Na ogłoszenie odpowiedział Dick Law, znudzony swym zajęciem dwudziestoośmioletni przysięgły rewident księgowy. Law, który w college'u studiował filozofię jako przedmiot kierunkowy, uznał, że ta praca będzie dla niego wyzwaniem. Został przyjęty.
Wraz z Gomesem zaczął wgłębiać się w księgi Argent Corporation rejestrujące wpływy z automatów do gier losowych, zestawiać i porównywać dane i wykazy pracowników oraz stanowisk z nazwiskami postaci ze świata zorganizowanej przestępczości.
„Wszystko, co odkrywaliśmy – wspomina Gomes – prowadziło nas do nowych odkryć”.
Zaczęli robić nie zapowiedziane kontrole w kasynach korporacji. Odkryli wiele drobnych oszustw – dwuosobowe układy, w których pracownik kasyna z kluczem do automatów ustawiał je tak, by ten drugi, człowiek nie związany z kasynem, mógł zgarnąć całą pulę.
Potem Gomes zaczął sprawdzać dodatkowe banki, które pojawiły się na sali kasyna, i porównywać liczbę gier uwidocznioną na licznikach automatów z ich liczbą łączną, podaną w wykazach rewidentów korporacji. Zaczęły wychodzić na jaw ogromne różnice. Najwyraźniej jedynym celem istnienia takich banków było uniknięcie konieczności przekazywania gotówki z automatów do count roomu i kasy, gdzie mogłaby być przeliczona przez ludzi nie wtajemniczonych w skimming.
Gomes i Law nabrali jeszcze większych podejrzeń, gdy odkryli, że inne kasyna Argent Corporation – Fremont i Hacienda – przesyłały wpływy z automatów do Stardustu w celu przeliczenia i sporządzenia zestawień, mimo że posiadały własne count roomy.
18 maja 1976 roku Gomes, Law i dwaj inspektorzy Komisji ds. Nadzoru nad Grami Hazardowymi wkroczyli do kasy kasyna Stardust i zażądali pokazania ksiąg. Kasjerzy przeżyli szok.
„Czekaliśmy do piątej – wspomina Gomes – gdyż wiedzieliśmy, że członków Komisji ds. Nadzoru nie będzie już wtedy w mieście. W kasynie mieliśmy informatorów, którzy powiedzieli nam, że powstał specjalny lewy fundusz i że pieniądze wypływają z kasyna.
Gdy znaleźliśmy się w kasie, zapytaliśmy o ten fundusz. Szef zmiany pobladł i powiedział, że nic nie wie o żadnym «specjalnym funduszu». Zatelefonował do menedżera działu automatów do gier losowych. Ten odparł, że również nie ma pojęcia o istnieniu jakiegoś specjalnego funduszu. Chwyciłem słuchawkę i powiedziałem:
– Słuchaj, dupku. Nie obchodzi mnie, jak nazywacie ten fundusz. Chcę zobaczyć, gdzie trzymacie forsę, która powinna trafiać do pomieszczenia z bilonem.
W końcu dostaliśmy się do dwóch stalowych szaf ukrytych za kabiną wymiany. Poprosiliśmy o klucz i w końcu dostaliśmy go, ale okazało się, że można nim otworzyć szafę tylko z jednej strony. Była wypełniona monetami. Jakimś dziwnym trafem nikt nie mógł znaleźć klucza do drzwiczek z drugiej strony. W końcu powiedziałem menedżerowi, żeby lepiej dał mi ten klucz, bo inaczej przewiercimy zamek.
– A wierćcie sobie, do kurwy nędzy – powiedział.
Przewierciliśmy więc i w środku znaleźliśmy stosy banknotów studolarowych. A gdy sprawdziliśmy księgi główne, okazało się, że monety z szaf nie są w nich uwzględnione. Cały ten bilon był plonem skimmingu. Trzymano go w szafach, dopóki dziewczyny z obsługi nie wymieniły go na banknoty w dodatkowych bankach”.
Jeden z pracowników Fremontu powiedział Gomesowi, że monter, który zwolnił się z pracy w fabryce wag i poszedł pracować dla Vandermarka, tuż po nalocie na Stardust otrzymał od niego telefon z poleceniem, by „zrobił porządek” na wypadek kolejnej inspekcji.
W efekcie dodatkowy bank we Fremoncie został zdemontowany, a części umieszczono w piwnicach hotelu, zanim czteroosobowy nalot Gomesa zdołał zakończyć pracę w Starduście i dojechać do centrum.
„W czasie naszej wizyty próbowaliśmy dotrzeć do Jaya Vandermarka – wspomina Gomes. – Był w kasynie w chwili naszego przyjazdu, ale gdy tylko zorientował się, że coś nie gra, uciekł przez kuchnię i ukrył się w domu Bobby'ego Stelli”.
Spędził tam noc, a następnego rana pod fałszywym nazwiskiem odleciał do Mazatlanu w Meksyku. Każdy, kto wypytywał o niego w Starduście, dowiadywał się, że Vandermark wyjechał na parotygodniowe wakacje.
Nalot na Stardust ujawnił największy szwindel w dziejach Las Vegas i wywołał w hotelu kompletny chaos. Glick początkowo uznał zarzuty zatajania wpływów za niedorzeczne, a potem stwierdził, że padł ofiarą „malwersacji byłych pracowników”. Jeden z członków Komisji ds. Nadzoru nad Grami Hazardowymi przyznał, że „nie ma mowy o zatajaniu wpływów, ponieważ w takim wypadku musielibyśmy wykazać, że uczestniczył w nim zarząd korporacji. Rozpatrujemy natomiast możliwość dokonania malwersacji”.
Użycie określenia „malwersacja” zamiast „zatajanie wpływów” miało dla Glicka wartość wielu milionów dolarów: gdyby bowiem Komisja ds. Nadzoru uznała, iż zarząd Argent Corporation był zamieszany w skimming, kasyno utraciłoby licencję.
Komisja ds. Nadzoru wezwała nawet Vandermarka do stawienia się przed nią pod groźbą kary, choć nie było nawet cienia szansy na to, by uczynił to człowiek, który uciekł pod fałszywym nazwiskiem i ukrywał się gdzieś w Meksyku.
„Po nalocie – wspomina Dick Law – było oczywiste, że wszyscy doskonale wiedzieli, co się dzieje w Argent Corporation, ale nikt nie chciał interweniować. Śledztwo toczyło się dalej. Próbowałem wykryć powiązania korporacji i Glicka z mafią. Wiedziałem, że one istnieją. Zebrałem wszystkie czeki wystawione na Saratoga Development Corporation Allena Glicka. Stos dokumentów sięgał sufitu. Było dla mnie oczywiste, że Glick wiedział o zatajaniu wpływów.
A co on robił? Dalej udawał, że nie wiedział o niczym, a nawet uparcie domagał się od towarzystwa ubezpieczeniowego odszkodowania za straty w wyniku malwersacji. Chyba nawet w końcu coś dostał.
Tymczasem członkowie Komisji ds. Nadzoru dopytywali się o raport. Przekazywałem im skrawki informacji, jednocześnie próbując znaleźć dowody mafijnych powiązań Argent Corporation. Co do ich istnienia nie miałem wątpliwości”.
Carl Thomas rozpoczął pracę w Starduście akurat wtedy, gdy Gomes i Law urządzili nalot na kasyno.
„W kasynie panował totalny chaos” – wspominał później. Ku swemu zdumieniu odkrył, że oprócz kombinacji Vandermarka z liczeniem wpływów z jednorękich bandytów, oszukiwano na tuzin innych sposobów. Posłusznie poinformował o wszystkim Civellę.
„Byłem przerażony tym, co się działo – wspomina Thomas. – Chciałem zaprowadzić porządek. Powiedziałem Nickowi, że hotel i kasyno przypominają wiadro z dwudziestoma dziurami. Podpisali na przykład kontrakt wartości trzystu tysięcy dolarów na opłaconą z góry reklamę kasyna – zapłacili za reklamę, zanim ukazała się w mediach… Umowa na dostawę żywności i napojów to była kpina w żywe oczy… W biurze bukmacherskim był burdel… Na mój gust na samych zakładach totalizatora sportowego traciliśmy co miesiąc od czterystu do pięciuset tysięcy dolarów… Niektórzy recepcjoniści przyjmowali rezerwację pokoi, a gdy gość płacił gotówką, chowali forsę do kieszeni i niszczyli dowody jego pobytu w hotelu”.
Thomas powiedział także Civelli o zaniżaniu wpływów za bilety do teatru kasyna; każdej nocy kradziono należność za co najmniej sześćset biletów, gdyż miejsca im przypisane nigdy nie istniały nawet na planach budowy kasyna. Thomas zaproponował uszczelnienie wycieków pieniędzy. Civella zgodził się ze wszystkimi jego zaleceniami z wyjątkiem propozycji ukrócenia machlojek z biletami do teatru. „Teatr zostawmy w spokoju” – powiedział.
„Jeśli chodzi o skimming - kontynuuje Thomas – chciałem wybierać wpływy ze skrzynek w gotówce, bez żadnych formularzy, kombinacji z zakupem żywności i napojów. Nick uznał, że to dobry pomysł. Powiedział, że wszystko wymaga czasu. Potem poprosiłem do siebie Allena Dorfmana. Powiedziałem, że powstał poważny problem i kolejne śledztwo na równie wielką skalę, jak toczące się obecnie, jest tylko kwestią czasu… Czasami nie mogłem pracować z powodu agentów FBI kręcących się po całym hotelu… Mieliśmy ich stałe na karku. Zapytałem Dorfmana, człowieka numer jeden, jak mógłbym tym kłopotom zaradzić? Dorfman odpowiedział podobnie jak Civella – że czas się o to zatroszczy.