Dorfman także zaakceptował metodę skimmingu, którą zaproponowałem. Stosowanie skrzynek na gotówkę może i jest staromodne, ale nie zostawia śladów w rejestrach. Nic nie trzeba podpisywać. Wystarczy wziąć gotówkę i wyjść z nią z kasyna. W niczym nie przypomina to podpisywania kontraktu i otrzymywania łapówki – nigdy czegoś takiego nie robiłem. W dodatku w sytuacji gdy pieniądze wypływają ze skrzynki, masz nad nią dość ścisłą kontrolę. Mogą brać w tym udział dwie osoby i kropka… Każdy stół do gry ma swoją skrzynkę. Umieszcza się ją w stalowym pojemniku. Pod koniec zmiany strażnik wkłada klucz do pojemnika, wyciąga z niego skrzynkę i zanosi ją do count roomu. Skrzynki leżą tam do następnego dnia, do czasu przyjścia zespołu liczącego. Jeżeli masz klucz, możesz wyciągnąć skrzynkę, otworzyć szufladę, wyjąć pieniądze i zamknąć ją z powrotem w pojemniku. Nie ma żadnego śladu w dokumentach. Żadnych formularzy”.
W ciągu sześciu miesięcy prowadzenia kasyna Argent Corporation Thomas zdołał rozlokować swoich ludzi i zagarniać część wpływów we Fremoncie i Haciendzie, ale nigdy nie uzyskał kontroli nad Stardustem. Usiłował zwolnić ludzi zatrudnionych przez Mańkuta, ale ten nie dopuścił do tego.
(Mańkut zawsze twierdził, że nie miał nic wspólnego z zatajaniem wpływów i prawdę powiedziawszy, nigdy go o to formalnie nie oskarżono. Wielu agentów nie może jednak uwierzyć, by ktoś posiadający równie duże wpływy jak Rosenthal nie wiedział, co się dzieje.)
„Tony Spilotro był człowiekiem, który jako pierwszy rozmawiał ze mną o tym, by Carl Thomas objął moje stanowisko – wspomina Mańkut. – Usiłował zyskać względy Allena Dorfmana i chciał, żebym go poparł. Nie znałem Thomasa zbyt dobrze i gdy zapytałem Tony'ego, dlaczego miałbym to zrobić, odparł, że wyświadczę mu tym «przysługę». Uważałem, że Thomas nie ma wystarczających kwalifikacji, że jest zbyt pewny siebie i za mało wie.
Ale Tony dalej mnie naciskał.
– Frank – mówił Tony. – Rozumiesz? To dla mnie ważne. Mówi twój kumpel. Proszę cię o przysługę.
Tak więc użyłem swoich wpływów i Carl dostał moją pracę.
W każdym razie jednym z warunków, które postawiłem, zanim Carl mnie zastąpił, było pozostawienie moich ludzi. Byłem niespokojny. Chciałem chronić porządnych ludzi, uczciwych i lojalnych wobec korporacji pracowników. Zarówno Spilotro, jak i Dorfman przystali na ten warunek. W tej sprawie widziałem się nawet z Dorfmanem. Znałem go dość dobrze, więc jego zapewnienia uspokoiły mnie.
Ale dokładnie dzień po tym, jak opuściłem biuro, około dziesiątej dzwoni do mnie do domu Bobby Stella i mówi:
– Frank, ten facet przygotował dwanaście wymówień.
– No i co z tego – odpowiadam. Nie skojarzyłem od razu, a Bobby nie jest zbyt rozmowny. Mówię więc: – Wyrażaj się jaśniej.
A on na to:
– No cóż, chce się pozbyć tego, tego, tego i…
– Słucham?! – krzyczę niemal, a Bobby po prostu podaje mi listę moich najważniejszych ludzi.
Naturalnie jego nazwiska nie było na liście. Bobby'ego Stelli nikt nie miał prawa ruszyć. Ale podał mi nazwiska reszty kandydatów do zwolnienia.
– Kurza twarz! – mówię i pytam: – Jesteś tego pewien? – A on odpowiada, że w stu procentach.
Skontaktowałem się wiadomo z kim – z Tonym. Mogę tylko powiedzieć, że przejechałem się po nim jak po łysej kobyle. Spotkaliśmy się na parkingu z automatami telefonicznymi, niedaleko delikatesów. Pamiętam, że było wpół do jedenastej, gdy się zjawił.
– Tony, co to ma, kurwa, znaczyć? – pytam. – Przecież dałeś mi słowo. I zjawia się facet, który ma zamiar wylać Arta Garellego, Gene'a Cimorellego i innych. On się do niczego nie nadaje. Nie ma mnie jeden dzień i robi się taki gnój?
Tony był z zażenowania czerwony jak burak.
– Sprowadź tu Thomasa – mówię.
Dzwoni do niego z parkingu. Przysłuchuję się ich rozmowie. Zbliża się jedenasta wieczór, bo zamykają delikatesy.
– Muszę się z tobą zobaczyć, i to zaraz – powiedział Tony.
– Dobrze, proszę pana – odparł Carl i Tony podał mu nasze namiary.
Po około dziesięciu minutach Carl wjeżdża na parking i wsiada do naszego samochodu. Tony zachował się jak prawdziwy dyplomata. Ja milczałem.
– Słuchaj, skurwielu jeden – zagaja. Tak wyglądała jego «dyplomacja». – Czyś ty oszalał?
– O co chodzi, Tony? – dziwi się Carl. – Co się stało?
– Nikogo nie zwolnisz, sukinsynu. Słyszałeś?
– Tony, chwileczkę. Czepiasz się niewłaściwego człowieka – mówi Thomas.
– O czym ty gadasz?
– Zaszło chyba jakieś nieporozumienie. Powiedziano mi, bym okazywał Frankowi pełny szacunek, zawsze i bez względu na to, o co poprosi. Nie ma sprawy. Kazano mi również robić to, co chcę i sprowadzić tu moich własnych ludzi.
– Kto tak twierdzi? – zapytał Tony.
– Dorfman.
Widziałem, że Tony jest w szoku.
– Gówno mnie obchodzi, co nagadał ci Dorfman. Wyjaśnię to z nim. Nie waż się tknąć któregoś z tych ludzi, do cholery. A teraz wypieprzaj stąd.
Wstrzymaliśmy egzekucję i moi ludzie zostali na swoich stanowiskach”.
„W okresie tych kilku miesięcy, gdy pracowałem w kasynie – wspomina Thomas – Glicka najczęściej nie było, jeździł w tym czasie parę razy do Europy. Miał odrzutowiec, którym wylatywał chyba w niedzielę wieczorem i wracał we wtorek rano. Nie przypominam sobie, by przebywał w kasynie dłużej niż przez dwa tygodnie z rzędu.
Gdy się spotykaliśmy, dyskutowaliśmy o Rosenthalu. Był to jeden z tematów, które Glick najchętniej poruszał podczas wspólnych kolacji. Współpraca im się nie układała. Nie rozmawialiśmy o skimmingu. Glick nie wtrącał się do tego. Nigdy nie rozmawiał ze mną na ten temat, a ja nie powiedziałbym ani słowa, nawet gdyby mnie ciągnął za język.
Po pewnym czasie spróbowałem pomówić z nim o zatrudnieniu i zwolnieniu paru osób, ponieważ nie byłem w stanie niczego załatwić i nie mogłem nikogo ruszyć. Najpierw się zmieszał, a potem wzruszył ramionami. I nic w tej sprawie nie zrobił. Wtedy zacząłem zdawać sobie sprawę, że chodzi o Mańkuta.
Po czterech lub sześciu tygodniach prób pewnego wieczoru zadzwonił do mnie Frank Rosenthal. Spotkaliśmy się. Powiedziałem, że staram się zrobić porządek w Starduście i zaangażować swoich ludzi.
Kazał mi zwrócić się do tych, którzy ze mną rozmawiali i wyjaśnić sytuację. Najwyraźniej (tak powiedział) nie znam wszystkich faktów. Oględnie mówiąc, zachowywał się nieprzyjemnie. Był bardzo zirytowany tym, że próbuję zwalniać ludzi, których ulokował w kasynie, i staram się wszystkim kierować. Wpadł w złość i zachowywał się tak, jakby kasyno należało do niego…
Spotkanie trwało około czterdziestu minut i właściwie nie doczekałem się odpowiedzi. Byłem w lekkim szoku. Później, gdy Dorfman przyjechał na parę dni do Las Vegas i zapytałem go, co jest grane, odparł:
– Nie martw się. Wszystko będzie jak trzeba. Przygotowujemy grunt. Rób to, co robisz, a gdy wyciągniesz jakąś forsę, daj ją Rosenthalowi.