Gazety znalazły komentarz do jej śmierci gdzie indziej. Dziennikarze odkryli, że parę miesięcy wcześniej Rand wsparła powództwo cywilne przeciwko Glickowi oskarżeniem o oszustwo. Odniosła wówczas w sądzie ważne i niebezpieczne zwycięstwo: uzyskała wraz ze swymi prawnikami dostęp do dokumentów korporacji dotyczących pożyczki ze związkowego funduszu emerytalnego.
Tydzień po dokonaniu morderstwa „San Diego Union” przedrukował list napisany przez Rand siedem miesięcy przed śmiercią i szczegółowo przedstawiający jej znajomość z Allenem Glickiem. Nie wyrażała się o nim zbyt pochlebnie. Oskarżała Glicka o życie w królewskim stylu, o przewożenie przyjaciół na mecze futbolowe samolotem korporacji i otaczanie się kosztownymi „zabawkami”.
Rozgłos wokół sprawy morderstwa – którego zwieńczeniem był artykuł w „Los Angeles Times” informujący, że Glick jest jedną z kilku osób przesłuchiwanych w związku ze śmiercią Tamary Rand – zmusił Glicka do pojawienia się przed reporterami w biurach dyrekcji hotelu Stardust i złożenia oświadczenia odpierającego zarzuty pod jego adresem.
„Przez ostatnie dwa tygodnie i w ostatnich dniach – rozpoczął – z powodu niezdrowej pogoni za sensacją byłem przedmiotem złośliwych komentarzy opartych na kłamstwach, podstępnych insynuacjach i sugerujących popełnienie przestępstwa wywodach.
Czuję się zmuszony odpowiedzieć na te horrendalne ataki nie tylko ze względu na presję, której poddana została moja rodzina, ale i z uwagi na szacunek, którym darzę ponad pięć tysięcy pracowników Argent Corporation, moich kolegów i przyjaciół.
Dopuszczenie do tego, by te ostatnio opublikowane kłamstwa pozostały bez odpowiedzi z mojej strony, byłoby zdradą wobec rodziny, przyjaciół i korporacji.
Dwa tygodnie temu w San Diego znaleziono martwą kobietę. Pani Rand była moją dawną wspólniczką, a ostatnio stroną w procesie sądowym wszczętym zarówno przeciwko spółce, w której działałem, jak i mnie osobiście.
Twierdzenia i insynuacje, że miałem związek z tą straszną tragedią lub wiedziałem o niej, są efektem nieodpowiedzialnych i nieetycznych praktyk środków masowego przekazu.
Zakładanie, że spór sądowy w jakikolwiek sposób wiązał się z bestialskim mordem jest rzeczą niegodziwą. Doceniam fakt, że niektórzy członkowie rodziny pani Rand zdecydowali się osobiście wyrazić swe oburzenie z powodu fałszywych oskarżeń.
Łączenie mojej osoby bądź jakiegokolwiek wydziału lub pracownika mojej spółki z tak zwaną «zorganizowaną przestępczością» to oszukiwanie opinii publicznej.
Faktem jest bowiem, że nigdy nie uznano mnie winnym przestępstwa większego niż naruszenie przepisów ruchu drogowego. Faktem jest bowiem, że Argent Corporation zarządza trzema hotelami i czterema kasynami w Las Vegas. Faktem jest, że po wyczerpującym i długim śledztwie jednomyślnie przyznano mi licencję na prowadzenie tych kasyn… Faktem jest bowiem, że starałem się prowadzić skromne życie towarzyskie oparte o zdrowe więzi rodzinne.
Zamiast uznać te fakty – ciągnął dalej Glick – niektórzy przedstawiciele środków masowego przekazu dokonywali ciągłych przekłamań i przeinaczeń.
Nie mam do dyspozycji gazety, czasopisma ani stacji telewizyjnej, które mógłbym wykorzystać do odpierania tych bezpodstawnych zarzutów, ale stoi za mną fakt, którego nie będzie można zniekształcić, podważyć ani zafałszować. Otóż Allen R. Glick nigdy nie był i nigdy nie będzie związany z niczym, co jest niezgodne z prawem”.
Według FBI Tamarę Rand zamordowano, aby chronić ludzi zamieszanych w skimming. Rozkazodawcą był Frank Balistrieri. Gdy pani Rand uzyskała prawo wglądu w dokumenty związane z pożyczką Związku Zawodowego Kierowców dla Glicka i Argent Corporation, Balistrieri zrozumiał, że trzeba przerwać toczący się proces.
Wybrał się więc w kolejną podróż do Chicago. Tym razem powiedział mafijnym bossom – Joemu Aiuppie, Jackiemu Ceronemu i Turkowi Torellowi – że Tamara Rand naraża na szwank cały ich plan. Jeżeli związkowe księgi rachunkowe dotyczące pożyczki dla Argentu miały zostać przedłożone sądowi, wezwanie poszczególnych osób do stawiennictwa pod groźbą kary było tylko kwestią czasu. Rand miała zamiar doprowadzić do upadku Glicka i wszystkich osób zaangażowanych w tę sprawę.
Informator z Milwaukee wyjawił później FBI, że Balistrieri powiedział swoim szefom z Chicago: „Chcemy uniknąć nieszczęścia, Geniusz musi mieć czyste konto. Jeżeli ona postawi Glicka przed sądem, załatwi go na amen”.
Nikt nie został oskarżony o zamordowanie Tamary Rand.
A wpływy zatajano nadal.
Szacuje się, że między 1974 a 1976 rokiem Vandermark zdołał zagarnąć od siedmiu do piętnastu milionów dolarów. Suma ta nie obejmuje tego, co wypłynęło z kas biura bukmacherskiego w hotelu Stardust, wydziału kredytów oraz rachunków, z których opłacano jedzenie i napoje. Nie było wydziału dysponującego finansowymi rezerwami korporacji, do którego nie przeniknęliby współpracownicy chicagowskich bossów.
Dla ludzi, którzy załatwili Glickowi pożyczkę, skimming w kasynach był niczym odkrycie złóż roponośnych. Pieniądze napływały co miesiąc szerokim strumieniem. W pierwszym roku działalności Glicka, między sierpniem 1974 i sierpniem 1975, Argent Corporation wykazała straty netto w wysokości siedmiu i pół miliona dolarów. Zaskoczyło to Glicka, ponieważ łączne wpływy korporacji wzrosły w tym okresie o trzy miliony czterysta tysięcy, do osiemdziesięciu dwóch milionów sześciuset tysięcy dolarów. Glick był na tyle nieświadomy tego, co się działo, że przypisywał straty, jakie poniosły kasyna, prowadzonej przez korporację spłacie dodatkowych nieprzewidzianych odsetek, wyższym odpisom amortyzacyjnym, pożyczkom dla filii, a nawet zwiększeniu kosztów eksploatacji i wydatków.
„Nie miał bladego pojęcia o tym, co robią i w jaki sposób to robią” – twierdzi Bud Hall.
ROZDZIAŁ 14
„Gdybyście nie przyznawali licencji temu, kto ma coś na sumieniu, przypuszczalnie trzeba byłoby odebrać je połowie mieszkańców tego miasta”.
„Gdy zostałem wylany ze Stardustu, dostałem pracę w «Valley Times» i swoimi felietonami doprowadzałem Mańkuta i Glicka do szału – wspomina Dick Odessky, były dyrektor biura prasowego hotelu Stardust.
Nie zarabiałem Bóg wie jakich pieniędzy, ale miałem niezły ubaw. Dobrałem się do skóry korporacji obracającej setkami milionów dolarów, jednej z największych w Las Vegas i wzbudzającej wiele kontrowersji.
Pod koniec 1975 roku, po rocznej działalności, prezes zarządu był przesłuchiwany w sprawie swych powiązań z ludźmi winnymi dwóch mafijnych morderstw i wpływu mafii na uzyskanie przezeń pożyczki ze związkowego funduszu. Człowiek, którego zatrudnił do prowadzenia swych kasyn, tak się bał, że nie zdoła przejść testu sprawdzającego dla osób ubiegających się o licencję, że oficjalnie występował we wszelkich możliwych rolach, jednocześnie decydując o wszystkim za kulisami.
Wciąż miałem w firmie wielu przyjaciół i było sporo przecieków. Któregoś dnia otrzymałem telefon od pewnej kobiety, która powiedziała, że Rosenthal wparował na salę gier i zwolnił całą obsługę stołu.
Już wcześniej dostarczała mi sporo ciekawych informacji o Argent Corporation i Franku, ale wszystkie były nie do sprawdzenia. Teraz miałem w ręku coś, co mogłem zweryfikować, a gdy zweryfikowałem, okazało się, że wszystko się zgadza.