Po przesłuchaniu podszedł do mnie i wyciągnął rękę.
– Chciałbym przeprosić ciebie i twoją rodzinę – rzekł – ale zrobiłem to, co musiałem zrobić.
Wiem, że czuł się paskudnie. Wiedział, że zostałem oszukany, ale był tylko skromnym kuratorem. Gubernator i Echeverria mieli go w ręku.
Tydzień później wróciłem z moimi pracownikami do Carson City, by odwołać się od decyzji komisji, ale było oczywiste, że Echeverria odrzuci odwołanie. Gdy tylko moi prawnicy zaczęli przedstawiać swoje argumenty, ostentacyjnie podniósł rękę, spojrzał na zegarek i ziewnął. Odwołanie niewiele dało. Komisja ds. Gier Hazardowych jednogłośnie poparła decyzję Komisji ds. Nadzoru.
Powinienem dostać licencję. Hannifin miał moje akta, całą kartotekę, i nie było w niej nic, co mogło przeszkodzić w przyznaniu mi uprawnień. W Vegas licencje posiadali tacy ludzie, że byś nie uwierzył. Ale to nie moja sprawa. Nie mogę wskazywać na innych. Miałem przekonać ich, że się nadaję.
Tymczasem prowadziłem cztery kasyna. Nikt nie miał pod sobą czterech kasyn. Nikt w mieście nie ponosił takiej odpowiedzialności jak ja. Jeżeli w Starduście było niedobre jedzenie lub coś się działo we Fremoncie, musiałem tam być. Nauczyłem ludzi, by dzwonili do mnie o każdej porze dnia i nocy. Wiele razy musiałem wstawać i wracać do jednego z kasyn o trzeciej nad ranem.
Pamiętam, że stale narzekano, iż kucharz w Starduście serwuje koszmarne potrawy. Skargi dotarły do mojego biura. Ponoć nie dosmażał jajecznicy. Posyłał na stół nie ścięte jajka bez względu na to, czego sobie życzył kelner lub gość, który ją zamówił.
Pewnego dnia wstałem o czwartej rano i poszedłem do restauracji. Usiadłem i zamówiłem jajecznicę. Uprzedziłem kelnerkę, że jeżeli powie kucharzowi, iż to ja złożyłem zamówienie, to ją zwolnię. Gdy przyniosła jajecznicę, jajka pływały na talerzu. Wstałem, poszedłem do kuchni i wylałem go z pracy. Chryste, dostało mi się za to od związku.
Nie mogłem jednak tolerować niekompetencji. Byłem nieustępliwy. Głupi. Myślę, że to rezultat wielu lat typowania wyników, wielu lat zbierania informacji przez osiemnaście godzin na dobę, ślęczenia nad czterdziestoma funtami gazet dziennie, rozmów z informatorami w całym kraju. To robota dla nawiedzonych i teraz widzę, że przeniosłem dawne przyzwyczajenia do nowego środowiska, między ludzi”.
Odmowa przyznania licencji miała położyć kres obecności Mańkuta w Starduście. Musiał skończyć z hazardem. Koniec z udawaniem dyrektora biura prasowego i dyrektora ds. zaopatrzenia. Dostał czterdzieści osiem godzin na uprzątnięcie biurka. Co miał zrobić? 29 stycznia 1976 roku Mańkut wyniósł się ze świeżo odnowionego biura w Starduście i pojechał do domu. Nazajutrz inspektorzy śledczy Komisji ds. Nadzoru dowiedzieli się, że jego dwuipółmilionowy dziesięcioletni kontrakt dalej obowiązuje.
CZĘŚĆ 3
ROZDZIAŁ 15
„A wierćcie sobie, do kurwy nędzy”.
Frank Rosenthal nie miał zamiaru ani porzucać pracy, ani rezygnować. Utworzył w domu centrum dowodzenia i przystąpił do prowadzenia wojny na dwóch frontach: po pierwsze, wywierając nadal jak największy wpływ na kasyna i po drugie, wszczynając serię batalii prawnych ze stanowymi władzami zajmującymi się grami hazardowymi, aby zakwestionować ich prawo do wydawania licencji. Te bardzo nagłośnione i coraz zacieklejsze spory sądowe ciągnęły się przez lata. Wydawało się wręcz, że żyją własnym życiem. Od miejscowych sądów począwszy przez sądy stanowe, stanowe sądy apelacyjne, federalne sądy okręgowe, sądy apelacyjne, a na Sądzie Najwyższym skończywszy, Mańkut prowadził prawne manewry. Część spraw wygrał; Część przegrał. Gdy wygrywał, przenosił się z powrotem do swego biura w Starduście. Gdy przegrywał, wyprowadzał się.
„Mańkut uwielbiał to – twierdzi Murray Ehrenberg, menedżer kasyna Stardust. – Przewidywał rozstrzygnięcia swych procesów w podobny sposób, w jaki przewidywał wyniki meczów futbolowych. Zaczął czytać. Zaczął analizować. Zaczął doprowadzać swojego adwokata do szaleństwa. Był w swoim żywiole”.
Rozpoczęło się zwyczajnie. W styczniu 1976 roku, gdy Mańkut po raz pierwszy otrzymał nakaz opuszczenia kasyna, faktycznie dalej nim kierował, Murray Ehrenberg i Bobby Stella pozostali na miejscu. Rosenthal zainstalował gorącą linię pomiędzy swą sypialnią a salą gier w kasynie. Zanim został zwolniony, wydano tysiące firmowych dolarów na połączenie jego domu z systemem elektronicznym w kasynie, z kamerami włącznie; mógł dzięki temu obserwować grę przy każdym stole na monitorach u siebie w domu.
„Wiedzieliśmy, że nas obserwuje – twierdzi Shirley Daley, emerytowana kelnerka w Starduście – ponieważ ni stąd, ni zowąd Murray lub Bobby zaczynali krytykować nas za drobiazgi, które mógł zauważyć tylko Mańkut: kiedy na przykład kelnerka zbyt długo przynosiła drinki lub gdy krupier nie zawołał szefa stołu, zmieniając banknot studolarowy”.
„Powinien się wynieść – mówi Ehrenberg – ale nadal wydawał polecenia. Pamiętam, że jednej nocy wezwał nas wszystkich do swojego domu. Na podjeździe musiało stać z piętnaście samochodów. Gene Cimorelli. Art Garelli. Joey Cusumano. Bobby Stella senior. Przyjechali szefowie wszystkich kasyn.
Poszło o to, że przyłapałem jednego z krupierów black jacka na kradzieży około tysiąca sześciuset dolarów i chciałem go zwolnić. Ale Bobby Stella życzył sobie, żebym puścił to w niepamięć. Nie chciałem temu facetowi szkodzić, chciałem tylko powiedzieć mu, żeby poszedł w cholerę. Lecz Bobby wziął go w obronę. Staliśmy w salonie. Mańkut wysłuchał tego, co obaj mieliśmy do powiedzenia. Towarzyszyli nam szefowie zespołów stołów i szefowie zmian, ponieważ byli świadkami kradzieży. Gdy Mańkut wszystkich wysłuchał, przyznał mi rację. Bobby bardzo się zdenerwował. Nie chciał zwalniać tego człowieka, ale Mańkut zgasił go natychmiast.
– Bobby, czy chcesz tłumaczyć się ludziom w Chicago z tego, że pozwoliłeś komuś kraść ich forsę? Chcesz pogadać sobie ze zwierzętami?
Bobby wiedział, co Mańkut miał na myśli, bo dawniej prowadził grę w kości dla Momo Giancany. Przymknął się od razu”.
Spotkania Mańkuta z pracownikami kasyna tak bardzo zaniepokoiły Allena Glicka, że zażądał wyjaśnień.
„Część wyparła się udziału w tych spotkaniach, a część stwierdziła, że miały one czysto towarzyski charakter – wspomina Glick. – W końcu wynająłem prywatną agencję detektywistyczną. Detektywi mieli ich śledzić. Chciałem sprawdzić, jak często odbywają się owe «towarzyskie spotkania».
Niedługo po otrzymaniu ich raportu zadzwonił do mnie Frank Balistrieri. Był bardzo poruszony. Powiedział, że chce się ze mną spotkać. Zaskoczył mnie, ponieważ w tym okresie z oczywistych względów nasze wzajemne kontakty były bardzo ograniczone. Powiedział, że sprawa jest tak ważna, iż osobiście przyjedzie do Las Vegas. Miał do mnie zadzwonić, gdy tylko znajdzie się w mieście.
Spotkaliśmy się w apartamencie hotelu MGM. Balistrieri czekał z jakimś nieznajomym człowiekiem. Gdy wszedłem do środka, wyczułem, że jest zdenerwowany. Powiedział, że decyzja o odbyciu tej podróży nie przyszła mu łatwo. Nie chciał przyjeżdżać, ale poproszono go o to, ponieważ dobrze mnie znał.
Jego zdaniem zrobiłem coś, co nie tylko spotkało się z dezaprobatą jego i współpracowników, ale było również najgorszą rzeczą, jaką mogłem zrobić.
– Gdyby nie ja – powiedział – już byś nie żył.
Dodał, że jeżeli kiedykolwiek znowu zrobię to, co zrobiłem, nie będzie mógł zagwarantować mi bezpieczeństwa.