzień przed morderstwem widziano w towarzystwie oficjeli ze związkowego funduszu emerytalnego w kawiarni Tropicana. Tymczasem FBI po paru dniach dowiedziało się, że morderstwo zlecił Frank Balistrieri. Zdaniem wysoko postawionego informatora w Milwaukee Balistrieri doszedł do wniosku, że Buccieri to kapuś i zwrócił się do bossów w Chicago o zgodę na sprzątnięcie go. Sprawę zlecono Spilotrowi i jego ludziom. Według informatora, rozeźlony Spilotro twierdził, że Buccieri nie jest kapusiem, ale mimo to wykonał zlecenie. Sprowadził dwóch ludzi od mokrej roboty – jednego z Kalifornii i jednego z Arizony. Żaden z nich nie został oskarżony o to morderstwo.
FBI wiedziało prawie o wszystkim. Nie mogło jedynie wówczas wiedzieć, że Marty Buccieri zginął, ponieważ groził Glickowi, a Glick był figurantem mafii. Groźbę pod adresem Glicka postrzegano jako zagrożenie dla bossów i ich zysków ze skimmingu w kasynach. Ponieważ zapewnienie bezpieczeństwa i bezkarności złodziejom nie mogło być oficjalnym powodem do zabicia Buccieriego, rozkazodawcy rozpuścili wśród gangsterów nieprawdziwą pogłoskę, że Marty został rządowym informatorem. Nawet Spilotro, człowiek, któremu Chicago zleciło wykonanie wyroku, nigdy nie poznał prawdziwego powodu zamordowania Buccieriego.
Pół roku po śmierci Marty'ego, 9 listopada 1975 roku, bogata pięćdziesięciopięcioletnia kobieta nazwiskiem Tamara Rand została zabita pięcioma strzałami w głowę w kuchni swego domu w Mission Hills, dzielnicy San Diego. Morderstwo było dziełem profesjonalistów. Zabójcy użyli broni kaliber 22 z tłumikiem; nie było śladów włamania i nic nie zginęło. Ciało zamordowanej znalazł jej mąż, gdy wrócił z pracy.
„Następnego dnia rano zaczęli do mnie dzwonić dziennikarze – wspomina Beecher Adams. – Okazało się, że Tamara Rand była niedawno w Las Vegas i wdała się w spór z Allenem Glickiem.
Powróciło widmo zabójstwa Buccieriego. Konflikt z Glickiem musiał kończyć się śmiercią. Jak się okazało, Rand twierdziła, iż jest komandytariuszką Glicka i wystąpiła do sądu z żądaniem, części udziałów w Starduście.
Była twardą kobietą. Przyleciała do Vegas w maju, by wnieść sprawę do sądu, a gdy wróciła do San Diego, powiedziała swej siostrzenicy, że pokłóciła się z Glickiem. Powiedziała także, że jej grożono, nie sprecyzowała jednak, kto dokładnie jej groził. Zdaniem siostrzenicy ciotka zignorowała pogróżki: «Bardziej przejmowała się przygotowaniem dokumentów procesowych»„.
Glick spokojnie zaprzeczał twierdzeniom Rand, iż od lat była jego wspólniczką w Starduście, lecz jej nagła śmierć w wyniku zamachu dokonanego w mafijnym stylu wypchnęła niejasny spór opisywany dotąd przez dziennikarzy w dziale finansowym na pierwsze strony gazet.
Glick dowiedział się o morderstwie, gdy wysiadał ze swego odrzutowca w Las Vegas, witany przez reporterów i kamerzystów telewizyjnych i proszony o skomentowanie tej wiadomości. Stwierdziwszy, że jest wstrząśnięty, wsiadł do służbowej limuzyny i opuścił scenę. Następnego dnia dział prasowy korporacji opublikował oświadczenie stwierdzające, że choć Glick znał Tamarę Rand i mile wspomina ich przyjaźń, nie ma nic więcej do powiedzenia.