Выбрать главу

Molly rzuciła mu pytające spojrzenie, ale nic nie powiedziała. Jej córka starannie złożyła banknot i wsunęła go do pudła z pianinem.

– Trochę już mnie zmęczyły te podniecające przygody – oświadczyła Emma. – Chciałabym, żebyśmy dla odmiany mieli trochę spokoju.

– Może kupimy trochę ubrań dla Em na lotnisku – rzekła Molly. Ramsey zmarszczył brwi.

– Jeśli pamiętam, nie ma tam żadnego sklepu z odzieżą dla dzieci. Nie mamy czasu na wyprawę do miasta. Myślę, że na lotnisku kupimy jej koszulę, a już w Chicago dokładnie zajmiemy się garderobą. Także naszą.

Rozdział 13

Ktoś mógłby pomyśleć, że w pomieszczeniu nie dzieje się zupełnie nic, wystarczył jednak lekki ruch palca, aby ciszę przerwał gwałtowny szelest rozdzieranego papieru. W piersi mężczyzny ział teraz otwór o poszarpanych brzegach, a dookoła unosił się ostry zapach prochu.

Gunther kiwnął głową i odwrócił się.

– Nieźle – skomentował cicho.

– Jak to, nieźle? – odezwała się kobieta, podchodząc do celu i oglądając wyrządzoną szkodę. – Wręcz doskonale.

Gunther dmuchnął w wylot lufy, jednego z nielicznych dziesięciomilimetrowych automatów produkowanych w Europie, którym czasami lubił się chwalić. Powiedział jej kiedyś, że zna tylko jednego człowieka, który ma taką samą broń i potrafi się nią odpowiednio posługiwać. Jeszcze raz dmuchnął w lufę, chociaż nie unosił się nad nią najmniejszy dymek.

Przyszło jej do głowy, że jest to zupełnie symboliczny gest, wykonywany dla uczczenia pamięci rewolwerowców z Dzikiego Zachodu.

Bez słowa rzucił jej pełne irytacji spojrzenie.

– Nie lubisz być doskonały, Guntherze? – Podeszła bliżej i przesunęła palcami po jego przedramieniu i dłoni, kończąc tę dziwną pieszczotę muśnięciem lufy pistoletu.

Gunther milczał. Wiedział, że ona robi to, by doprowadzić go do szaleństwa, i usilnie starał się nad sobą zapanować. Była tak blisko, tak bardzo blisko… Na szczęście on nie był głupi. Nie mógł dotknąć jej nawet palcem, niezależnie od tego, jak bardzo go prowokowała. Nie, nie wolno mu było nawet okazać, że wie, na czym polega jej gra.

Miał wrażenie, że pan Lord również lubił te jej zabawy, może nawet zachęcał ją do nich. Niewykluczone, że stał teraz w mroku z tyłu galerii, obserwując ich i żując koniec cygara (nabrał tego przyzwyczajenia w ciągu ostatniego roku, kiedy rzucił palenie). Gunther odsunął się bez pośpiechu, trzymając pistolet w obu dużych dłoniach. Lubił czuć dotyk zimnej, gładkiej stali w ciepłej ręce.

Pokręciła głową i roześmiała się.

– Pieścisz ten pistolet, jakby to była kobieta – rzuciła. – Co się z tobą dzieje, Guntherze?

– Ten pistolet jest narzędziem, które pomaga mi wykonywać moją pracę – odrzekł spokojnie. Jak zawsze uśmiechnął się uprzejmie i odwrócił się od niej. – Pan Lord ceni sobie moją broń – dodał przez ramię, na moment zatrzymując się w progu.

Chwilę patrzyła na niego w milczeniu, potem zaś parsknęła śmiechem, zginając się wpół.

– Mam nadzieję, że nie – wykrztusiła. – Naprawdę, mam nadzieję, że się mylisz, Guntherze…

Mocno zacisnął szczęki. Poczuł, jak od wewnątrz zalewa go fala wielkiego zażenowania, zupełnie jakby ktoś podsunął mu pod oczy jego czerwone wnętrzności. Nienawidził tego uczucia.

– Masz rację, Guntherze, bardzo cenię sobie twoją broń – usłyszeli nagle cichy głos, – Idź wyczyścić pistolet. Używałeś go dzisiaj wiele razy, ze znakomitym skutkiem.

– Tak jest, proszę pana.

Mason Lord odprowadził wzrokiem Gunthera i dopiero gdy ten opuścił strzelnicę, odwrócił się do swojej żony.

– Znęcasz się nad biednym Guntherem – rzekł z rozbawieniem.

– Tak, ale Gunther to łatwa zwierzyna. Przyniosłeś moją Lady Colt, Mason?

Skinął głową.

– Szkoda, że nie chcesz, bym nauczył cię strzelać z prawdziwego pistoletu, nie z tej zabaweczki.

Jej głos stwardniał. Było to nieco dekoncentrujące, ponieważ miała twarz anioła z włoskich fresków – drugie, gęste i bardzo jasne włosy, niebieskie oczy, których błękit przywodził na myśl letnie niebo.

– Jeżeli znajdę się wystarczająco blisko celu, moja Lady Colt spełni swoje zadanie – rzuciła. – Nie chcę mieć takiej broni jak biedny Gunther. To nieeleganckie.

Musiał się z nią zgodzić. Nie ulegało też wątpliwości, że odrzut dużego pistoletu przewróciłby ją na ziemię. Podał jej Lady Colt, cofnął się i obserwował, jak pakuje sześć kuł prosto w pierś tekturowej postaci.

Spojrzała na niego i zdjęła tłumiące hałas słuchawki. Jej oczy błyszczały.

– I wcale nie musiałam pieścić jej dotykiem – mruknęła.

– Nie – powiedział, stając tuż za nią. – Lubisz pieścić tylko mnie, prawda? Mimo tych podniecających słów nie reagował na nią tak jak zwykle.

Jeszcze niedawno już leżałaby na plecach…

Odsunęła się, odkładając pistolet na stół.

– Ciekawe, co się dzieje z twoją córką.

– Parę godzin temu dzwoniłem do Buzza Carmena z Denver – oznajmił. – Mówi, że gliniarze nadal zachowują się jak ostatni idioci. Są na nią wściekli, bo udało się jej uratować własną córkę i próbują wytropić ją i tego faceta, który jest z nimi. Buzz uczestniczy w tej akcji z trzema swoimi ludźmi. Molly jest amatorką, a oni zawodowcami, więc wcześniej czy później na pewno ją znajdą. Przyznał, że nie wiedzieli o jej wyjeździe z Denver. Trzymali się od niej z daleka, bo miejscowi gliniarze bardzo im przeszkadzali.

– Może Molly i Emma jednak dostały się w ręce porywaczy, Mason. Musisz brać to pod uwagę.

– Molly jest sprytna. Jest amatorką, to prawda, ale nie brak jej inteligencji.

– Myślałam, że jest podobna do twojej pierwszej żony. Spojrzał na nią ze zdumieniem i roześmiał się.

– Do Alicii? Molly uważa się za brzydkie kaczątko i chyba coś w tym jest. Rzeczywiście nie dorównuje Alicii urodą, lecz jest mądra. – Mason lekko zmarszczył brwi. – Pod tym względem jest raczej podobna do mnie. Szkoda tylko, że nie chce przyznać, iż mnie potrzebuje i przyjechać tutaj. Dobrze wie, że potrafię zapewnić bezpieczeństwo i jej, i Emmie.

– Założę się, że to ten facet o wszystkim decyduje, nie sądzisz?

– Nie mam nawet pojęcia, kto to jest. – Mason wziął żonę pod ramię. – Poprosimy teraz Milesa, żeby przygotował nam pyszną margeritę.

Nie zdążyli jeszcze dopić pierwszego drinka, kiedy w drzwiach salonu stanął Miles.

– Proszę pana, przyjechała Molly. Jest z nią Emma i jakiś człowiek, którego nie znam.

– Długo się zastanawiała – powiedział Mason Lord, powoli podnosząc się z fotela.

Postawił pucharek na marmurowym stoliku. Z holu dobiegł ich glos dziecka, wysoki, miękki, z nutą nie tyle przestrachu, ile ostrożności.

– To bardzo duży dom, panie Miles.

– To prawda, Emmo.

– Jeszcze większy od tego, w którym mieszkałyśmy z tatą. Strasznie wysoki sufit…

Potem wszyscy troje stanęli w progu. Miles rzucił zza ich pleców pytające spojrzenie Masonowi.

– Wszystko w porządku, Miles. Zawołam cię, kiedy będziesz potrzebny. Jego córka odwróciła się, kładąc rękę na ramieniu Milesa.

– Mógłbyś przynieść Emmie szklankę wody, Miles?

Miles spojrzał na małą dziewczynkę, która stała tuż obok matki, trzymając za rękę wysokiego mężczyznę.

– Może wolałabyś lemoniadę?

– Och, tak, panie Miles!

Mason Lord pomyślał, że minęły całe trzy lata, odkąd po raz ostatni widział córkę i wnuczkę. Mała była bardzo podobna do Alicii, chociaż miała ciemne włosy. Po ojcu, tym wiecznie napalonym draniu, który zawsze przypominał mu młodego Micka Jaggera. Emma miała teraz sześć lat, była wysoka i bardzo szczupła, i miała perłowobiałą skórę, jaką miewają tylko dzieci. Niewykluczone, że kiedy dorośnie, będzie jeszcze piękniejsza niż Alicia.