Wypłacił maksymalną sumę z bankomatu AMEX i kupił toyotę za gotówkę.
– Nawet gdyby trafili tu za nami, minie dużo czasu, zanim znajdą dżipa na tym długoterminowym parkingu obok windy – dodał. Wiedział jednak, że nie są bezpieczni. Jeszcze nie.
– Czas się stąd wynosić – powiedział szybko. – Wystarczy wam piętnaście minut? Zrobimy zakupy i ruszamy na zachód.
Rozmawiał o tym z Molly wcześnie rano, zaraz po przebudzeniu.
– Przeczekamy tam tak długo, jak się da – powiedział wtedy. – Tak czy inaczej, będziemy już trochę bliżej mojego domu…
– Wiem, że nie możemy tutaj zostać – rzekła Molly cicho, bojąc się obudzić Emmę. – Dokąd chcesz pojechać?
– Do Truckee. Dobrze znam tamtejszą okolicę i uważam, że to będzie najlepsze wyjście. Na jakiś czas zaszyjemy się w Górach Sierra Nevada. W college’u miałem przyjaciela, który mieszkał nad jeziorem Tahoe.
Teraz Molly nie odezwała się ani słowem, dopóki nie zamknęły się za nimi drzwi łazienki. Emma w sypialni pakowała swoje rzeczy do powłoczki.
– Każdy, kto ma choć odrobinę oleju w głowie, z łatwością zauważy, że ściągnąłem z konta sporą sumę, a wydaje mi się, że w tym wypadku mamy do czynienia z profesjonalistami. Dlatego powinniśmy zniknąć im z oczu. Góry Sierra Nevada są bardzo piękne i znajdują się na uboczu. W porządku?
– Nigdy nie byłam nad jeziorem Tahoe – powiedziała Molly, porządnie składając ręcznik.
– Truckee to małe miasteczko, które cały rok żyje w oczekiwaniu na zimowy sezon i narciarzy. Latem zaglądają tam tylko amatorzy górskich wędrówek i wspinaczki. Emmie powinno się tam spodobać. Będziemy bezpieczni, Molly.
Podniosła wzrok znad ręcznika i spojrzała mu w oczy.
– Jak twoja noga?
– Znacznie lepiej. Zresztą sama widziałaś – obie z Emmą stałyście nade mną, kiedy zmieniałem opatrunek. Krawędzie rany trzymały się razem, to dobry znak. Skóra jest różowa, opuchlizna znikła. Trochę boli, ale to normalne.
– Naprawdę? Nie okłamywałbyś mnie chyba?
– Owszem, ale nie na ten temat.
– W porządku, w takim razie możemy jechać. – Odwróciła się i położyła rękę na klamce. – Nie musisz tego robić, naprawdę – rzuciła przez ramię. – Mam pieniądze, nie tylko tę gotówkę, którą ci pokazałam. Mam mnóstwo pieniędzy, od rodziców i to, co dostałam od Loueya po rozwodzie. Potrafię zapewnić Emmie bezpieczeństwo.
– Przestań, Molly. Nie mógłbym was zostawić, dopóki Emmie cokolwiek grozi.
Westchnęła i owinęła wokół palca przypominający korkociąg rudy lok.
– Wiem.
Otworzyła drzwi łazienki i przeszła do pokoju.
– Em, kochanie, jesteś gotowa? – zawołała. – Wiesz co? Kupię ci zamszowy worek na rzeczy, taki jak mój.
– Nie mogłabym dostać worka Strażników Mingusa? Twój wygląda tak jakoś strasznie wojskowo…
– Dobrze, niech będzie worek Strażników Mingusa. Strażnicy Mingusa to film rysunkowy dla dzieci – powiedziała Molly pod adresem Ramseya. – Występują w nim nie tylko dzielni chłopcy, ale także dzielne dziewczynki. Bardzo modny film.
Jechali przez cały dzień, noc i następny dzień. Molly i Ramsey prowadzili na zmianę. Do Truckee dotarli o szóstej wieczorem i zatrzymali się na noc w motelu Best Western.
Rano Ramsey poszedł do miejscowej agencji nieruchomości i przejrzał oferty domów do wynajęcia. Powiedział obsługującej go kobiecie, że nie chce bliźniaka ani domu w zabudowie szeregowej, ponieważ zależy im na absolutnym spokoju. Długo oszczędzali na te wakacje, mają gotówkę i nie chcą płacić kartą kredytową.
Jeżeli mu nie uwierzyła, nie dała tego po sobie poznać. Pokazała im najlepsze domy z oferty. Emma zakochała się w trzecim, niewielkim domu z dwiema sypialniami, tuż pod lasem, nad małą zatoczką. Za domem widać było porośnięte gęstym lasem góry; jezioro Tahoe znajdowało się w odległości zaledwie pięciu kilometrów. Było tu pusto i bezpiecznie.
Wszyscy byli zadowoleni.
Zapłacili pięćset dolarów za tydzień z góry, włącznie z depozytem. Zostawili rzeczy w domu i pojechali do supermarketu Food Giant, gdzie zrobili zakupy na kilka dni.
Kiedy wrócili do Nathan Creek, było już późne popołudnie. Emma spała spokojnie w ramionach Molly, więc Ramsey ostrożnie zaniósł ją do większej sypialni i otulił kocem. Potem zszedł na dół. Molly czekała na niego w kuchni. Podała mu szklankę wody mineralnej z lodem.
– Chodź do pokoju – powiedział. – Czas na zwierzenia.
– Dobrze – odparła. – Masz rację, przyszedł czas. Musimy porozmawiać i spokojnie zastanowić się, co dalej.
Zaczekał, aż wygodnie usadowi się w dużym fotelu z przetartym obiciem.
– Przestań mnie zwodzić, Molly – rzekł poważnie. – Kim jesteś? Co przede mną ukrywasz?
– Jestem absolutnie pewna, że porwanie Emmy nie może mieć nic wspólnego z tym, czego ci nie powiedziałam.
– Molly, zaraz obleję cię szklanką zimnej wody!
– Zanim wyszłam za mąż, nazywałam się Margaret Lord.
Długą chwilę wpatrywał się w nią w milczeniu, wstrzymując oddech. Potem powoli wypuścił powietrze z płuc. Noga bolała go znacznie bardziej niż przed chwilą.
– Cholera jasna! – mruknął. – Czy to znaczy, że twoim ojcem jest Mason Lord?
Joe Elders uwielbiał te chwile tuż przed świtem, kiedy słońce jeszcze nie zaczęło wznosić się nad niskimi, skalistymi wzgórzami, odległymi o dwa kilometry od jego farmy. Stał na progu domu, wdychając przyjemnie chłodne powietrze, napełniając nim płuca i zanurzając się w spokoju i ciszy wczesnego poranka.
Słońce uderzyło go w oczy jasnym promieniem. Uśmiechnął się, mrużąc powieki. Usłyszał zniecierpliwione muczenie Millie. Zaraz po niej odezwało się sześć jej kuzynek. Czas zacząć dzień, czas wydoić krowy. Pogwizdując, ruszył w kierunku obory, nowej, pięknej obory, której budowę zakończył dopiero miesiąc temu, wyposażonej we wszystkie nowoczesne urządzenia.
Doradcy finansowi powiedzieli mu, że dzięki unowocześnieniu hodowli krów będzie miał nie mniejsze szanse na rozkręcenie interesu niż te wielkie mleczarnie, od których niedawno zaroiło się w okolicy. Na szczęście Joe miał na to pieniądze. Był sprytny, naprawdę sprytny. Nie dał się zrobić w konia, o nie. Po tamtym zastrzyku gotówki nie musiał pożyczać ani centa.
Wszedł do obory i nagle przystanął. Mógłby przysiąc, że zaleciał go słodki, ciężki zapach marihuany Kopnął leżącą w przejściu starą rękawicę, którą uwielbiała żuć jego koza, i zaklął siarczyście. Tak jest, to marycha. Nancy znowu pali a przecież obiecała jemu i matce, że skończy z tym raz na zawsze. Marihuana, na miłość boską!
Dziewczyna ma szesnaście lat i jest bardzo popularna w szkole. Joe miał nadzieję, że nie nazbyt popularna. Nie, była jeszcze za młoda, żeby porządnie napalić się na jednego z tych chłopców, z którymi czasem ją widywał. Ale żeby palić to gówno… Cholera jasna!
Stanął na progu zagrody dla krów, witany chóralnym muczeniem. Większość brzmiała entuzjastycznie, lecz niektóre krowie głosy zdradzały duże zniecierpliwienie, Joe znał się na tym. Nie podobał im się ten nowy sprzęt, który od niedawna uwalniał je od ciężaru mleka.
Największą przeciwniczką nowoczesności okazała się Shirley. Ponieważ była jedną z najstarszych krów, tydzień temu Joe zdecydował, że sam będzie ją doił. Sprawiało jej to widoczną przyjemność i co jakiś czas leniwie odwracała głowę, aby przyjrzeć się, jak Joe rytmicznie pociąga jej wymiona.
Najpierw podłączył do automatycznej dojarki wszystkie pozostałe krowy. Trochę to trwało, ale Joe był przekonany, że niedługo nabierze wprawy. Potem wziął stołek i zaniósł go do przegrody Shirley, która stała nieruchomo, ociężała od mleka, obserwując zbliżającego się właściciela.